sobota 16 Grudzień, 2017
Headline

Z Górnego Śląska do Finlandii

XIII Szkolna Ekspedycja Pilchowice – Finlandia

przez Knurów, w składzie:

Katarzyna Serafin, Marta Werwińska, Emilia Masłoń, Marta Garcorz, Zofia Młotkowska, Liwia Szafruga, Karolina Markiewicz, Julia Masłoń, Magdalena Hrynyszyn, Kacper Imiołek, Jakub Werwiński, Marcin Markiewicz (Zespół Szkół w Pilchowicach), Karolina Imiołek (Absolwentka Zespołu Szkół w Pilchowicach) oraz Oliwia Chłodnicka  i Annika Geitz (Zespół Szkół im. I. J. Paderewskiego w Knurowie). Opiekunem będzie nauczyciel pilchowickiego gimnazjum, pani Małgorzata Surdel a kierownikiem wyprawy jest Adam Ziaja.

Wszystko tym razem zaczęło się na dworcu w Katowicach, spragnieni wrażeń wsiedliśmy do pierwszego autobusu, który miał być oczywiście nie ostatnim, bo po raz pierwszy ekspedycyjna trasa opierała się na podróżowaniu autobusami, do tego dwa razy przeprawialiśmy się przez Bałtyk promem. Na trasie Warszawa-Wilno i Wilno-Tallinn mięliśmy okazję zakosztować niespotykanej autokarowej wygody, ponieważ okazało się, że nasz przewoźnik – Luxexpress – oferował na swoim pokładzie bezpłatne gorące napoje oraz każdy z nas miał do dyspozycji swój ekran, na którym to większość oglądała filmy lub słuchała muzyki.

