wtorek 16 Lipiec, 2019
Headline

Co to była sztuka totalna? (6)

img282Przyczyny głębokie (5)

   Czas byłby poczynić parę uwag odnośnie uniwersytetu. Początkowo, gdy się tam dostałem, poczułem zawód. Nie różnił się wiele od szkoły średniej – lekcje były dłuższe. Miałem jakieś wyobrażenie o uniwersytecie i ono rozminęło się mocno z realnością. Z jednej strony to była jednak enklawa, z drugiej – po prostu kolejna instytucja w totalitarnym ustroju – ograniczającym i zabiegającym, by człowieka złamać.

   Wielu młodych mężczyzn uciekało od wojska, by uniknąć tresury, by nie przysięgać na wierność Związkowi Radzieckiemu. By nie zostać, rozkazem jakiegoś zdrajcy, skierowanym przeciwko swoim kolegom na ulicach – a w razie odmowy – nie wylądować „na kafelkach” u jakiegoś rzeźnika. Albo: rozkażą pacyfikować Czechosłowację. Albo zdobywać dla światowej rewolucji Danię. A jeśli ktoś poważy się odmówić – sąd polowy. Po co innego było powołane Ludowe Wojsko Polskie? Czemu innemu służyło, czy służyć miało?

   Ale wstępując na studia, trzeba było złożyć ślubowanie studenckie – socjalistycznej ojczyźnie. Można było nie pójść na inaugurację i nie ślubować, ale i tak warunkiem otrzymania indeksu było podpisanie roty ślubowania. Pani w dziekanacie podała bumagę do podpisania – unikając mojego spojrzenia. Ten system łamał ludzi.

   UG kształcił polonistów na przyszłych nauczycieli. Nie było – dziennikarstwa, przygotowania do pracy wydawniczej, krytyki literackiej czy czegokolwiek innego w tym rodzaju. Któregoś razu jako praktykant posłany byłem do szkoły wieczorowej, by uczyć się od wzorowej nauczycielki sztuki prowadzenia lekcji. Uczniami byli ludzie dorośli, przyszli do szkoły po pracy. Omawiali Legendę o świętym Aleksym. Pani sprawnie szła przez problemy, Aleksy został już scharakteryzowany, ale była czegoś jeszcze nie syta i przypierała swoich uczniów, co też takiego jeszcze ważnego należy o nim powiedzieć, kim ten Aleksy przecież był? To trwało – i o co też może chodzić – nie świtało nikomu. Mnie również. Wreszcie pani nauczycielka triumfalnie wypaliła: Pasożytem społecznym był!

   Mieliśmy być wypreparowanymi narzędziami do kształtowania kolejnych ofiar systemu, kolejnych pokoleń, według wypracowanych przez sowiety programów. Niestety, żadnego Jacka Rudomskiego w tej uczelni nie spotkałem. Oczywiście – było wielu fachowców i niemało oryginalnych postaci, ale, właśnie, no – właśnie. Ognia nie było.

          ■

   Pewnego razu nająłem się do pracy u kolegi, prowadzącego działalność gospodarczą. Trudnił się wyrobem drobnej galanterii. Wykrojnikiem wycinałem paski do zegarków – choć skóra, którą akurat dysponował, była w kolorze bardzo ogólnym, za czym istniały podejrzenia, że praca ta nie przyniesie zysku. Tak się też stało, ale że kolega ów grywał na perkusji, w miejsce wypłaty sprezentował mi instrument. Perkusja była moim cichym marzeniem, przeganianym do kąta, więc właściwie ucieszyłem się.

   W stanie wojennym z Bogdanem Kubatem zajęliśmy się twórczością, może nie: muzyczną, ale powiedzmy: dźwiękową. Pisaliśmy razem teksty, po czym układaliśmy utwory. Duetowi nadaliśmy nazwę Serdel. Były to niby działania zabawne, ale jednak pełgał w nich dygot desperacji.

   Co ciekawe, w tamtych czasach Andrzej Awsiej – nie znaliśmy się jeszcze – o kilka ulic dalej uprawiał dźwięki w grupie o nazwie Kołchoźnik.

