środa 17 Lipiec, 2019
Headline

Grudniowe rekolekcje obywatelskie (cz. II)

PoczdamWszystkim ofiarom Grudnia ’70, ze szczególnym wskazaniem Janka Wiśniewskiego (Zbyszka Godlewskiego z Elbląga) dedykuję me wspomnienia i refleksje z „totalitarnego piekła”

Moja Babcia, Aniela (żona prof. Antoniego Kozłowskiego, radnego Lublina podczas dwu kadencji lat 30. XX wieku, społecznika, twórcy kuchni społecznych i uniwersytetów robotniczych) zawsze powtarzała, że o wszystko w komunistycznych realiach trzeba „walczyć”. W jej przypadku walkę toczyć należało o fundament bezpieczeństwa fizjologicznego, czyli bytu naszego, więc wszelkie substancje pokarmowe, zwłaszcza tak elementarne, jak cukier, sól, kasza, czy mąka, których obecności na półkach sklepowych nie gwarantowała żadna „umowa społeczna”. Zdarzały się jednakże zjawiska społecznej psychozy wojennej, zwłaszcza po sześciodniowej wojnie błyskawicznej Izraela z państwami arabskimi w czerwcu 1967 roku, kiedy to pojawiło się w wyobraźni ludzkiej widmo III wojny światowej, co oznaczało potrzebę czynienia zapasów na czas głodowy. Pamiętam, że staliśmy wtedy całą rodziną po wymienione artykuły spożywcze, gdyż sklepy wprowadziły czasową reglamentację owych towarów. To były jednak sytuacje wyjątkowe, gdyż na co dzień walka toczyła się o bardziej „wyrafinowane” dobra konsumpcyjne, takie jak: telewizory kolorowe, pralki, czeskie motorowery, magnetofony, szynkę, kiełbasę jałowcową i wszelkie gatunki mięs, czy przysłowiowy papier toaletowy. I właśnie te obiekty „walk narodowych”, w których ginęła śmiercią żałosną ludzka godność, a czasem sami ludzie z rąk zdesperowanych bliźnich swoich, te „relikwie” codziennych „rytuałów konsumpcji” (jakże innych w swej randze i szacunku do pokarmu wobec współczesnej irracjonalnej żądzy konsumpcji i marnotrawstwa) obiadowych i kolacyjnych, miały zostać poddane podwyżce i tak już niemałych cen w feralnym dniu 13. grudnia AD 1970. Wieczorem 12. grudnia radio i telewizja przekazały obywatelom tę hiobową wieść, te iście szatańsko przewrotne, podwyżkowe „prezenty świąteczne”, nazwane eufemistycznie „regulacją cen”. Jeśli mnie pamięć nie myli, to 13. grudnia przypadał w niedzielę, więc nie było okazji, aby o tym skurwysyństwie władzy komunistycznej pogadać z kolegami z „roboty” i zareagować natychmiast strajkiem na próbę zniszczenia świątecznej radości i sutości tradycyjnego stołu. Możemy sobie wyobrazić, jak wrzało wtedy w polskich domach, ile potwarzy i złorzeczeń adresowano ku przeklętej władzy i jej powszechnie wyszydzanemu przywódcy, towarzyszowi „Wiesławowi”, czyli Gomułce, który podpisawszy w dniu 7. grudnia 1970 roku, po długich, trudnych negocjacjach, traktat z RFN o nienaruszalności granic na Odrze i Nysie, poczuł się bohaterem i zlekceważył możliwość desperackich reakcji społecznych. Ale grupa towarzyszy Gierka, sprytnego polityka, widziała w społecznej, gwałtownej reakcji na podwyżki, swoją szansę na planowane „przetasowanie władzy”…

Gomułka patrzy z szablonu - Bydgoszcz

W obliczu podważenia fundamentów „małej stabilizacji”, czyli wzrostu cen, z nimi kłopotów bytowych, a zaraz potem refleksji o stanie ogólnym komunistycznego Molocha, w ludziach zawrzał gniew i pojawiła się determinacja, która zawsze nas odwiedza, kiedy coraz mniej jest do stracenia. Bo rewolucje rodzą się zawsze w „pustych żołądkach”, a nie na skutek gwałcenia przez władzę prawa do wolności i deptaniu podstawowych wartości humanistycznych. Taka jest prawda o „szlachetności” ludzkich motywów, a niestety, wiedzą o tym i cynicznie fakt ów wykorzystują „dyrygenci mas”.

