niedziela 29 marca, 2020
Headline

KREUZBERG ZUERST!

Kreuzberg Zuerst!, czyli Najpierw Kreuzberg!, tak zatytułowana jest jedna z piosenek niemieckiej punkowej kapeli Terrorgruppe, poświęcona tej blisko 200-tysięcznej dzielnicy Berlina. Miejscu, o którym po raz pierwszy świadomie usłyszałem w maju 1989 roku. Właśnie wtedy PAP (dla nie wtajemniczonych: Państwowa Agencja Prasowa) w nieistniejącym już Echu Krakowa (wychodzi jako wkładka do Gazety Krakowskiej), wyczytałem, że grupy lewackiej młodzieży z tej zachodnioberlińskiej dzielnicy całą noc z 1/2. maja ścierały się z policyjnymi formacjami niemieckiej prewencji. Około 300 niemieckich policjantów zostało rannych. Jako 17-latek bardzo zazdrościłem młodym Niemcom, bo bilans naszych krakowskich demonstracji z 16–18. maja było dużo gorszy. Udało się tylko wyeliminować niecałych 50 milicjantów z ZOMO. Tak właśnie po raz pierwszy usłyszałem o niemieckim Kreuzbergu.

Po latach włóczyłem się po zaułkach Kreuzbergu. Poznawałem duszę tej dzielnicy, jak i innych mniej znanych miejsc Berlina. Starałem się ogarnąć i zrozumieć to wielkie i barwne miasto. Odkryć jego tajemnicę. Mając za motto słowa Josifa Brodskiego, że: uciekając ku peryferiom, oddalasz się od wszystkiego i trafiasz na świat autentyczny, ruszyłem na spotkanie prawdziwej rzeczywistości. Dlatego np. reprezentacyjna Unter den Linden znajdowała się na mojej drodze, tylko wtedy – gdy musiała.

Cała wyprawa do Berlina o mało nie doszła do skutku. Na moich oczach zwiał mi pociąg. Szlag trafił miejscówki i pojawiło się retoryczne pytanie: co dalej? Jak zwykle trzeba było działać, a nie myśleć. Ostatecznie poprzez Gubin i Frankfurt nad Odrą dotarłem do Berlina. Była już północ, kiedy wysiadłem na dworcu Berlin – Friedrichstrasse. Zadzwoniłem do znajomej, aby ją uspokoić. Kiedy piliśmy wieczorną, a właściwie nocną herbatę wyznała mi, że zaniepokojona, iż nie wysiadłem z oczekiwanego pociągu, zawiadomiła wszystkie ważniejsze berlińskie dworce. Ponoć ogłaszano przez głośniki, że jestem poszukiwany (ciekawe jak wypowiadali moje nazwisko?). Przynajmniej więc przez minutę byłem w centrum uwagi tego kilku milionowego miasta. Na dalszy plan zeszły jego główne problemy. Choćby ogromne zadłużenie. Za przyczyną mego permanentnego braku punktualności nazwisko Kasprzycki zostało na trwałe zapisane w historii Berlina.

Berlin posiada dziesiątki muzeów, co ciekawe spora ich część jest poświęcona starożytności, albo wczesnemu średniowieczu. Zaczynając od najbardziej znanego Pergamon Museum, a skończywszy na sieci muzeów zlokalizowanych w okolicach pałacu Charlottenburg. Można się poczuć jak w obrębie Morza Śródziemnego. Zobaczyć to, co panowie archeolodzy z XIX- wiecznych Niemiec razem ze swoimi kolegami z Anglii i Francji nakradli w Grecji, Persji czy Egipcie. Mnie najbardziej fascynował fakt, że tyle tego przetrwało, mimo zjawienia się w 1945 Armii Czerwonej. Widocznie Czerwonoarmistów interesowały bardziej przyziemne rzeczy: czasy i wielosipiedy. Przez  wszystkie wystawy poświęcone starożytności przepłynąłem niczym w piosence Świetlickiego. Raczej snobistycznie zaliczyłem, niż zwiedziłem. Jednak podobnym snobom chciałem podpowiedzieć, że najlepiej powyższe muzea zwiedzać w czwartki, bo większość z nich ma wtedy gratisowy wstęp.