Pierwsze zwiedzanie – stolica Litwy. Po podziale na dwie grupy udało nam się zobaczyć zamek, przy okazji piękną panoramę Wilna i pospacerować po Starym Mieście, zaraz po powrocie – dalej w drogę. Zazwyczaj spotykamy na swojej drodze przeszkody, tym razem po przyjeździe do stolicy Estonii, po szybkim „spacerze” z dworca autobusowego na przystań promową i po długich poszukiwaniach właściwego terminala do odprawy, nie zdążyliśmy na nasz prom. Na tym (na szczęście) jak się później okazało, nasze problemy właściwie się skończyły, dalsze elementy podróży nie sprawiały większych kłopotów. Dotarliśmy do Finlandii, w Helsinkach od razu z terminala powędrowaliśmy szybkim krokiem na autobus do Tampere. Na tej trasie swoje piękno ukazało nam pierwszych kilka jezior, z których słynie Finlandia. Po dotarciu pieszo (ok. 4 km) na kemping, rozłożyliśmy pierwszy raz nasze namioty i po 48-godzinnej podróży szczęśliwi, czyści i najedzeni mogliśmy zasłużenie położyć się spać. Następnego dnia, w deszczowej aurze zwiedzaliśmy miasteczko, byliśmy w Muzeum Pracy, a nawet załapaliśmy się na koncert grupy metalowej! To wszystko jednak było tylko zapowiedzią udanego wyjazdu. Przecież już niedługo mieliśmy zawitać do wioski Muminków! Następne dni na szczęście okazały się być bardziej słoneczne, ułatwiło nam to szczególnie życie „namiotowe”, bo pogodę zaczyna się doceniać, kiedy od gołej chmurki dzieli tylko cienka warstwa materiału, a do kuchni lub łazienki trzeba przebyć znacznie dłuższą drogę niż z pokoju do pokoju. W każdym razie dla naszej ekspedycji pora deszczowa powoli dobiegała końca. Z suchymi namiotami w godzinach popołudniowych wyruszyliśmy najpierw komunikacją miejską do centrum, później z centrum do Turku, aby kolejnym autobusem udać się do tej wymarzonej przez wielu wioski – Naantali. To w tym miejscu rozbiliśmy obóz w niedalekim sąsiedztwie Muminka i Migotki, u których planowaliśmy na kolejny dzień spotkanie, to tutaj niektórzy po tym wymagającym dniu poszli jeszcze pobiegać, a było to jak się później okazało dla nas najpiękniejsze do tego miejsce. Kolejnego dnia, wyspani mimo białej nocy, po przejściu mostu na wyspę, gdzie gospodarzem jest Tata Muminek, zaczęliśmy od kuchni poznawać życie tych bajkowych postaci – dosłownie, ponieważ na samym początku zobaczyliśmy ich duży, niebieski dom. Pozdrowienia z Pilchowic, Knurowa i okolic dla całej ich rodzinki i Włóczykija zostały przekazane! Poza tym tańce i śpiewy umiliły nam dzień, nawet złapaliśmy pierwsze promienie słońca, bo na Muminkowej plaży opalania i kąpieli nie zabrakło. Tym właśnie sposobem spełniły się marzenia z dzieciństwa niektórych uczestników wyprawy. Dla wszystkich jednak bajka się skończyła następnego dnia, kiedy wcześnie rano trzeba było wziąć plecak na plecy i ruszyć w stronę Turku – dawnej stolicy Kraju Tysiąca Jezior. Tam – najstarszy zamek w Finlandii, rozbrzmiewające na ulicy Hej, sokoły i w centrum – festiwal, gdzie znaleźliśmy mnóstwo straganów z różnych zakątków świata. Przez chwilę ten ogromny tłum tworzył niemalże azjatycki klimat. Następne miasto, które znalazło się na naszej trasie, to Rauma ze Starówką, wpisaną na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Stamtąd też odjeżdżał nasz nocny autobus do Rovaniemi z przesiadką w Oulu. W tym momencie zaczął się nasz ostateczny atak na cel ekspedycji – koło podbiegunowe. Dzień, kiedy zawitaliśmy do Rovaniemi był bardzo intensywny i bardzo długi. Najpierw poszukiwanie miejsca na zostawienie bagaży, później wizyta u św. Mikołaja, w dodatku tego jedynego, najprawdziwszego z Laponii! W końcu przekroczyliśmy linię koła podbiegunowego zdobywając nasz cel! Chcieliśmy w wiosce zobaczyć renifery, ale akurat one mają w niedzielę wolne! Mimo to byliśmy spełnieni, bo już wcześniej, w trasie widzieliśmy aż 3 łosie. Dodatkowo w Rovaniemi mieliśmy chwilkę czasu, aby przed zamknięciem zdążyć wejść do Arktikum. Wywarło ono na wszystkich ogromne wrażenie, a szczególnie projekcja na suficie zorzy polarnej i chociażby model łosia w proporcjach 1:1, który wydawał się ogromny, stojąc tuż koło nas. Ucieszył nas fakt, że wstęp nie kosztował majątku i zmieścił się w naszym niedużym, wyprawowym budżecie, jaki niestety po każdych zakupach w supermarkecie