Człowiek, zaopatrzony w wypełniacze żołądka i otumaniacze umysłu, czyli kiełbasę, kaszę i wódkę, zniesie wszystko – łącznie z odebraniem wolności i godności. Znają tę życiową prawdę „organizatorzy życia mas”, stąd podwyżka cen mięsa i wędlin przed świętami Bożego Narodzenia była doskonałym zabiegiem socjotechnicznym, wywołującym ludzki odruch samozachowawczy i determinację w obronie biologicznego bezpieczeństwa. Na owym ludzkim odruchu rozegrano manewr zmiany ekipy partyjnej, którego „budowę i zasadę działania” można przeczytać w opracowaniach historycznych. Mnie interesuje tylko fakt, że tak niewiele osób chce przyjąć do wiadomości – bo wcale nie musi w to wierzyć – iż społeczeństwo jest dla władzy „zaprzęgiem wołów”, wykonującym wszelkie prace i cierpiącym wyrzeczenia po to tylko, aby „władza rosła w siłę, a rządzącym żyło się dostatniej”. W państwie totalitarnym, które jest z założenia „nowotworem” na społecznym ciele, ta prawidłowość widoczna była gołym okiem, lecz nie zawsze dostrzegana – ze względu na psychologiczny motyw „redukcji rezonansu poznawczego”, czyli niedostrzegania zjawisk, przeczących wygodnej wizji świata. Aby żyć w miarę syto i bezpiecznie – należało wierzyć w propagandowe brednie, a zdrowy rozsądek posłać na przedwczesną emeryturę. Toteż, kiedy słyszę kpiny wszelkiej maści mędrków i „słuszniaków politycznych”, szydzących z wszystkich, wierzących w „spiskową teorię dziejów”, za kulisami których stoją „mroczne siły” knowań Żydów, masonów, iluminatów, mormonów, czy moonowców, a więc ulegających „oszołomstwu” – widzę zręczny zabieg „wylewania dziecka z kąpielą”. Jest to bowiem wykpienie form naiwnych i obsesyjnych, ale też utożsamianie ich z każdą postawą trzeźwego oglądu mechanizmów historii, gdzie za szpalerem garniturowo odzianych i przepisowo okrawatowanych czają się anonimowi animatorzy sceny, demony „kasy i władzy”.

A dla człowieka zdrowo myślącego, to nie Żydzi i masoni rządzą światem, tylko kosmopolityczne kompleksy bankowo-przemysłowo-militarne, skutecznie balansujące zjawiskami pokoju, wojny i odbudowy po zniszczeniach, aby osiągać jak największe zyski ekonomiczne, nie mające żadnych motywów humanitarnych, dla których człowiek jest tylko statystycznym liczmanem. Dlatego to, co postrzegamy powszechnie jako spisek małej grupy, jest zasadą działania każdej władzy i ich koalicji, które w eksploatacji potencjału mózgowo-mięśniowego „mas ludowych” posiłkują się obecnie strukturą „międzynarodówki ekonomicznej”, czyli Banku Światowego i strategii globalizacji, jakich racją bytu jest hodowanie głupoty i owczego pędu do różnych form bezmyślnej konsumpcji, będących fundamentem każdej władzy i kapitału. I czy rządzą nami Żydzi, Watykan, FRW, NWO, lewica czy prawica, albo też kosmopolityczni „kalkulatorzy ekonomiczni” – banksterzy – to wychodzi na jedno: nam bokiem, a im saldo dodatnie. Stąd też wszelkie deklaracje władzy o „społecznym dobru” traktować należy jako „spisek przeciw zdrowemu rozsądkowi”, gdyż co jest dobre, wiedzieć powinien każdy obywatel. Bo, czy są dla nas dobre: podatki na utrzymywanie pasożytów politycznych, państwowy program edukacji, państwowa policja i armia, tuczące urzędników kasy chorych, eksmisje na bruk oraz system rent i emerytur, premiujący finansowo byłych funkcjonariuszy systemu komunistycznego, a nie najbiedniejszych – niech każdy rozstrzygnie sam. A jeśli nie wie, co dla niego dobre, to jest tylko „agregatem państwowotwórczym”, a nie człowiekiem, budującym swą pomyślność i godność w oparciu o prawnie gwarantowaną usługowość państwa wobec jego potrzeb. Lecz taki poziom społecznej świadomości jest w skali masowej czystą utopią, a tylko ci, którzy stowarzyszają się dla siebie, a przeciw państwu, mogą powiedzieć (ustami Edwarda Abramowskiego), że „w stowarzyszeniach spoczywa siła narodu i wolność człowieka… Ludzie niestowarzyszeni nie mogą oprzeć się żadnym gwałtom rządu, są na jego łasce”. Nic dodać, niczego ująć, bo władza i społeczeństwo to od zawsze nie komplementarnie dopełniające się części całości, lecz przeciwstawne sobie, bytujące w relacji „pasożyta i żywiciela” – struktury antagonistyczne. Ale, jak każda reguła ma swe wyjątki, tak ów porządek może być złamany przez stowarzyszenie się ludzi rozumnych przeciw manipulacji i „darwinowskim” zasadom gry. A w procesie ewolucji suma wyjątków tworzy nową prawidłowość. W naszym przypadku – nową jakość cywilizacyjną. Czy jest zatem w nas potencjał sprawczy takiej porcji wyjątków, które powołają do istnienia rzeczywistość społeczną na miarę Człowieka, nie zaś na miarę wskaźników ekonomicznych i oczekiwań władzy? Pożyjemy, zobaczymy, najlepiej robiąc coś po drodze przeciw aktualnym, podłym regułom gry o pieniądz i przeciw Człowiekowi – całkowicie rozmijającą się z wizją solidarnej „Rzeczpospolitej Samorządnej”, czyli państwa dla obywateli, rzeczywistości iście „darwinowskiej”. Tego teatru nagiej walki o byt, nędzy społecznej i bogactwa sztucznie, bo na „bandyckim” uwłaszczeniu dóbr, wypracowanych przez robotników PRL, wyhodowanej kadry (pseudo)elit. Oczywiście „rozumnie”, bez obsesji misji zmieniania zepsutego świata…