Warto natomiast wybrać się do muzeum, poświęconego II wojnie światowej, które mieści się w historycznym budynku, gdzie przywódcy III Rzeszy podpisywali z aliantami majową kapitulację w 1945. Bardzo fajna jest makieta poświęcona walkom o Berlin w 1945 roku. W jednej zaś z gablot można sobie pooglądać galowy mundur marszałka Żukowa. Muzeum to znajduje się w Karlshorscie, wschodniej części Berlina. Kolejną ciekawą propozycją do zobaczenia jest moim zdaniem Hohenschönhausen, więzienie STASI. Ekspozycja uzmysławia, jak daleko w NRD zbudowano państwo policyjne. Aparaty telefoniczne z podsłuchem, pluskwy wkładane wszędzie, gdzie to możliwe. Inwigilacja obywatela doprowadzona do perfekcji. Zwracają również uwagę dokumenty STASI z przesłuchuchań kilku studentów z Drezna, którzy w 1968 roku mieli odwagę rozlepiać ulotki w proteście przeciwko inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację. Zapłacili za to wysoką cenę. Dostali kilkuletnie wyroki więzienia. Do wątku dysydenckiego jeszcze powrócę. Co do niemieckich muzeów, to spore wrażenie zrobiła na mnie wystawa w Deutsches Historisches Museum, poświęcona pierwszej wojnie światowej. Ukazano na niej konsekwencje tej wojny. Łącznie z 1939 rokiem. Znalazł się tutaj wątek polski. Plakaty plebiscytowe z 1920 roku i ciekawe popiersie Piłsudskiego.

Potem przyszła kolej na Kreuzberg. Dzielnicę poznawaną o różnych porach dnia i nocy. Przy różnej pogodzie. W słońcu i upale, w deszczu i przy grzmotach burzy. Miejsce o różnych barwach.

Jak przystało na staroświeckiego kryptopunka po 30–tce, zwiedzanie fascynującego miejsca rozpocząłem od zagadnięcia kilku 20–latków w podartych dżinsach z naszywkami Nazis Raus o muzyczne sklepy z punkową muzyką. Popatrzyli na mnie jak na idiotę. Jak na pytającego w lesie o grzyby. Wyjaśnili mi, że takich miejsc jest tutaj sporo. Tylko trzeba poszukać. Zapuściłem się więc w Kreuzberg… Szedłem sobie bocznymi ulicami. Oglądałem plakaty i napisy polityczne na murach kamienic. Wreszcie przy Gneisenaustrasse moja punkowa peregrynacja osiągnęła swój pierwszy przystanek. Nad wejściem do rockowego sklepu powiewała piracka flaga. Na progu siedziało kilku osobowe punkowe bractwo i powoli, melancholijnie sączyło piwo w butelkach. Ze sklepu doleciała mnie muzyczka, która nie pozwoliła pozostać u wejścia. W środku przywitało mnie bardzo fajne wyposażenie sklepu i zgromadzone duże ilości ostrej, rockowej muzyki z całego świata. Na ścianach plakaty, kopie archiwalnych zdjęć z zadym. Sporo różnych koszulek, anarchistycznej prasy, rozmaitych zinów i naklejek. Zagadnąłem sprzedawcę o legendę niemieckiej punkowej grupy. 40-kilkuletniemu gościowi bez zęba na przedzie zaiskrzyły oczy. Sięgnął po CD zespołu Slime. Pomyślałem, że chyba dobrze pamięta początki chłopaków z Hamburga, z końca lat 70–tych. Popłynęły utwory: We don’t need the Army, Hey Punk, czy A.C.A.B. Przy tym kawałku nieoczekiwanie pojawił się strumień świadomości. Oświeciło mnie, że głupie Ziomale z mojej Wiochy Zabitej Dresiarzami (jak nazywam moją drogą [naprawdę drogą!] Nową Hutę), co to popisały mur mego śmietnika CHWDP – KSC (Ha! Ha! Jak to w Wiosze Zabitej Dresiarzami się szybko zmienia. Niedawno Biała Gwiazda, teraz Pasy!?), w swoich hip–hopowych zwidach nie były pierwsze. Bo już dawno było A.C.A.B (dla nie wtajemniczonych: All cops are bastards [W wersji ocenzurowanej: Wszyscy gliniarze są gnojkami.) a CHWDP to jakiś pseudoliteracki plagiat łysych cymbałów w dresach i szerokich portkach. I zrobiło się tak fajnie, że aż trudno mi było wyjść z muzyczno-duchowego przybytku. Patrząc na europejskie ceny płyt, w mojej typowo polskiej głowie zrodził się pewien plan. Zaproponowałem jednemu kolesiowi z irokezem (tak na oko w moim wieku, czyli przecież dobry rocznik!) muzyczną wymianę naszych rockowych archiwów. Mikro, bo tak się nazywał, dość chętnie przystał na propozycję. Wymieniliśmy adresy. Na koniec zrobiliśmy sobie zdjęcie przed sklepem. Nie wiem, czemu to wszystko wprawiło mnie zaraz w dobry humor. Nie zepsuło mi go nawet, jak Turek u którego kupiłem kebab, niemiłosiernie nabijał się z mojej niemczyzny, powtarzając: dobzie mówiź, dobzie… Tak oto upłynął mój pierwszy dzień spotkania z Kreuzbergiem.

