niedziela 22 Październik, 2017
Headline

Laterna Magica – opowieści dobre jak chleb i gorzkie jak piołun (4)

*

Jak już wspomniałam, zrządzeniem losu byłam dziewczynką, która otrzymała wrażliwość umysłu na postrzeganie zjawisk niewidzialnych dla innych, daru obserwacji ludzkiej aury i spotkań z fantastycznymi tworami. Przypuszczam, że były to wszelkie energie natury, te złe i dobre, które w mym umyśle przekształcały się w, od wieków przechowywane w zbiorowej skarbnicy wyobraźni, stwory i postacie, wyraźnie manifestujące swój osobowy charakter. Nie bałam się tych zjawisk, lecz nie rozmawiałam o tym z rodzicami, a wszelkie kwestie ich prawdopodobieństwa lub baśniowej proweniencji dyskutowałam z ojcem po przeczytaniu wskazanych przez niego, dość trudnych lektur z dziedziny etnografii i antropologii. Muszę przyznać, że nie byłam zbyt oryginalna w tej dziedzinie, a postacie z mych wizji były bardzo podobne do europejskich i azjatyckich postaci z panteonu demonów i duchów domowych. Ale do rzeczy.

Obserwowałem więc scenę, która fascynowała mnie, ale nie przerażała. Tymczasem południca podeszła do leżącego na ziemi i stanąwszy u jego głowy wyciągnęła przed siebie, otwartą w geście chwytania, białą jak wosk dłoń. I wtedy z ust leżącego uniósł się powoli ku górze szary, pulsujący obłoczek, który miał niewątpliwie ludzki kształt, więc w mig zrozumiałam, że to dusza starca, która opuściwszy w śmiertelnej rozłące ciało, wpada w łapska południcy. I stało się tak, że dłoń strzygi ogarnęła i zwinęła w kłębek „wyzioniętą” duszę i zaraz bezszelestnym ruchem wpakowała ją do wora, który mocno skręciwszy, zarzuciła sobie na plecy i odwróciwszy się w stronę stodoły ruszyła wolno ze swym trofeum ku nieznanym krainom pozaświatów. Kiedy doszła do drewnianej ściany stodoły przeniknęła przez nią w głąb i zniknęła mi z oczu.

Wtedy zobaczyłam, że przy leżącym starcu klęczy młoda, bosa, kobieta opasana kuchennym fartuchem i z kubka, który trzyma w jednej ręce, wychlapuje na stężałą twarz starca krople ożywczej wody. Zaś ratunkowej operacji przygląda się para dzieci, zapewne rodzeństwo, chłopiec i dziewczynka, opaleni na brązowo, w samych tylko, białych, bieliźnianych majteczkach. A kiedy z domu wybiegł mój tata w towarzystwie rozebranego do pasa mężczyzny, z wytatuowaną na lewym ręku niezgrabną, nagą kobietą pod palmą, ja też podbiegłam do zgromadzenia rodzinnego, spieszącego z beznadziejnie już nieskuteczną pomocą. Ojciec wykrzyknął krzepiącą wieść, że pogotowie już zawiadomione, bo szczęśliwie natychmiast się połączył z dyżurnym. Ojciec był pełen nadziei, że szczęśliwy traf posiadania przez sołtysa, czyli tatuowanego mężczyznę, telefonu w chałupie jest gwarancją dobrego zakończenia tej wstrząsającej dla rodziny przygody. A ja tylko pomyślałam, ile to płonnej nadziei żywić będą do momentu przyjazdu karetki na sygnale, ci wszyscy zatrwożeni i bezradni ludzie. Coś mnie tknęło i w z nagła zapadłej ciszy, donośnym głosem wymówiłam te słowa:

– Na nic już nasze wysiłki. Południca zabrała duszę zmarłego na tamten świat i nic mu już nie pomoże. Trzeba pogodzić się z tą śmiercią.

Wszystkie oczy zwróciły się na mnie. Czułam, że te spojrzenia przeszywają mnie na wylot. Czułam, iż moje słowa zabrały im drogocenną flaszeczkę życiowej narkozy, czyli nadziei. Zabrały więc im pomoc, w cichości hołubioną deskę ratunku, ludzki oręż do walki z koszmarem, który na nich spłynął niczym gradowa chmura. I pierwsza nie wytrzymała kobieta. Z jej ust trysnęła nienawiść:

– Ty paskudna gówniaro! Jak śmiesz wygadywać takie podłe bzdury!