Radiowóz milicji

Ale wróćmy do tragedii Grudnia ’70. Gry władzy i ludzkiej krwi. Nie była to, niestety, świadoma rewolucja proletariacka z postulatami i wizją przemian politycznych, bo świadomość społeczna mieliśmy niską, zaś ludzkimi zachowaniami manipulowała władza totalitarna, a „ruchawka ludowa”, która pozwoliła zmienić garnitur władzy i przedstawić nowym dozorcom społecznego folwarku – ekipie Gierka – wizję poprawy bytu, jeśli im „pomożemy”. Ale w gwałtownym ferworze emocji i wyczerpaniu się limitu ludzkiej cierpliwości całe zjawisko wyglądało, zwłaszcza z perspektywy nastolatka, jako wielki, patriotyczny zryw przeciw znienawidzonej despocji komunistycznej. Dla mnie było to także wielkie święto, coś na kształt meksykańsko-iberyjskiej fiesty, kiedy to wrzenie uczuć ludzkiej gromady osiąga temperaturę sakralnego paroksyzmu, kiedy pękają ograniczenia banalnej codzienności i objawia się podniosła i przerażająca odsłona bytu, istnienia w agonalno-orgazmicznym paroksyzmie uwolnionych emocji, postawienia życia na „szalę szaleństwa”. Chwili, kiedy, to życie na kolanach i w kłamstwie przeradza się w pieśń mocy i wolności…

Tak to mi się jawiło, kiedy w dniu 14. grudnia 1970 roku wracałem ze szkoły do domu po skróconych lekcjach i usłyszałem ryk ludzkiego tłumu. Po plecach przeszły mi ciarki, a mięśnie naprężyły się same do heroicznego wysiłku, jaki to niewątpliwie musiał być finałem tej zbiorowej rebelii. Pobiegłem więc pod główny gmach Politechniki we Wrzeszczu, gdzie całą dojazdową ulicę Majakowskiego wypełniał zbity tłum ludzki, którego czoło stało przy bramie i skandowało hasła „Chodźcie z nami!” i „Chleba i wolności!”. Byli to stoczniowcy, którzy nadaremnie próbowali przekonać studentów i akademików do solidarnego wystąpienia przeciw komunistycznej władzy. Na moment jedności wszelkich grup społecznych w zbiorowym wystąpieniu przeciw totalitarnemu „opresorowi” trzeba było poczekać jeszcze 10 lat, do sierpnia 1980 roku. Jednak owego dnia zawiedzeni stoczniowcy odeszli spod Politechniki z przysłowiowym kwitkiem i udali się pod gmach rozgłośni Polskiego Radia przy ulicy Grunwaldzkiej, koło teatru lalek „Miniatura”. Docierali tam idąc wąskimi uliczkami osiedla Własna Strzecha, jedni w posępnym milczeniu, inni pokrzykując i dyskutując. Przed rozgłośnią zgromadził się kilkutysięczny tłum, którego przedstawiciele starali się przekazać dyżurnemu redaktorowi komunikat Komitetu Strajkowego, aby odczytany został na radiowej fonii. Była to wielka naiwność ludzka, bo nie został on rzecz jasna odczytany w eter, lecz nastroje tłumu nie były jeszcze tak zdeterminowane, aby przypuścić szturm na budynek, opanować rozgłośnię i na własną rękę, czyli własnym głosem nawoływać do społecznego wsparcia dla ich protestu. Przypuszczam, że nikomu wtedy do głowy nie przychodziło, aby nawoływać do obalenia systemu komunistycznej przemocy, wolności od sowieckiego jarzma, bo wszelkie nastroje zuchwałości i nadziei podcinało popularne porzekadło „Wyżej dupy nie podskoczysz”, nie było społecznych postulatów, nie nacierała milicja i nie „słały się gazy” – władza sondowała siłę robotniczej determinacji…

