wtorek 16 Lipiec, 2019
Headline

Co to była sztuka totalna? (12)

img294Rozwinięcia, uzupełnienia

   Improwizacja

   Improwizacja wyniknęła z okoliczności i z naszego ich postrzegania. Jeśli człowiek rzuca się na oślep, trudno to przygotowywać i – ćwiczyć się w tym, wprawiać. Trenować.

   Determinacja, by działać niezależnie, wykluczała możliwość posiadania odpowiednich możliwości – odpowiednich środków i miejsc, w których można na przykład przygotowywać widowiska – tworzyć, reżyserować, ćwiczyć.

   Brak normalnego życia literackiego, w ogóle – normalnego życia kulturalnego – to ścieśnienie i napięcie, sprawiało, że ludzie dokonywali niejako erupcji swoich dzieł, swojej twórczości.

   Okoliczności nie zarysowywały perspektywy. Coś tworzysz? – Lecimy, teraz.

   Nie będzie zamówień publicznych, mecenasów, stypendiów, sponsorów, inwestorów – ani starych ani nowych pieniędzy. W ogóle nic będzie – jeśli nie zrobisz. Teraz.

   Grupa poetycka

   Pewnego razu Ryszard Tymon Tymański opowiedział mi historię, jaką przeżył pracując na budowie. Robotnicy upoili alkoholem, po czym wykorzystali seksualnie jedną z robotnic. Była to osoba chora, jak to przyjęto określać – nieco „opóźniona w rozwoju”. Gdy przetrzeźwiała i zdała sobie sprawę z tego, co zaszło – zaczęła biadać: „Zlali mi się do środka, będę miała dziecko!” Robotnicy szydzili z niej, kazali jej podskakiwać, żeby wyciekło.

   Gdy usłyszałem tę historię, zaproponowałem, by tak nazwać grupę poetów – uczestników działań Totartu. To wtedy zrodził się pomysł powołania grupy – i z tamtej historii wzięła się jej nazwa.

   Z jednej strony – wstrząsająca była sama ta historia, po PRL-owsku brudna, nikczemna, rażąca. Słowa użyte jako nazwa grupy były wyzywające, szydercze, ale patrząc głębiej – niosły krzywdę, pogardę, upokorzenie, ból PRL-u. Przecież nas gwałcono, programowo zgłupiano, napełniano kłamstwem, brukano, przymuszano do kłamstwa, łamano. Budowniczowie nowego pięknego świata  – czyż nie pluli w nas? Nie charczeli swoich upokarzających bredni i bandyckich pogróżek ze swoich ustawionych ponad nami trybun? Czyż nie wpędzali w rozpacz, w alkoholizm? Czy nie usiłowali na siłę zapłodnić nas chorą, obłąkaną ideą?

   W tym późniejszym okresie PRL-u, jego władcy sami już nie mieli złudzeń – czym ta ich idea jest. Więc chcieli wykorzystać nas, wiemy to dziś na pewno – używać nas i ostatecznie okpić. Obchodziliśmy ich?

   Zauważmy w owej opowiedzianej przez Tymona historii – znów brutalne urealnienie obrazu PRL-u, jaki otrzymujemy z filmów Barei, urealnienie innego rodzaju niż wspomniane wcześniej, tym razem nie przez ukazanie zbrodniczej twarzy systemu, ale przez realne ukazanie wynoszonej przez ów system na piedestał klasy robotniczej. Oto inna miara koszmaru. Oddajmy, na chwilę, głos poecie, oto słowa o budowniczych sztandarowego dzieła socjalizmu – Nowej Huty:

   „na szyi sznurek – krzyżyk z Częstochowy,

   trzy piętra wyzwisk, jasieczek puchowy,

   maciora wódki i ambit na dziewki,

   dusza nieufna, spod miedzy wyrwana,

   wpół rozbudzona i wpółobłąkana.”

                                      Adam Ważyk, Poemat dla dorosłych

   Społeczeństwo było z premedytacją uregulowane na opak. Inteligencja zarabiała mniej. Architekt na budowie zarabiał mniej niż robotnicy budowlani. Ten kształt nadany życiu, to jego uformowanie, przeczyło sensowi wzrastania, rozwijania się, kształcenia. Szacunku do mądrości, dbania o talenty. Było odwróceniem porządku i sensu życia – w ogóle. Inteligenci, raz – ideologicznie odcięci od wiedzy Zachodu, w ogóle świata, dwa – nie mający pieniędzy na książki, na literaturę (zawodową), sprzęt etc. – mieli być zajęci walką o przeżycie, mieli nie mieć czasu ani sił, by myśleć, by organizować się. Mieli też – nie być autorytetami.