stawał się coraz mniejszy. Wszyscy wiedzieliśmy, że tak będzie, bo Finlandia to drogi kraj, ale 100€ za zdjęcie grupowe z Mikołajem w wersji elektronicznej to było niemałe zaskoczenie. Cóż, na to nie udało się nas namówić, zadowoliliśmy się wersją papierową za 30€, niestety od kosztów dojazdu do wioski (7,20€ od osoby w obie strony) nie udało się uciec, a po zakupie kilku drobnych pamiątek, nasze portfele wskazywały na to, że powinniśmy powoli wracać w stronę domu… Po odbiorze pozostawionych bagaży, udaliśmy się w poszukiwaniu miejsca, dobrego na spędzenie nocy „na dziko”, nie chcieliśmy rozbijać tym razem namiotów (i jednocześnie płacić za noc na kempingu), bo już o 5. nad ranem wyruszaliśmy przez Oulu do Lahti. To była mimo wszystko długa i ciężka noc. Na karimacie, w śpiworze z płynem na komary i całą ich masą nad głowami, staraliśmy się zasnąć, a tu naraz obudzili nas fińscy imprezowicze, później pan, który chciał nas wygonić mówiąc, że nie możemy tam nocować (w Finlandii wolno rozbijać namiot i spać „na dziko” poza kempingiem), bardzo późno, ale odwiedzili nas również policjanci, lecz oni sprawdzili jedynie czy nie bałaganimy i ostrzegli, że musimy pozostawić po sobie porządek. Po złożeniu wszystkiego do plecaków, udaliśmy się na dworzec, wsiedliśmy do autobusu i pognaliśmy w dalszą drogę, tak minęła nam kolejna noc – w autobusie. W Lahti przesiadka była na tyle długa, że chętni zdążyli zobaczyć tam skocznię narciarską, na której zeskoku, ku naszemu zdziwieniu, był duży basen pływacki. Obok znajdowało się muzeum, ale tym razem dniem, w którym jest ono nieczynne, okazał się poniedziałek, toteż odbijając się od drzwi wróciliśmy do reszty grupy. Nie mogę zapomnieć o kolejnym miejscu na mapie Finlandii, które odwiedziliśmy, jest to Svonlinna. Udało nam się tam uciec przed deszczem i przepłynąć się statkiem wokół XV-wiecznego, zbudowanego przez Szwedów zamku Olavinlinna. Tutaj też, na kempingu, sauna okazała się bezpłatna, więc chętnie skorzystaliśmy z tego tradycyjnego, fińskiego sposobu na relaks (Finowie mają ponad 1,5 mln saun!), a cały rytuał zakończyliśmy kąpielą w chłodnym jeziorze. Po tym poranku pojechaliśmy już do Helsinek. Stolica okazała się całkiem przyjazna dla pieszych turystów, weszliśmy do bezpłatnego Muzeum Helsinek, zobaczyliśmy katedrę Tuomiokirkko, targ rybny (okazało się, że obecnie sprzedawane tam są pamiątki), zobaczyliśmy Sobór Uspieński, Dworzec Główny, Pałac Prezydencki oraz niesamowity kościół, wydrążony w skale, gdzie udało nam się posłuchać przepięknego brzmienia ogromnych organów. Pod koniec dnia zjedliśmy mięso z renifera! Ostatnia nasza fińska przygoda to wycieczka do Porvoo. Dla mnie było to najpiękniejsze miasto, pełno kolorowych, drewnianych domków, uroczych butików i kawiarenek. Dziewczyny znalazły sklep utrzymywany w stylu retro, gdzie niektórym udało się zmierzyć kilka kolorowych ciuchów. Mieliśmy dużo czasu wolnego na zwiedzanie, spacerowanie, odpoczywanie – tak właśnie jedni urządzili sobie sesję zdjęciową, drudzy ruszyli w poszukiwaniu zabytkowych samochodów, inni udali się na tradycyjny deser rodem z Porvoo, jeszcze inni usiedli przy wodzie, podziwiając jachty, jednym słowem każdy znalazł coś dla siebie. Ciężko było się z tym miasteczkiem rozstać, ale zapadło w naszej pamięci na tyle głęboko, że mamy nadzieję zawitać tam kiedyś ponownie. Choć przyszedł po dwóch tygodniach czas na pożegnanie się z Finlandią, to nie oznaczało końca atrakcji! Teraz czekała na nas stolica Estonii! Tallinn to cudowne miasto z urokliwymi uliczkami. Spędziliśmy tam aż 10 godzin. Na samym początku wysuszyliśmy nasze namioty, co zdziwiło niejednego przechodnia. Potem weszliśmy po krętych schodach na wieżę kościoła, z którego widać było przepiękną panoramę miasta. Podczas naszego pobytu odbywały się tam różne jarmarki, było co oglądać i gdzie się bawić, niektórym udało się nawet nauczyć tańczyć! I tak nadszedł czas na drogę powrotną przez Wilno do Warszawy, a ze stolicy pociągiem Pendolino aż do Gliwic, gdzie na dworcu czekały już całe nasze stęsknione rodziny wraz z muminkowym banerem powitalnym 🙂

Karolina Imiołek

Foto: ze zbiorów Szkolnej Ekspedycji ZS Pilchowice

 

What Next?

Related Articles

Leave a Reply

Submit Comment

*