Grudzień 70

Tedy z drugim kwitkiem odchodzili stoczniowcy i inni zgromadzeni pod rozgłośnią ludzie, kierując się pochodem ku centrum Gdańska. Około godziny 16.00, już w pełnych ciemnościach, czoło pochodu natyka się na odział milicji blokujący wiadukt „Błędnik”. Wywiązuje się krótkie starcie między tłumem, a ZOMO-wcami, którzy zasypani gradem kamieni nie strzelają jeszcze, ale ustępują i otwierają drogę pochodowi do gmachu KW PZPR. Tłum dociera pod „Komitet” i zawiązuje się spontaniczny wiec. Padają hasła: „Prasa kłamie!”, „Chcemy chleba”, „Precz z podwyżkami!”, a pod adresem milicji „Gestapo!”. Grupa ludzi wdziera się do gmachu KW i dostawszy się do gorzej strzeżonych piwnic usiłuje podłożyć ogień. Próba podpalenia „Komitetu” tego dnia nie udaje się, zaś sytuacja staje się dramatyczna, gdyż na tłum naciera od strony Huciska milicja – używając pałek, gazów łzawiących i petard. Tłum cofa się pod dworzec PKP. Atmosfera determinacji i woli oporu opada. Dają się słyszeć głosy, że na Rajskiej rozbito sklepy i odbywa się zbiorowy rabunek towarów. Tłum powoli rzednie, rozpływa się do domów i, niestety, do okradania sklepów. Ogarnia mnie zdumienie i groza. Jak to możliwe, że ci ludzie, którzy z taką odwagą i zawziętością dawali publicznie wyraz swym słusznym i sprawiedliwym aspiracjom, teraz przeradzają się w sforę hien i szakali, robiąc wszystko, aby komunistyczna propaganda robotniczy protest mogła nazwać „chuligańskimi ekscesami wyrostków”. Wtedy jednak nie wiedziałem, że cywilni funkcjonariusze milicji i SB rozbijali szyby sklepowe i nawoływali do rabunku, aby zmienić charakter społecznej rebelii politycznej na pospolity rozbój. Inni zaś fotografowali z ukrycia zachęconych do procederu „rabusiów”, by potem – nad ranem – złożyć wizytę rozpoznanym i zmienić na kilka lat ich status społeczny, zaczynając od „ścieżki zdrowia”. Niestety, jak wszędzie tam, gdzie władza używa cynicznych metod socjotechnicznych, manewr się udał i w świat poszła informacja o „rabunkach i napaściach na funkcjonariuszy milicji”. Tego wieczora, niestety, pełen niesmaku i złych przeczuć wracałem kolejką SKM do domu. Jednak mój młodszy Brat, Ksawery, z którym rozdzieliłem się podczas ulicznej batalii, pozostał jeszcze w Gdańsku i na własne oczy widział rabunek sklepów i podpalanie kiosków. Spotkał też swego kolegę ze szkoły, rasowego żulika, który wyniósł z rozbitego sklepu monopolowego siatkę win i wódek, a potem ukrył w krzakach, planując w bezpieczniejszym czasie skorzystać z tego łasego łupu. Kiedy Brat wrócił do domu, ku radości mocno przerażonych Rodziców i opowiedział mi o tych wydarzeniach, wtedy to wspólnie doszliśmy do wniosku, że owym „ludzkim bydłem” nie mamy niczego wspólnego i skradzionej wódki nigdy nie wypijemy. To była nasza deklaracja młodzieńczego idealizmu i żal do bliźnich, iż nie stanęli na wysokości „historycznego zadania”, nasza niemoc, nasza młodzieńcza ślepota na „mroczne siły historii”. A kiedy położyłem się do łóżka i sen nie nadchodził, słyszałem daleki warkot czołgów i rosła w mym umyśle groza. Czy to nie wojna domowa?