   W początku lat osiemdziesiątych, oprócz pisania wierszy zacząłem pisać powieść, ale to przedsięwzięcie zamierało, zawieszało się. Co dziś sobie ze zdumieniem uświadamiam, jakoś nie przyszło mi na myśl, żeby napisać o czymś, o czym chciałoby się napisać, czy należałoby napisać – o naszym życiu, o komunie etc. Dziwię się trochę, iż tak miałem wpojone przekonanie, że nawet nie ma co o tym pisać. Może taka była ponura beznadzieja, przekonanie, że i tak to wszystko na nic? Ale z kolei o czym innym pisać to też po co, jaki sens? Zgłębić jakiś problem kompozycji? Warsztatowy, techniczny? Tej zawieszonej czy zamarłej powieści, a może bardziej tej sytuacji nadałem tytuł: Niemożność.

   W tamtym czasie przysłuchiwałem się audycjom w radio, karierę zaczynała wtedy pani Monika Olejnik i myślałem: czyż ja nie mógłbym robić programów w mediach? No, ale przecież nie pójdę tam, nie zrobię tego. Myślałem – iluż ludzi zmaga się z podobnymi problemami? Iluż ludzi w intymności swojego wnętrza podejmuje tę cichą i gorzką decyzję: nie pójdę tam! Ale też – ile my wszyscy razem na tym tracimy! Całe dziesięciolecia skłamanych mediów, książek, filmów, muzyki… Wiele grup muzycznych nie mogło zaistnieć w radio, nagrać płyt. Nie brały udziału w kompetycjach pana Niedźwiedzkiego, nie zapraszał ich pan Sierocki. Oglądałem niedawno krótki dokument o Krzysztofie Kamanie Kłosowiczu (Miki Mousoleum). O swojej piosence Białe murzynostwo powiedział: Śpiewam ją już trzydzieści lat i ciągle jest aktualna.

Mafia obsiadła wszystkie urzędy

z każdym człowiekiem w kulki grają

jestem białym murzynem

jestem białym murzynem w swoim kraju.

   Oczywiście – to sam system pilnował i regulował, kto może pracować w mediach. Pani Aldona Zaorska, redaktor naczelna miesięcznika Zakazana Historia, wydobyła i przypomniała dyrektywę sekretarza Komitetu Centralnego PZPR, generała Józefa Baryły, określającą politykę kadrową w mediach PRL-u. Według zawartej w niej wytycznej do typowania kandydatów na przyszłych dziennikarzy, kandydaci na tak zwanych wybitnych dziennikarzy mieli wywodzić się z rodzin wysoko partyjnych osób – mieli być „apolityczni”, mieć zapewnione sterowane przyjęcia do szkół etc. Sekretarz KC PZPR, generał Józef Baryła przewodził Zespołowi d/s Patriotyczno-Obronnego Wychowania Społeczeństwa.

   PRL to czasy kulturowej katastrofy, która gładko przeszła na III RP.

   Wielu ludzi starało się wyjechać, wyemigrować, uciec. Wyjechało bardzo dużo, w tym, jak podaje się – około 100 tysięcy ludzi z wyższym wykształceniem. Kolejna dekapitacja. Udręka tego narodu, który się wciąż, bezustannie, dosłownie i metaforycznie – wykrwawia. Dziś przecież znowu – i w jakiej skali! Co to jest za nieszczęście, które nas ogarnia? Jak pamiętam, jak tego doświadczyłem – wówczas kobietom łatwiej było wyjechać, nie stały im na przeszkodzie przepisy o służbie wojskowej. Wyjechało wiele wspaniałych kobiet.

   Wielu ludzi piło, widok grup narkomanów, szukających „towaru” lub odurzonych, leżących na klatkach schodowych – to był obraz na porządku dziennym.