   Świat na opak – nie karnawałowy.

   Wreszcie, co w tej historii najbardziej dramatyczne, najskrajniejsze – szyderstwo z nieszczęsnej, chorej osoby, było także splugawieniem i wyszydzeniem wszelkich wartości, wszelkich „ludzkich uczuć”. Ale też było plugawieniem życia – szyderstwem z samego życia!

   Z dzisiejszej perspektywy możemy tę historię czytać jako obraz schyłku PRL-u, nikczemnego oszustwa jego „władzy”. „No, podskakujcie (1988) – a my was znów wykorzystamy dla naszej uciechy. Jeszcze raz się wami zabawimy. No, głupki, skaczcie!”.

   W kwestii owej nazwy grupy poetyckiej pojawia się znów problem prowokacji. Właściwego kulturze punk nazywania się brudem. Czy właściwego Nowej Ekspresji – posługiwania się brudem. Dziś tak bym nie postąpił, to jest brukanie siebie, rozlewanie brudu.

   Przecież to jest słowo.

   Relacje

   Spotkałem się z określeniem, jakoby ktoś w naszym gronie był kimś na posyłki, „przydupasem”. Chcę temu stanowczo zaprzeczyć. To ktoś, kto tak twierdzi, kto tak mówi, w taki sposób nazywa ówczesne nasze relacje – prezentuje raczej swój poziom pojmowania rzeczy, czy rozpoznania zjawisk. Jest mi to wstrętne i obce. Panowały między nami relacje przyjacielskie, a to, że ktoś miał taki, czy inny talent, czy umiejętność i to służyło pozostałym, to jest rzecz innego zupełnie rodzaju. Właśnie bardzo staraliśmy się, aby nie było wzajemnego osądzania, relacji wartościujących ze względu na te różnice. Czy wykorzystywania.

   Aby jakoś, na przykład: większe zaplanowane akcje się odbyły, trzeba było zapanować nad logistyką, organizować się. Sprowadzanie zespołów z odległych miast, załatwianie sal, organizowanie sprzętu, zapewnianie noclegów – wszystko to wymagało pracy ale i sprytu. Przecież żyliśmy w komunie, a w dodatku wśród naszych gości nieraz mieliśmy do czynienia z niezwykłymi oryginałami, z ludźmi zwariowanymi, z domniemanymi wariatami i, zdaje się, także z wariatami w sensie dosłownym. Żeby to wszystko działało, żeby ci ludzie się razem znaleźli, nie zrobili sobie krzywdy i żeby z tego powstała jeszcze jakaś twórcza całość – to wymagało nie lada talentów i pełnej poświęcenia i żaru współpracy.

   Zdarzały się, oczywiście, wzajemne żarty czy „jazdy” grubo za grube, „wychodzące poza skalę”, ale jednak – choć nieraz nie było to tak widoczne, czy jawne – bardzo się szanowaliśmy i kochaliśmy się. Wiedzieliśmy, że jesteśmy bardzo poranieni, że zmagamy się z różnymi traumami, ale i że mamy taką determinację, żeby nie dać się wykończyć, że gromadzimy ludzi przeróżnych i nieraz wielkie talenty – a wszyscy razem jesteśmy w jednej sytuacji. Wszyscy łakniemy życia, rozmowy, kontaktu. Ratunku. Rozszerzaliśmy nasz azyl, starając się znajdować swoistą wartość każdej osoby – właściwą temu akurat człowiekowi, więc unikatową, cenną!

   Myślę, że ku takim relacjom skłaniała też sytuacja, w której żyliśmy. Nie było perspektywy karier, wielkich pieniędzy. Każdy, kto zachowywał elementarną przyzwoitość wiedział, że w PRL-u tych rzeczy nie osiągnie. Nie będzie na przykład występował na piknikach Trybuny Ludu. I to także popychało ku tworzeniu swojego świata i ku cieszeniu się nawzajem swoimi talentami.