Kiedy następnego dnia, czyli 15. grudnia. jechałem rano tramwajem do szkoły – widziałem na ulicy Grunwaldzkiej we Wrzeszczu duży pochód, zmierzający w kierunku centrum Gdańska. Zastanawiałem się, czy wysiąść z tramwaju i dołączyć do pochodu, ale postanowiłem, że na uliczną batalię z „glinami-gestapowcami” udam się z mymi kumplami z klasy, którzy głośno i bezceremonialnie wygłaszali wczoraj swe antykomunistyczne poglądy i pałali ochotą na bezpośrednią konfrontację z „bydłem milicyjnym”. Kiedy znalazłem się w szkole, jak zwykle spóźniony, trafiłem na lekcję historii, a nasz wychowawca zapytał mnie zaraz, jakie nastroje panują w mieście. Powiedziałem mu, że „szykuje się wielka batalia uliczna, bo po wczorajszym dniu zakończonym rabunkami i podpaleniami, wszyscy odczuwają niedosyt i pałają żądzą rozprawy ze znienawidzonym symbolem komunistycznego ucisku, komitetem KW, który kiedy spłonie, spietrane komuchy cofną podwyżki”. Wychowawca, śp. Pan Marian Figalski, położył palec na ustach i konfidencjonalnie się uśmiechnął. Tak oto dałem upust swemu naiwnemu chciejstwu, choć właśnie może w tym samym czasie padali zabici w centrum Gdańska, a rozwścieczony tłum podpalał „Komitet”…

Tu mała dygresja. Po czerwcu ’76 roku, kiedy spalono podczas rozruchów gmachy KW w Radomiu i Ursusie, powstało potoczne powiedzenie: „Palcie komitety zamiast papierosów” i mutacja pacyfistyczna: „Zakładajcie komitety, zamiast je palić”, wiodące hasło KOR-u. Te nastroje spacyfikował slogan bez pokrycia, a mianowicie „Dogadaliśmy się, jak Polak z Polakiem”, ukuty w czasie rozmów w Stoczni w sierpniu 1980 roku. Idea „Okrągłego stołu” i „pokojowego przekazania władzy” przez komunistów ugodowo nastawionej opozycji, była także wynikiem traktowania komunistów, jako „Polaków, którzy pobłądzili”, a nie zwyczajnych zdrajców i agentów obcego państwa imperialistycznego. Kunktatorska i wygodna dla „koncesjonowanych opozycjonistów” idea przebaczenia i „grubej kreski” – zniszczyła bezpowrotnie poczucie społecznej sprawiedliwości nad Wisłą i przyczyniła się do pogardy dla wszelkich instytucji prawa i wiarygodności postkomunistycznego państwa. Niestety nie doprowadził ten stan rzeczy do wypowiedzenia posłuszeństwa obywatelskiego i doprowadzenia, na fali strajku generalnego, do obalenia ubecko-opozycyjnej, (pseudo)lewicowo-(pseudo)prawicowej, a de facto gangstersko-malwersacyjnej struktury władzy, opartej o fundament zakulisowych układów politycznych, towarzyszących tzw. transformacjom systemowym, zapoczątkowanym przy „Okrągłym stole”. Znieprawiona i związana strukturami podległości wobec międzynarodowych central ekonomicznych i służb specjalnych Kremla władza III RP, ma takie samo moralne prawo i umysłowe kwalifikacje bycia przedstawicielem „interesu społecznego” i „polskiej racji stanu”, jak nieboszczka PRL. Smutne to, ale prawdziwe, a ofiary życia wielu przeciwników totalitaryzmu i zaangażowanie ludzi prawych w działania polityczne poszły na marne. Marzenia o „Samorządnej Rzeczypospolitej” stały się tylko ideą fix…