Kiedy wieczorem w rozmowie z moją berlińską gospodynią ekscytowałem się na temat Kreuzbergu, stwierdziła, że ta dzielnica i tak straciła swój stary urok. Według niej zatracił się klimat dawnej, artystycznej bohemy, a miejsce to zdominował wyrafinowany snobizm. Dawny duch Kruzbergu przeniósł się do Prenzlauerbergu, byłej dzielnicy wschodniego Berlina. Miejsca gdzie mieszkało najwięcej dysydentów, opozycjonistów doby NRD. Właśnie tutaj istnieje autentyczne, artystyczne życie Berlina. Z Kreuzbergu przeniosło się sporo miejscowej bohemy. Znacznie chętniej przesiaduje się tutaj w kawiarnianych ogródkach niż w sławnej dzielnicy Berlina Zachodniego. Co najważniejsze wszystko jest tańsze. Jeżeli chodzi o odkrywanie na nowo, często starych dzielnic miast, to dzieje się tak w całym świecie. Oczywiście kierują tym nie tyle zwykli ludzie, co raczej zmanierowana śmietanka tzw. artystów. To oni kreują modę i tak np. Nowy Jork odkrył Harlem, a u nas Warszawa Pragę, czy Kraków Kazimierz. Może podobnie jest z Berlinem?

Aby wyrobić sobie zdanie o tych dwóch zakątkach Berlina, moja znajoma „porwała mnie” na nocną wycieczkę po owych dzielnicach niemieckiej stolicy. Na początku wylądowaliśmy na najbardziej zakręconej giełdzie staroci, na jakiej było mi dane być w życiu. W jednym z budynków przy Oranienstrasse odbywała się wieczorowo – nocna sprzedaż wszystkiego, czego dusza zapragnie: stare analogowe płyty, książki, ubrania, zegarki etc. Na małej scenie jakaś rockowa grupa grała ostre kawałki. Wszystko podziałało na mnie tak, że na pamiątkę zakupiłem małą plakietkę The Clash. Potem spacerowaliśmy jeszcze długo po nocnym Kreuzbergu. Wszędzie kawiarnie były pełne ludzi, z wnętrza dobiegała przeróżna muzyka. Było tak fajnie, że zapragnąłem przyjść tu znowu. Ale jeszcze tej nocy przemknęliśmy przez Prenzlauerberg.