   Mówiąc o sobie mogę powiedzieć, że ci wszyscy ludzie byli mi wielką radością i wielkim nieraz pocieszeniem, wspaniałymi przyjaciółmi. Ludźmi, których bardzo kochałem.

   Może, by zilustrować o czym piszę, zarysować miarę doprawdy szczególnej oryginalności ludzi, tworzących Totart, wspomnę, iż na przykład Andrzej Awsiej – jako jedyny w historii, nie krótkiej przecież, Technikum Samochodowego w Gdańsku – ukończył tę szkołę, nie robiąc prawa jazdy.  By ująć rzecz w bon mot – ta jazda go nie interesowała.

   Andrzej Awsiej i Joanna Kabala byli najczęściej autorami plakatów, zapowiadających nasze zdarzenia. Bywało, podążali tak daleko w swojej ekspresji, że z plakatów niewiele dało się, lub też zgoła jakichkolwiek informacji nie dało się – odczytać. Tak. Ale też, zauważmy, był w tym jakiś sens – aby go jednak wychwycić trzeba pamiętać, że miasta wyglądały zupełnie inaczej niż dziś. Były szare, bez reklam, bez tego dzisiejszego zgiełku szyldów, banerów, flag, świateł, neonów… I gdy rozlepialiśmy w Gdańsku nasz plakat i tak zainteresowani wiedzieli, o co chodzi, rozpoznawali w lot. Ostatecznie zatem wystarczyło, aby można było odczytać czas i miejsce. I o to toczyła się wewnętrzna walka.

   Gdy Wojciech Stamm (Lopez Mausere) przeżywał erupcję poetyckiego talentu w tej świeżości wygłaszał autorskie, znakomite, z pasją a przezabawne interpretacje swoich wierszy. Pamiętam, jak w czasie postoju pociągu na stacji w Warszawie Wschodniej, głosząc przez okno wagonu wywołał na peronie niejakie zgromadzenie żywo zainteresowanych słuchaczy. Postanowiliśmy z Pawłem Konnakiem uczynić z Wojtka gwiazdę. Przekonaliśmy organizatorów festiwalu Róbrege, iż mamy w swoim gronie znakomitego młodego poetę, obdarzonego niezrównaną vis comica, za czym skutecznie namówiliśmy ich, aby wystąpił w antraktach koncertów przed wielotysięczną publicznością, zapowiadany przez nas – rozgrzewających atmosferę – jako genialny samorodek. Zapowiadała się wielka przygoda, niezła zabawa.

  Andrzej Awsiej przygotował szablon na dużych rozmiarów plakat: Lopez Mausere Super – którym zamierzaliśmy wykleić teren festiwalu. I tak, dzień czy dwa przed wyjazdem spotkaliśmy się u mnie. Paweł i ja wałkowaliśmy plakat, a Wojciech siedząc w fotelu żywo zapewniał, że nie wystąpi. Przekonywaliśmy go tak i owak, używając również argumentu, że załatwiliśmy już tak dużo, że po prostu musi wystąpić i tyle.

   Wojtek: – Nie!

   My: – Tak!

   Przekonywaliśmy go, że jest świetny i wykreujemy go na gwiazdę – zresztą szczerze w to wierząc i bynajmniej nie żartując sobie z niego. Im bardziej przybywało plakatów, tym bardziej rosła nasza determinacja – a w Wojtku opór. Wreszcie wypalił:

   – Zabiją mnie!

   Uważał, że może go to spotkać, na przykład, za wiersz – cytuję z pamięci:

   Od KC wzwyż

   zaczyna się

   metafizyka.

   (Rozumiemy, że PZPR to fizyka.) Nasze usiłowania namówienia Wojtka trwały, ale ostatecznie jednak nie wystąpił. Ratując sytuację musieliśmy podszyć się pod niego. Organizatorzy festiwalu z satysfakcją mówili, że wyczuli nasz zamysł, że tak właśnie myśleli, że żaden Lopez Mausere nie istnieje. Jakże bardzo się mylili!

   Przytaczam tę historię, aby pokazać jak różne, nieraz zabawne – ale i trudne – sytuacje się zdarzały, ale przecież nikt się nie obrażał, nie gniewał. A w każdym razie nie chował urazy. Mieliśmy nadal to przekonanie, że Wojtek mógł zdobyć publiczność, zrobić wielki show, ale cóż tam.