Wracając zaś do grudniowego dopołudnia owego 15. grudnia 1970 roku, to w szkole, czyli III LO we Wrzeszczu, zwanym „Topolówką”, panował chaos decyzyjny i zawieszenie normalnych zajęć szkolnych. De facto, w klasie odbywał się nieustanny wiec i gorączkowa dyskusja, od czasu do czasu studzona przez nauczycieli, którzy starali się, bez efektu, prowadzić coś na kształt lekcji. Podejrzewając, że zostaną wkrótce podjęte „środki ostrożności”, a więc próby ograniczenia naszej wolności, zachęciłem paru kolegów, aby zabrać płaszcze z szatni i czekać na realizację zadeklarowanej koncepcji naszego udziału w ulicznej batalii. Ostatecznie szkoła została zamknięta i zostaliśmy poinformowani, iż będziemy sukcesywnie, klasami odprowadzani przez wychowawców do domów. Wtedy w naszej klasie zawrzało, a w formie sztubackiego sprzeciwu na podłogę strącone zostały portrety naszych rodzimych „przedstawicieli ludu”, czyli Gomułki, Spychalskiego i Cyrankiewicza, wiszące obowiązkowo w każdej klasie, następnie podeptane i oplute w zbiorowym akcie klasowego katharsis. Wywołało to równie wiele obrazoburczej radości, co poczucia rzeczywistego zawieszenia zasad sztubackiej dyscypliny i całkowitej anarchizacji szkolnego drylu. Każdy wierzył święcie w jednomyślność i bezkarność działania. A potem ci, którzy mieli przezornie przy sobie, w klasie, swe płaszcze ubrali się i frontowymi, nauczycielskimi drzwiami „na bezczelnego” uciekli ze szkoły. Był to mój osobisty pomysł, gdyż wychodząc z założenia, że dyrektor i nauczyciele wierząc niezbicie w uczniowską karność, nie wezmą pod uwagę takiego aktu bezczelności, stąd drzwi, zarezerwowane dla „kasty wyższej” będą nie strzeżone, zaś wyjście dla uczniów mocno „uszczelnione”. Tak też się stało i z grupą pięciu klasowych przyjaciół wyruszyliśmy na naszą, pierwszą w zahukanym i nieciekawym życiu sztubaka, wegetacji pod kloszem komuny, uliczną rebelię ludową. Pachniało wolnością…

Szczecin 1970 demonstracje

Była bodajże godzina 12:30, choć niosło nas poczucie bezczasowej euforii. Wszystkim dopisywały humory i wszyscy spodziewali się, że wezmą srogi odwet za lata życia na kolanach. Kiedy przekonaliśmy się, iż nie kursują tramwaje, a także ruch samochodów na ulicy Grunwaldzkiej jest sparaliżowany, ruszyliśmy chwacko, środkiem jezdni w kierunku centrum Gdańska. Po drodze obserwowaliśmy, jak gęstnieje tłum nam podobnych, a w naszych sercach i naiwnych umysłach rosło poczucie wielkiego wyzwolenia spod tyranii i dającej siłę solidarności z ludzkim tłumem. Wśród ludzkiej ciżby wymieniane były głośno ostatnie wieści z „frontu”, a więc, że więzienie rozbite i wszyscy wypuszczeni na wolność, że pali się „Komitet”, że milicja uciekła z Gdańska, a wojsko brata się z ludem. I rzeczywiście, po drodze nie spotkaliśmy ani jednego milicjanta, a dobiegająca od Śródmieścia kanonada, potężny ryk tłumu i kłęby dymu zwiastowały przerażającą niezwykłość czekających nas doświadczeń. Podgrzewało to atmosferę naszego „rewolucyjnego pikniku”. Ale kiedy doszliśmy do wiaduktu „Błędnik”, oczom naszym ukazały iście dantejskie sceny. Zobaczyliśmy ludzi, powracających z Centrum i dźwigających telewizory, radia, odkurzacze, naręcza ubrań, futra i siatki z alkoholem. Grupa pijanych w sztok mężczyzn, trzymających w rękach milicyjne „blondyny” i flaszki ulubionych bełtów, nawoływała nadchodzących ludzi do pójścia w ich ślady i zaopatrzenia się w rozbitych sklepach w bezpłatny deputat trunków. Ale ten obraz zbydlęcenia i nikczemnych instynktów ludzkiego stada już wkrótce wyparła w niepamięć wstrząsająca panorama płonącego gmachu KW, z którego dachu ewakuowano helikopterem osaczonych przez dym i płomienie aparatczyków. Na całym Podwalu Grodzkim, od „Błędnika” po płonący „Komitet” kłębił się niepoliczony tłum ludzki. Statystyki historyczne mówią, że było to 20 tys. ludzi, ale wtedy, na gorąco wydawało się nam, że są to miliony desperatów, zrywających pęta niewoli. Ponad wszystkim unosiła się ciężka, sina chmura żrącego oczy gazu. W okolicach płonącego KW i u wylotu ulicy Rajskiej stały kordony milicji, uzbrojonej w metalowe tarcze z napisem „MILICJA” i charakterystyczną, boczną szczeliną na szczycie, służącą do bezpiecznej obserwacji poruszeń „elementu chuligańskiego”. Torowisko tramwajowe zapełniał od „Błędnika” w kierunku Huciska wąż unieruchomionych składów tramwajowych. Na burtach niektórych wozów, jeśli mnie pamięć nie myli, wymalowane było hasło: „Chleba i wolności”. Nad tłumem latał na niskim pułapie helikopter, może helikoptery, które nieustannie strzelały w tłum ładunki gazów łzawiących. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy tego, ale zasadniczą funkcją owych „powietrznych terrorystów” było robienie teleobiektywowych fotografii uczestnikom „zajść ulicznych”, które potem posłużyły – jako dowody rzeczowe – przy aresztowaniu, torturowaniu i zamykaniu w więzieniach wielu ludzi.

