czwartek 22 Czerwiec, 2017
Headline

Janowsko-roztoczański plener: przyroda – temat sam w sobie

Zima dobiegała końca, gdy mój ojciec dostał od swojego kolegi z dawnych lat zaproszenie do udziału w plenerze fotograficznym Związku Polskich Fotografów Przyrody/Okręg Roztoczańsko-Podkarpacki oraz dorocznego spotkania członków związku, połączonego z wernisażem wystawy fotograficznej Pawła Marczakowskiego pt. Roztocze i Puszcza Solska – dziedzictwo natury.
Jako, że mam z ojcem podobne zainteresowania, wybraliśmy się razem.

Wyruszyliśmy w sobotę rano busem do Kraśnika, gdzie przesiadaliśmy się do samochodu Marka Nasiadki i ruszyliśmy w stronę Lasów Janowskich.

Pierwszy postój i pierwsze zdjęcia to okolice wsi Kalenne. Fotografowaliśmy głównie rozlewiska, spowodowane przez bobry i topniejący śnieg. Niebawem ruszyliśmy w dalszą drogę.
Następny postój – rezerwat Imielty Ług, pora roku nie pozwalała na fotograficzne wyżywanie się, było to raczej poznawanie terenu (podobno wiele się tu w ostatnim czasie zmieniło) i „rozgrzewanie sprzętu”. Spotkaliśmy również grupkę „terytorialsów”, czyli członków Obrony Terytorialnej, którzy w ramach nauki biwakowania rozpalili w lesie małe ognisko! Strach powierzyć życie ludziom, mającym za nic (lub nieznających) podstawowe – lecz fundamentalne – zasady obozowania w lesie! (Jeśli spalą las, to gdzie będą się chować w czasie wojny?)…
Kolejny przystanek to miejsce docelowe, czyli Ośrodek Edukacji Ekologicznej „Lasy Janowskie” w Janowie Lubelskim.

Oprócz wydarzeń programowych brałem udział we wspomnieniach z dawnych lat mojego ojca i Marka (zwanego przeze mnie od dzieciństwa „wujkiem Markiem”).

Obydwaj mają spore poczucie humoru i do dzisiaj są „zgrywusami”, toteż słuchając ich opowieści wyłem ze śmiechu. Niestety przed godziną dwudziestą drugą wspominki przerywa obca nam kobieta z sąsiedniego pokoju, każąc się uspokoić i iść już spać, bo ona musi rano wstać! Odpowiedziałem: Wyspać się na plenerze, to tak jakby pójść do akademika kaca leczyć.

Większość dyskutuje na rożne tematy, dzielą się doświadczeniami, wspominają dawne czasy i przygotowują szczegółowy plan następnego dnia, stąd nie w głowie im spanie o wczesnej porze. Tu ciekawostka – nasze pokoje oddzielał wspólny salon i oddzielna łazienka.

Po śniadaniu, dość obfitym, lecz niezbyt smacznym ruszyliśmy w drogę powrotną do Kraśnika, zahaczając po drodze o Roztocze Lwowsko-Tomaszowskie.

Pierwszy przystanek – Momoty Górne i piękny drewniany kościół pw. św. Wojciecha oraz pomnik poświęcony pamięci żołnierzy z grupy płk. Zieleniewskiego.

Ruszyliśmy w dalszą drogę, zatrzymując się w okolicach wsi Błażek, fotografując krajobraz i zapomnianą drewnianą kapliczkę, wstydliwie ukrytą za nowoczesną budowlą.

Kolejny postój – Blinów, gdzie fotografujemy drewniany kościół z lat 1771-1789 oraz jego najbliższe otoczenie.

Zajeżdżamy też do Stróży, gdzie podziwiamy późnobarokową kaplicę pw. św. Trójcy z lat 1766-1767. Kaplica została wzniesiona na planie trójkąta równobocznego (!) i jest ponoć jedną z dwu takich w Polsce, przy czym nie wiadomo, gdzie jest ta druga…

Niestety, kaplicę można oglądać jedynie z zewnątrz, plotki głoszą, że wewnątrz już nie ma czego podziwiać.

Nazwa miejscowości pochodzi od słowa „strażnica”, której rolę osada pełniła w czasach funkcjonowania szlaku z Krakowa na Ruś, a nie od „strugi”, czyli rzeki Wyżnicy.

Kolejny postój to Kraśnik, gdzie w domu Marka Nasiadki zjedliśmy smaczny obiad i po odpoczynku, już tylko we dwu z ojcem ruszyliśmy pełni wrażeń do Lublina.

 

Bogumił Kowalski

 

 

What Next?

Related Articles

Leave a Reply

Submit Comment

*