piątek 22 Marzec, 2019
Headline

Agrozagadka!

Michał Kołodziejczak, szef Agrounii, zrzeszającej polskich rolników pragnie zmiany w relacjach polski wytwórca -konsument. Co ciekawe spotkał się dziś z olbrzymią krytyką środowisk rządowych, związanych z Prawem i Sprawiedliwością oraz z dyżurną propagandzistką Dorotą Kanią (Telewizja Republika), która samego Kołodziejczaka nazwała „ruskim agentem”, ponieważ tyle mówi o powrocie dialogu z Rosją i nawiązaniu handlowych relacji, mimo unijnych sankcji. Agrounia chce połączyć siły, by przeciwstawić się dyktatowi zagranicznych korporacji, co jest ze wszech miar słuszne i na pewno takie inicjatywy społeczeństwo powinno popierać. Mam jednak nadal pewne wątpliwości, czy rolnicy nie chcą – jako kolejna grupa uciskanych – ugrać coś dla siebie kosztem innych. Zaskakuje mnie dziwna niemoc rolniczych środowisk producenckich, które korzystają z unijnych dotacji, same dysponują kapitałem, jak również czasem do wspólnej debaty, dialogu i wypracowania konstruktywnego pola do stworzenia nowej jakości na polskiej wsi – a od wejścia Polski do Unii Europejskiej niczego nie robią oprócz biadolenia i wieszczenia końca rolnictwa w Polsce. „Od poniedziałku zaczyna się w Polsce powstanie chłopskie w sposób partyzancki” – mówił Kołodziejczak podczas rolniczych lutowych protestów, PiS-owski minister, Jan Krzysztof Ardanowski według Kołodziejczaka okazał się kłamcą i oszustem, bo nie jest radykałem! Rolnicy byli wielkimi entuzjastami naszego członkostwa w Unii Europejskiej i są również beneficjentami unijnych danin! Skoro rolnicy biorą dopłaty, bo jesteśmy w UE, to muszą się podporządkować wszystkim wymogom, dotyczącym handlu i wymiany towarów także. Dotyczy to również sankcji, nałożonych na Rosję za wsparcie powstańców ze wschodu Ukrainy przez UE, które podcięły skrzydła polskiemu rolnikowi – to cena posiadania własnego krzesła przy „rodzinnym stole”… Obecnie najpopularniejszą partią na wsi jest Prawo i Sprawiedliwość, które to teraz jeszcze bardziej okopie się tamże polityką socjalną 500+ (dzietność na wsi jest duża), a nie zapominajmy, że jest to partia w zasadzie prounijna i słuchająca się głosu Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej oraz wielkich globalnych korporacji. Rolnicy chcą mieć dobry interes i chcą godziwie zarabiać, polscy konsumenci zaś,chcieliby kupować produkty świeże, zdrowe i relatywnie tanie podług tego, co widzimy w sklepach – najczęściej o obcym kapitale. Michał Kołodziejczak odwiedza ze swoją kamerą zagraniczne dyskonty, pokazuje jak bardzo poszkodowani przez zagranicznych pośredników są polscy rolnicy. Widzimy kapustę pekińską, która u producenta kosztuje złotówkę a w sklepie ma stałą cenę ponad 3 zł. Pokazuje szynkę niemiecką, paczkowaną próżniowo w plastrach, która za 1 kg kosztuje około 60 zł a rolnik dostaje w skupie żywca za kilogram wieprzowiny czy wołowiny kilka złotych za kilogram. Co mnie dziwi i co mnie nurtuje to fakt, że sam pracuję zawodowo z osobami pochodzącymi ze wsi, tak zwanymi małorolnymi, którzy w poszukiwaniu pracy dojeżdżają do miasta, będąc jednocześnie rolnikami, zajmującymi się gospodarką. Ci ludzie mają kilka hektarów ziemi, czasami jakieś zwierzęta w swoim obejściu, sadzą ziemniaki, marchewkę, kapustę… To, co od nich słyszałem to to, że na wsi się już nic nie opłaca i że przetrwają tylko najsilniejsi. Ci, którzy mają wielkie przedsiębiorstwa i ci, którzy mają wiele ziemi. Ich stać na branie milionowych kredytów. Michał Kołodziejczak na filmie odwiedza wielkiego producenta trzody chlewnej a ten również jęczy, iż produkcja i jemu się nie opłaca, ponieważ cena w skupie jest już tak niska, że od ponad roku wykazuje stratę. A co ma zrobić konsument w mieście, gdy po mięso lub po wędliny idzie do dyskontu, gdzie ceny zawsze są te same – odpowiednio wysokie? Gdy szukamy warzyw, również kupujemy je w dyskoncie lub w osiedlowym sklepiku. Właściciele tego sklepiku jeżdżą na rynki hurtowe i okazuje się, że często na tych rynkach warzywa i owoce nie pochodzą od polskich rolników a