czwartek 12 Grudzień, 2019
Headline

Dorota Kuc. ,,Sprawiedliwa wśród Narodów Świata” (2)

„Marsz Śmierci”


Wspomina Dorota Kuc:

[…] I dam miejsce w moim domu i w moich murach oraz imię (Jad wa Szem) (Yad Vashem) … wieczyste i niezniszczalne […] (Iz 56,5)

Był styczeń 1945 roku, czas kiedy Niemcy likwidowali obóz Auschwitz–Birkenau, nam oczywiście nic o tym nie było wiadomo. Byłam młoda, miałam 20 lat, wspomina pani Dorota, mieszkanka miejscowości Wilcza w gminie Pilchowice. Wojnę przeżywałam tak jak każdy młody człowiek w tym czasie, nie rozumiałam polityki, strasznie jednak bolało mnie to, że tylu ludzi cierpi. Nie rozumiałam dlaczego tak strasznie Niemcy nienawidzą Żydów, przed wojną było ich wielu na tym terenie i nigdy nie dochodziło między nami do konfliktów, a tu nagle jakieś obozy, egzekucje – byłam bardzo zła na to wszystko, na ten cały nieludzki, podły czas. Byłam odważna, to muszę przyznać, nie czułam strachu, może to tylko ta młodzieńcza przekora i brawura powodowały u mnie to, że nie odczuwałam zagrożenia. Trzeba przyznać, że mama bardzo się bała.

Jak doszło do tego, że spotkałam na swej drodze dwóch Żydów, ojca i syna?

Jak wspomniałam, był to czas likwidacji i ewakuacji obozu, Niemcy pędzili więźniów w tym znanym już wszystkim ,,Marszu Śmierci”, kolumny więźniów zmierzały w stronę Paruszowca (dziś dzielnica Rybnika), jak wynika z późniejszych opowiadań moich żydowskich przyjaciół, po jakimś czasie ich kolumna wkroczyła na teren książenickich lasów. Ze wspomnień ojca i syna wynika, że w pewnej chwili ktoś zaczął strzelać, nie wiadomo skąd padły strzały. Zrobiło się zamieszanie, wtedy wielu zginęło na miejscu lecz wielu, korzystając z tego „bałaganu”, oddaliło się samowolnie od kolumn marszowych. Po krótkim namyśle i oni postanowili zaryzykować ucieczkę, odłączyli się od grupy i nie zauważeni przez nikogo oddalili się i rozpoczęli wędrówkę w stronę miejscowości Książenice. Zmęczenie, ostry mróz i głód dawały im się mocno we znaki, po krótkim namyśle zdecydowali się zapukać do drzwi gospody. Bali się, bo przecież doskonale zdawali sobie sprawę, że za ukrywanie Żydów grozi śmierć.

Głód i przejmujące zimno dodały im odwagi, zapukali do drzwi pierwszego napotkanego budynku i jak się okazało – mieli szczęście. Poczęstowano ich chlebem i gorącą herbatą. Gospodarz dał im wskazówki, jak mają się poruszać, aby uniknąć licznych kolumn wojska, które w tym czasie przemieszczały się w stronę Rybnika i Raciborza, doradzał poruszanie się lasami w stronę miejscowości Wilcza, a więc mojej rodzinnej wsi – wspominała pani Dorota. Przedtem jednak postanowili odpocząć i zdecydowali, że dzień spędzą w pobliskiej stodole, po wejściu do środka okazało się, że uciekinierów jest więcej, przeczekali dzień i odłączywszy się od pozostałych ruszyli w drogę przez las. Poruszanie się w dużej grupie było bardzo niebezpieczne, każdy w tym czasie zmuszony był radzić sobie sam. Nastał ranek następnego dnia, mama mojej koleżanki, pani Kalabis,  wybrała się z jedzeniem dla swojego męża, który pracował w Knurowie.