Lecz wtedy nikomu coś takiego nie przychodziło do głowy, toteż większość uczestników podnosiła głowy, wygrażała pięściami i ciskała bezsilne przekleństwa ku latającym „opresorom”, wystawiając w ten sposób twarze do uwiecznienia. Dochodząc do budynku dworca PKP zobaczyliśmy spalony wagon tramwajowy, zaś na innych wagonach, stających sznurem, wywieszone były transparenty z żądaniami strajkujących stoczniowców, spalone samochody milicyjne i unieruchomiony, wypalony i z zerwanymi gąsienicami, transporter opancerzony, a przed nim kałużę ludzkiej krwi. Od stojących obok ludzi dowiedzieliśmy się, że pojazd ten, nim został zniszczony, przejechał na miazgę człowieka, którego szczątki wniesiono do holu dworca i zasypano całunem kwiatów z rozbitej kwiaciarni. Zaś dowódcę transportera, sprawcę tragedii, wywleczonego z wozu przez rozwścieczony tłum – zlinczowano. Ogarnęła nas groza. Zobaczyliśmy też, że za kordonami milicji stoją czołgi z lufami skierowanymi w ludzkie masy. Tłum zaś falował i skandował nieustannie: „Gestapo!”, „Precz z podwyżkami”, „Partia kłamie”. Z szaleńczym zapałem ciskaliśmy kamienie z torowiska tramwajowego w schowanych za tarczami milicjantów, jednocześnie obrzucając ich siarczystymi wyzwiskami. Spostrzegliśmy jednak, że sprawa panowania tłuszczy nad sytuacją nie jest definitywna, gdyż od czasu do czasu milicja przypuszczała szturm, poprzedzony gęstym ostrzałem ładunkami gazu w napierający i obrzucający ich kamieniami tłum. Następował wtedy paniczny odwrót wielkiej fali ludzkiej, pędzonej przez garstkę wywijających pałkami, skrytych za plastikowymi przyłbicami i tarczami milicyjnych „kosmitów”. Pierwszą mą refleksją było zdziwienie, dlaczego garstka „milicyjnego bydła” potrafi wywołać trwożny odwrót wielkiej masy narodu. Nie widziałem jeszcze na własne oczy, jak strzelano do ludzi, jak padali zabici, a pojazdy pancerne wjeżdżały bez pardonu w tłum, zagrażając rozjechaniem na miazgę. To był zwyczajny instynkt samozachowawczy ludzkiej gromady, a moje wątpliwości wynikały z naiwnej wiary w odwagę i siłę ulicznych rebeliantów.

Ale nim zdążyłem sobie na ów dylemat odpowiedzieć, zdarzył się przypadek, który zapadł trwale w mą pamięć. Podczas kontrataku tłumu od strony dworca, odcięci zostali i pochwyceni milicjanci, atakujący z ulicy Rajskiej w kierunku „Błędnika”. Na własne oczy zobaczyłem, że okrucieństwo i brak litości nie są tylko monopolem tresowanych do bezmyślnej agresji „pałkarzy”. Pochwyceni ZOMOidzi byli odzierani z uniformów, bici, okładani drągami i prętami, kopani. Spontanicznie wyrwał mi się z gardła okrzyk: „Ludzie, przestańcie! Zachowujecie się jak bydło! Czym się od nich różnicie?!”. Parę osób, stojących obok podchwyciło ten ton humanitarnego oburzenia i „gliniarz” właśnie poddawany samosądowi, na moich oczach został tylko rozbrojony i puszczony wolno, kopniakami popędzony przez tłum do swoich. Ale kiedy spotkałem kolegów, rozproszonych podczas ucieczki, dowiedziałem się, iż na ich oczach zakatowano na śmierć policjanta, któremu następnie zdarto z głowy hełm pełen krwi i mózgu, jakie wyciekły ze zmiażdżonej czaszki, horror!