   W marksistowskiej teorii wykładano, że narkomania to skutek alienacji człowieka w systemie kapitalistycznym.

img343

   Ludzie popełniali samobójstwa. Wspomnę dwa z takich wstrząsających wydarzeń. Człowiek, nawet dość znany lokalnie artysta malarz, którego teksty chciałem opublikować w Litterariach, zaprosiłem go do współpracy – wyskoczył z dziewiątego piętra. Inny człowiek, przyjaciel Bogdana Kubata, kolega ze studiów, pochodził ze szlacheckiej rodziny, do której władza ludowa „coś miała”. Jak mówił Bogdan – chodzili za nim. Powiesił się. Jego zdjęcie Bogdan umieścił w swojej pracy dyplomowej.

   Po tej śmierci nasiliły się nasze myśli o wyjeździe z Polski, o emigracji. Właściwie nie było szans, ale zaczęliśmy konkretnie myśleć. Wybraliśmy Nową Zelandię. Żadnych  sąsiadów Niemców, żadnych sąsiadów Rosjan. W ogóle żadnych z kimkolwiek granic, z daleka od tej całej Europy i innych. Z daleka, możliwie najdalej. Przy tym klimat podobny, nieco cieplejszy. Zbadaliśmy – najbliższa ambasada była we Wiedniu. To próg, ale przecież i tak bez szans na paszport.

   Ale odczucia związane z kwestią emigracji, to była migotliwa ambiwalencja. Bo istniał tam ten lepszy świat – pierwszy. I odcięcie od niego było zarazem odcięciem od „szpicy poznania”, od najbardziej zaawansowanej wiedzy, od udziału w jej odkrywaniu, w tworzeniu. Pozostanie tu – było skazaniem na drugi plan, na pośledniość. Ale też – tam zawsze będę tym drugiej kategorii, nie łudźmy się. Ile upłynie czasu, nim doszlusuję, zacznę wszystko od nowa, a i tak zawsze będę nie u siebie. Bo tu, to cokolwiek by się działo – tu jestem u siebie i tu czuję i w lot rozpoznaję każde przeakcentowanie, każdy myk, każde puszczenie oka. Więc to może jednak tu właśnie jestem w tej „szpicy poznania”? W tym sensie najważniejszym – poznania życia, szukania odpowiedzi.

   W tym języku się ukształtowaliśmy, w jego melodii, brzmieniu, emocji. W łonach matek – a nie traktujmy tego jakoś mistycznie, ale jako kształtowanie od początku, od podstaw. Czucie, wyczuwanie tego, tych dźwięków, rytmów, ich skojarzenie z napięciem czy rozluźnieniem, ze spokojem czy z niepokojem, z radością czy ze smutkiem. Czy więc będę mógł dotykać najważniejszych spraw życia, badać je, odkrywać – w innym języku? Czy to jest możliwe? Czy to jest do nauczenia, do nadrobienia? A przecież idzie właśnie o te najważniejsze kwestie życia. Po tym wszystkim, co tu przeżyłem, po tym rozbudzonym pytaniu – teraz jechać gdzieś tam, stabilizować się?

   Nie wartościując – czym innym jest emigracja dla kogoś, kto swój zawód, swoją pracę może wykonywać wszędzie. Równie dobrze, ale może i lepiej, osiągając możliwości i stopnie rozwoju tu nieosiągalne. Czym innym jest taki wyjazd dla mechanika, także dla lekarza – owszem musi robić nostryfikację, ale jakie też otrzymuje perspektywy rozwoju. Inaczej jest wyjechać muzykowi, malarzowi, ich języki są uniwersalne. Ale poecie? Pisarzowi? Usta się otwierają – i zamykają. Bez dźwięku. Czyż nie zostaje tylko tęsknota? A jeszcze mając taki język jak polski? Tak piękny, o takich możliwościach, o tych różnych świstach, szelestach, tych skojarzeniach obrazowo-dźwiękowych, tej słowo-twórczości. Farben Troime? – no, przepraszam. (cdn.)

Zbigniew Sajnóg

Dokumentalne zdjęcia z imprez Totartu – Arkadiusz Drewa

 

 

 

 

 

What Next?

Related Articles

Leave a Reply

Submit Comment

*