Sprawdziło się. Kolejnego dnia ponownie włóczyłem się po Kreuzbergu. Spacerowałem po bocznych uliczkach. Było duszno. Zanosiło się na burzę. Koło przystanku metra Kottbusser Tor ktoś zagadnął mnie, czy nie potrzebuję haszyszu. Uśmiechnąłem się i poszedłem dalej. Oprócz urokliwych kawiarenek, w tej dzielnicy podobały mi się liczne księgarenki, które mają bardzo kameralny wymiar. Co najważniejsze można w nich znaleźć sporo książek i albumów związanych z historią Berlina, jak i samego Kreuzbergu. W kilku z nich był też dział z alternatywnymi zinami, leżały ulotki i plakaty, wzywające na demonstracje (których w Berlinie nie brakuje). Zabrałem kilka na pamiątkę. W delikatesach kupiłem ciastka i karton mleka (staram się degustować mleko we wszystkich miejscach, gdzie rzucą mnie tułacze losy) i usiadłem przy Oranienplatz. W tym miejscu zaczynają się wszystkie ważniejsze demonstracje. Spotykają się wszyscy myślący inaczej, niż przewidują ustawy. Było dość pusto, a nawet cicho. Tylko dalekie pomruki burzy zwiastowały, że wieczór może nie być zbyt pogodny. Naprzeciwko, na ławkach, siedziały niemłode i grube Turczynki. Rozmawiały o czymś zawzięcie. Patrzyły na mnie podejrzliwie i zarazem litościwie. Doskonale wypełniałem krajobraz okolicznych starych alkoholików z tanimi winami. Turczynki spluwały na ziemię. Jakiś gość sikał pod drzewem. Coraz bardziej mi się podobało. Kiedy następnego dnia przy moście Kottbusser zobaczyłem tureckich handlarzy, sprzedających różnej maści tandetę zrozumiałem, że naprawdę żyjemy w globalnej wiosce. Tylko dlaczego potrzebny był ten cyrk z wejściem do Unii Europejskiej? Przecież krakowskie bazary wyglądały już tak z 20 lat wcześniej. Były o wiele wcześniej we wspólnej europejskiej Ojczyźnie. Jednak już tego burzowego popołudnia, czy raczej wieczora, bo zaczynało zmierzchać, Kreuzberg wydał mi się niezmiernie swojski. Według niektórych Berlińczyków ta dzielnica ze względu na Braci z Anatolii, nazywana jest Małym Stambułem. Grzmoty nadciągającej burzy stawały się coraz bliższe. Turczynki opuściły ławki. Też ruszyłem dalej, ale wtedy zagadnął mnie podpity, ale sympatyczny facet w okularach. Pamiętam, że miał bardzo zniszczone dłonie. W sekundzie wyrecytowałem:

Ich bin aus Polen. Ich habe keine Geld. Gość jednak powiedział, że nie potrzebuje forsy. Wzruszony rzekł, że Papst ist O.K. Walensa ist O.K. Jakoś mnie to ujęło i znowu przysiedliśmy na ławeczce przy Oranienplatz. Niemiec się rozgadał się o swojej autobiografii. Opowiedział mi, że w czasach NRD był dysydentem. Jego początkowy sprzeciw wobec komunistycznego reżimu polegał na parodiowaniu przemówień towarzysza Honeckera. Za to trafił na psychiatryczne badania, a potem, kiedy jeszcze bliżej związał się z formalną opozycją, powędrował już do więzienia. Nie pozwolono mu skończyć studiów. Był nawet przeniesiony do innego miasta. Potem pracował jako ślusarz, ciągle nawiedzali go smutni panowie ze STASI. Później zaś nadszedł cudowny rok 1989. I nagle wypłynęli na powierzchnię ci, co siedzieli najbardziej cicho. Gość odjechał na boczne tory. Nie załapał się. Potem pracował dalej jako ślusarz, ale go zwolnili. Miał trochę szczęścia, odszedł na wcześniejszą, osłonową rentę. Zawsze umiał dobrze gotować, więc zaczął dorabiać w knajpach. Rozpił się. Czy w to wszystko można uwierzyć? Historia bardzo podobna do tysięcy zbliżonych, w naszym pięknym kraju.

Wreszcie przyjechałem pożegnać się z Kreuzbergiem. Było wczesne południe. Szedłem patrząc po ludziach, domach, placach. Minąłem zakochaną, trzymającą się za dłonie, parę gejów. Wysokiego jasnowłosego Niemca i mniejszego, skośnookiego Azjatę. Przypomniało mi się, jak dzień wcześniej widziałem ich gruchających do siebie w jednej z kawiarni przy Oranienstrasse. Zaczął wiać chłodny wiatr. Pod dachem jednej z kamienic na skrzyżowaniu Köpenickerstrasse i Engeldamm ktoś napisał wielkimi literami: Die Grenze verläuft nicht zwischen den Völkern, sondern zwischen Oben und Unter (Granice nie przebiegają między ludźmi, lecz między górą a dołem). Spodobało mi się.

Wstąpiłem do jednego z pustych i smutnych berlińskich kościołów. Klęknąłem. Pomyślałem sobie, czy Bóg w Berlinie jest inny niż w Krakowie, czy Wrocławiu? Chyba jednak był taki sam. Przeżegnałem się. Wyszedłem. Opuściłem Kreuzberg, a potem stolicę Niemiec.

  

Remigiusz Kasprzycki

 

Leave a Reply

Submit Comment

*