bardziej opłaca się sprowadzać je firmom tam pracującym w ogromnych ilościach z krajów Europy Zachodniej, czy nawet z Chin. Jest to niewątpliwie wielkie oszustwo, ponieważ właściciel osiedlowego sklepiku jadąc na polskie, podmiejskie targowisko, czy rynek hurtowy nie ma świadomości, że oferowane tam towary nie są towarami polskimi a finalnie również konsument nie ma takiej świadomości. Globalizacja! Jaki jest problem i jak go można rozwiązać? Jeśli polscy producenci mają zdolność do zrzeszania się, to chyba nic nie stoi na drodze, by stworzyć grupę producencką, jak również na swoim łonie stworzyć grupy wytwórcze bądź skaptować wytwórców, którzy będą wytwarzali z półproduktów wędliny odpowiedniej jakości za odpowiednią cenę, będąc jednocześnie konkurentem dla wielkich sieci i dyskontów. Wydaje się to proste, ale myślę, iż tajemnica jak zwykle tkwi w szczególe. Mam na myśli to, że – jak już słyszeliśmy w mediach, które odkryły w Polsce nielegalną ubojnię i proceder produkcji żywności niezgodny z normami (produkcję z padłych sztuk) – to może być ta sytuacja pewną chorobą, która toczy wszystkich polskich producentów. Ot, taka słodka tajemnica chytrego, który dwa razy traci. Oszczędność i stosowanie ulepszaczy, by samego mięsa w danym produkcie była śladowa ilość, są intratnym zyskiem wytwórcy, a nie konsumenta. Chyba wiem, co mówię, bo łódzkich wytwórców wędlin i ich parszywe sklepy po prostu omijam a ich produkty są zwyczajnie kpiną i nie ma co psioczyć, że nie da się zrobić kiełbasy za 15 zł, czy szynki za 30 zł… Może, jeśli się nie da, to drodzy moi polscy rodacy – przedsiębiorcy, nie produkujcie trucizny i nie oferujcie tego śmiecia do zjedzenia! Nie zasłaniajcie się unijnymi przepisami, które na wszystko pozwalają, bo to jest po prostu zwyczajne oszustwo i nabijanie w butelkę swoich krajan z miast, którzy jeść muszą. Jak to mówią na wsi, śmiejąc się z miastowych „Zwierzę nie zje, miastowy zje wszystko”. Tu kieruję właśnie swe myśli do pana Michała Kołodziejczaka, że jego starania odbudowy siły polskiego rolnika mogą być płonne, ponieważ niegdyś siłą polskiej gospodarki, jak również rolnictwa, była jakość znana na całym świecie. Dziś polscy rolnicy zgadzają się, by normy jakości szły w dół, mówiąc krótko – jemy produkty o coraz gorszej jakości a coraz wyższej finalnie cenie, zaś zarobić na głupich miastowych konsumentach chcą wszyscy..! Obawiam się, że niczego nie da wymuszenie na rodzimych producentach naklejanie polskiej flagi tak, by w dyskoncie klient miał wybór pomiędzy produktem polskim a produktem, sprowadzonym najczęściej z rynków niemieckich, francuskich czy – nie daj Bozia – holenderskich, bowiem sam produkt będzie tak niskiej jakości, iż klient nie będzie widział żadnej różnicy pomiędzy dżumą a cholerą. Rolnicy i polscy wytwórcy – spójrzcie prawdzie w oczy. Jakość mięsa, produkowanego w Polsce, jak i jakość waszej produkcji jest tak niska, że może być ona sprzedawana jedynie globalnym hurtownikom, którym nie zależy na konsumencie, a którzy po nałożeniu odpowiedniej marży i tak upchną ten towar w sieciach kontynentalnych – czy to w Polsce, czy w innym miejscu w Europie.
Obecnie ludzie, zamieszkujący miasta, nie potrzebują już takiego rolnictwa w Polsce. Fakt smutny ale prawdziwy!!! Możemy jeść ohydne i bezsmakowe „coś”, przywożone ze świata a sprowadzane przez kogokolwiek. Do zatruwania siebie nie potrzebuję naklejki z polskim orłem! Idealnie w ten tok myślenia wpisali się politycy i ludzie, zajmujący się polską gospodarką, wspierając Ukraińców, Litwinów i wszystkich wokół. Liczy się cena i tylko cena. „Rząd PiS zawiódł polskiego rolnika”, „Dobrobyt Brukseli nas nie podzieli”… Kogo obchodzi „nowoczesny” polski rolnik, mający setki hektarów, prowadzący korporację produkującą truciznę z padłych zwierząt lub warzywa i owoce tak opryskane, że nie są zdatne do jedzenia? Byle tylko kasa się zgadzała! Chłam nie potrzebuje narodowego powstania – obroni się sam swoją ceną!

Roman Boryczko,

2019

What Next?

Recent Articles

Leave a Reply

Submit Comment

*