   Można się z pewnych rzeczy śmiać, ale pamiętajmy, że te działania – nieraz rzeczywiście wesołe, miały jednak pewien stały, poważny background. Całkowicie serio. Moje mieszkanie służyło za bazę i punkt zborny. Różni ludzie tam przychodzili, przyjeżdżali z Polski. Nad różnymi rzeczami tam pracowaliśmy, pisaliśmy, wałkowaliśmy plakaty etc. W pewnym miejscu w klatce schodowej budynku miałem skrytkę, gdzie przechowywałem bardziej poważne rzeczy, no, ale przecież nie chowaliśmy się z naszą działalnością i gdzieś tam w tle cały czas była myśl, kiedy w końcu zapragną „zrobić z nami porządek”.

   Jest pewna różnica między jakimś zadziałaniem jednorazowym, czy trwającym krótki czas, zadziałaniem anonimowym – jak pójście na demonstrację – a takim „ustabilizowanym stresem”, który trwa – rok, dwa, trzy. Po jakimś czasie odgłos ruszającej w bloku windy odczuwałem jak uderzenie w brzuch, w splot słoneczny. Gdy kiedyś wreszcie SB przyszło zrobić u mnie rewizję, odczułem, jakby sytuacja się sklarowała.

   Podobnie było, gdy z Pawłem Konnakiem podjęliśmy decyzję, by nasze wydawnictwo zaopatrzyć w stopkę redakcyjną. Po prostu podpisać się, podać adresy, numery telefonów. To było przekroczenie pewnej granicy, pewnej linii. Nie będziemy postępować nienormalnie, wydajemy pismo – podajemy adres redakcji.

   Wcześniej patrzyłem z podziwem jak „z otwartą przyłbicą” występowali działacze Ruchu „Wolność i Pokój”. To było imponujące. Pamiętam, bywałem u Krzysztofa Galińskiego – mieszkał w Sopocie – Kamiennym Potoku, na ostatnim piętrze w bloku, który miał taką nietypową, jak na architekturę PRL-u, klatkę schodową. Była obszerna, schody obiegały ją dookoła przy ścianach, a w środku była duża „studnia”. Na dole betonowa posadzka. Poręcze przy tych schodach były wyjątkowo niskie. Ależ to było przejmujące. SB często składało Krzyśkowi „wizyty”.

   Wspomnę jeszcze, pewnego razu przyjechał do mnie frontman grupy Rozkrock – Ziggi Stardust z Kożuchowa. Był poszukiwany przez milicję za „uchylanie się od służby w Ludowym Wojsku Polskim”. Przyjechał z myślą, że będzie ukrywał się u mnie. To było rozbrajające. Powiedziałem mu: Ziggi, to już chyba lepiej będzie jeśli udasz się prosto na komisariat. Nadto – Ziggi przyjechał ubrany w strój, zmierzający w stronę uniformu supermena. Najpierw więc przebraliśmy go w marynarkę etc., po czym przekazaliśmy go Izie Brzozowskiej, aby przechowała go w mieszkaniu po swojej babci. Ziggi długo miejsca tam nie zagrzał – chyba inaczej wyobrażał sobie swoje życie podziemne. Ale – może dostrzegł konieczność znalezienia jakiegoś innego wyjścia – w końcu, ile mógłby tak żyć?

  Oddech ochrony, pilne spojrzenie czuć było wyraźnie. Gdy organizowaliśmy swój wieczór „kabaretowy” w klubie Rudy Kot – przecież klubie jak najbardziej czerwonym – otrzymaliśmy od nich do wykorzystania materiał na banery. Wymalowaliśmy dwa bardzo duże i rozwiesiliśmy na ogrodzeniach przystanków tramwajowych w centrum Gdańska, przed Dworcem Głównym PKP. Banery zniknęły natychmiast. Pani Ania, która przyjechała parę chwil później, by zrobić zdjęcia – już ich nie zastała.

   Dopuszczano jeszcze jakieś pełganie po kątach, ale już pilnie baczono, by cokolwiek niezależnego nie stało się powszechniej znane, by nie uzyskało jakiegoś autorytetu, jakiejś siły oddziaływania. O nie. (cdn.)

 

Zbigniew Sajnóg 

Dokumentalne zdjęcia z imprez Totartu – Arkadiusz Drewa

 

 

 

 

 

What Next?

Related Articles

Leave a Reply

Submit Comment

*