Ogarnęło mnie przerażenie. W czym ja uczestniczę? W zbiorowej jatce, której obie strony są równie okrutne i bezmyślne? I kiedy tak stałem ogarnięty paraliżującą trwogą, usłyszałem nad sobą „brzęczenie stalowych trzmieli”, jak nazwałem ten odgłos później. Rozległy się krzyki „Strzelają!”, a część ludzi rzuciła się do panicznej ucieczki, inni zaś padli na ziemię. Stałem w miejscu i patrzyłem na ten spektakl grozy, jakby z wielkiej oddali, onirycznej perspektywy koszmaru i nic mnie nie obchodziło, że świszczą kule, bo wszystko stało się nagle nierealne i zdumiewająco obce. Nagle usłyszałem krzyk mego przyjaciela, Teda Dziewanowskiego: „To już koniec! Wystrzelają nas! Uciekajmy stąd!”. Spojrzałem na niego, był blady, ale umorusany, jak wojownik, z wyrazem trwogi na twarzy, a co najważniejsze powiedział jeszcze, iż nasz wspólny przyjaciel (nazwiska nie wspomnę) pobiegł rabować sklepy. Ta hiobowa wieść wystarczyła, przelała szalę rozpaczy i niemocy…

Zupełnie bez emocji, jak w lunatycznym transie, przeszedłem z Tedem na peron kolejowy SKM i wsiadłem do straszliwie zatłoczonego wagonu kolejki. Zatrzasnęły się drzwi i pociąg uwiózł nas z miejsca ludzkiej tragedii, bezsilnej furii i ślepego okrucieństwa. Pojąłem, że to było piekło, które teologowie i wygodni amatorzy sielskich wizji świata przenoszą w metafizyczne zaświaty. Moim udziałem, a mniemam, iż także wielu uczestników owych tragicznych wydarzeń, było to spotkanie z niewyobrażalnym dla ludzi współczesnych infernalnym wymiarem życia, grozą grozy, koszmarem wojny. Bo piekło, to ludzka nienawiść, wyzwolona z norm kultury. Usterki demokratycznej III RP, przekręty oligarchii SBecko-solidaruszej, to skandal i karykatura, ale jednak, to tylko „małe piwo”, w porównaniu…

I tak dobrnąłem do kresu swych grudniowych rekolekcji, refleksji na temat pamięci historycznej, autonomii obywatelskiej i perfidnej despocji państwowej. Pretekstem były chwile, przeżyte podczas wydarzeń Grudnia ’70, które przecież najstraszliwsze żniwo zebrały wczesnym rankiem 17. grudnia 1970 roku na dworcu kolejki Gdynia Stocznia. Tam dopiero odbyła się prawdziwa masakra niewinnych ludzi! A potem, na ulicach Gdyni, też było strasznie – rzeźnia, jakiej nie doświadczył Gdańsk! Zaprzyjaźniona dziennikarka z Gdyni, śp. Wiesia Kwiatkowska przeprowadziła śledztwo dziennikarskie, zbierając dowody, że w Grudniu ’70 na Wybrzeżu zginęło i zostało na śmierć zakatowanych ok. 800 ludzi (oficjalnie 44 osoby!). Horrendalna, nie osądzona do dziś zbrodnia!

Pomnik Ofiar Grudnia 1970 w Gdyni

Kiedy zbiorowo dopomnimy się o „rachunek krzywd”, no kiedy? To koszmarne, własne doświadczenia „człowieka dwóch epok” dają mi moralne prawo do owych publicznych sądów… Na koniec, nie będąc zbyt odkrywczym, przypomnę, że każdy ma taki świat i taką jakość życia, na jakie zasługuje, stąd bierność i wygodnictwo umysłowe ludzi owocują nowotworem niekontrolowanej władzy. Lecz nie zachęcam do „siłowej” likwidacji władzy na zewnątrz – lecz na zabiciu w nas samych „plugawych ziaren” despocji i okrucieństwa, które w sprzyjających warunkach zawsze dojdą do głosu. Władza i przemoc mieszkają bowiem w nas, a nie w kosmitach, toteż naprawę świata rozpocznijmy od siebie, od Nas, od solidarnej wspólnoty Polaków! To tyle.

Antoni Kozłowski,

  Wrzeszcz, grudzień 2000 roku, 30 lat później…

What Next?

Related Articles

Leave a Reply

Submit Comment

*