To właśnie pani Kalabis nasza sąsiadka, jako pierwsza spotkała tych dwoje nieszczęśników, zatrzymała się, zsiadła z roweru i pyta – gdzież wy to idziecie, domyśliła się kim są, oni jednak wzruszyli tylko ramionami. Gdzie oczy poniosą – odpowiedzieli, nie mieli przecież obranego celu podróży, grali ze śmiercią w berka, po prostu chcieli żyć i zdani byli na łaskę losu i ludzką dobroć. Nasza znajoma  zdecydowała, że pomoże im w przetrwaniu najgorszego czasu, nie mogła z różnych względów przechować ich sama w obawie, że zostanie przez kogoś to zauważone, kazała im ukryć się, a sama skierowała kroki w stronę naszego domu i tak wszystko się zaczęło.

Sąsiadka opowiedziała nam całą historię, wytłumaczyła, kim są przygodni wędrowcy i zapytała, czy zgodzimy się udzielić im schronienia. Pamiętam – mówi pani Dorota – byliśmy z ojcem sami, mamy nie było w domu, pomyślałam wtedy, jak można im nie pomóc, nie zdawałam sobie sprawy, że za to może grozić śmierć, decyzja mogła być tylko jedna, Żydzi zostają u nas. Nie zastanawiałam się ani chwili, pamiętam, ojciec siedział w pokoju, nie odzywał się, ja byłam buntowniczą młodą osobą, tato raczej unikał ze mną konfliktów, tak więc obydwu Żydów zaprosiłam do domu, ukroiłam chleba, zaparzyłam herbaty odgrzałam mleko, posadziłam ich koło pieca, siedzieli cichutko, długi czas nie odzywali się w ogóle, trwało to długo po czym odezwał się młodszy z nich – ,,A pani wie, że za to grozi kara śmierci?”. Przyznam, nie bardzo rozumiałam, o co mu chodzi, nie rozumiałam w ogóle powagi sytuacji i powiedziałam tylko – w pobliżu nie ma wojska. Ja nie zdawałam sobie sprawy z tego, że przecież niebawem zaczną się poszukiwania tych, którzy odłączyli się od kolumny.

Nasi goście widząc, że mogą liczyć na pomoc i nie zostaną wydani Niemcom, ośmielili się moim zachowaniem i  zaczęli mówić, oczywiście opowiadali nam o życiu w obozie, my nie wiedzieliśmy nic, była to wielka niemiecka tajemnica, słuchając ich opowieści nie dowierzałam na początku słowom, które wypowiadali, ich wygląd jednak świadczył o tym, że mówią prawdę. Pamiętam, mama bardzo się bała i początkowo była nawet przeciwna naszej decyzji o zatrzymaniu tych biedaków, ja przekonałam jednak mamę, że tak po prostu trzeba. I tak zostali dwa Żydki, a ja tak się cieszyłam, to pewnie młodość sprawiła nie czułam zagrożenia i coś mi mówiło, że to wszystko się uda, że będzie dobrze, harda ze mnie była sztuka, to prawda. 

Czas płynął, pamiętam – wspomina pani Dorota – pewnego dnia odwiedził nas, nasz krewny z Wielopola, jest to miejscowość, leżąca w pobliżu Rybnika. To od niego dowiedzieliśmy się o transporcie więźniów, właśnie tym, w którym mieli znajdować się nasi goście. Opowiadał nam, jak to słaniający się na nogach, wychudzeni ludzie, popędzani byli przez strażników, bito i katowano tych ludzi na ulicy, kto się przewrócił, już nie wstał a leżącym nie wolno było pomagać, wtedy to powoli zaczęła docierać do mnie potworna prawda, wojna się kończyła a ja dopiero teraz zrozumiałam całe to okrucieństwo, czy wtedy zaczęłam się bać? Nie! Przedtem byłam zła, a po wysłuchaniu tych opowiadań zaczęłam nienawidzić i powiem – cieszyłam się, że chociaż tych dwoje zostanie ocalonych od śmierci. – Właśnie, byłam pewna, że tak właśnie będzie. (Cdn.)

 

Tadeusz Puchałka

What Next?

Related Articles

Leave a Reply

Submit Comment

*