Nie powiedziałam już nic. Poczułam tylko, jak tata chwyta mnie za rękę i bez słowa wyprowadza na piaszczystą drogę. Przez chwilę czułam, jak ścigały nas jadowite spojrzenie pozbawionych nadziei. Po chwili tata odezwał się:

– Jeśli widziałaś coś, czego nie widziały nasze oczy, to jesteś istotą wybraną.

A wtedy mocno, kurczowo przytuliłam się do jego mocnego, ojcowskiego ciała i poczułam, że ten wielki i dobry człowiek, to moja życiowa ostoja, namiot ciepłego bezpieczeństwa na pustyni świata, ale też pozasłowny nauczyciel mrocznej tajemnicy życia, wielkiego misterium grozy napięć, konfliktów i olśniewających połączeń w jedność, rozłączonych płcią cząstek pełnego człowieka. I zadrżałam na myśl, że kiedyś mogę go utracić…

*

        Moja krótka opowieść, to ilustracja do powiedzenia: „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”. Śmieć mojej Mamy Teresy była dla mnie tragedią, amputacją części mego jestestwa. Ale w smutnej powinności segregacji Jej materialnej spuścizny znalazłem zapisek, z którego wynikało, że w wieku 3 lat znałem i rozpoznawałem już 19 gatunków drzew. I wtedy zadziałała psychiczna fotokomórka! Przypomniałem sobie, jak chodziłem z Dziadkiem Antonim na spacery. Zazwyczaj do „Dębowego Lasu”, czyli tego fragmentu dawnego Leśnego Parku Krajobrazowego, do którego wchodzimy przez stary, ongiś zaniedbany, a dziś jako tako odnowiony Park Marysieńki. No więc, kiedy wchodziliśmy pod zielone sklepienie koron drzew, Dziadek przystawał od czasu do czasu i wskazując mi na wybrane drzewo, na jego koronę, pień i kształt liści podawał mi jego nazwę. Opowiadał przy tym o jego właściwościach. Dowiadywałem  się więc o leczniczych naparach z kwiatostanu lipy, dębowych galasówkach, z których w Średniowieczu sporządzano inkaust, ongisiejszy atrament do gęsich piór, także jego żołędziach z upodobaniem pałaszowanych przez dziki, o sosnowych i świerkowych szyszkach, których nasiona wyjadają wiewiórki, podobnie jak wcinają bukowe orzeszki, zwane popularnie buczyną. Takoż o kasztanach, znakomitym materiale na brązowe, kulkowo-zapałczane ludziki, a także o ich antyreumatycznych właściwościach, a następnie o nasercowym działaniu owoców krategusa i winopędnym owocu dzikiej róży… Jednak szczytowym, wielkim przeżyciem było nasze dotarcie na punkt widokowy, zwany Ślimakiem. Wtedy to, po przejściu pod baldachimem grabowej alei, przez cienisty, zielony korytarz, zobaczyłem widok, który nazwałem Krainą, widok nad widoki, obraz Raju! Porwany entuzjazmem chciałem pofrunąć i zjednoczyć się z jasnym, pięknym światem, cudownym obrazem Wszechbytu! Z mych dziecięcych oczu popłynęły łzy… Dziadek Antoni sprawił swą łagodną, dydaktyczną mądrością, że po dziś dzień właśnie Natura jest dla mnie źródłem duchowych inspiracji i odnową dla zaśmieconego „szumem informacyjnym” umysłu. Sądzę, że gdyby Dziadek nie przemknął, jak jasny meteor przez świat mego dzieciństwa, byłbym zapewne tuzinkowym zjadaczem chleba i „regałem” dla zwałów medialnej, jałowej informacji…

*

Kompilacja fragmentów tekstów z różnych epok twórczości  

Antoni Kozłowski jr.

Fot.: Marek Karolczak

What Next?

Related Articles

Leave a Reply

Submit Comment

*