niedziela 15 Grudzień, 2019
Headline

List otwarty do Bartosza Paducha i Dariusza Dikti, autorów filmu dokumentalnego pod tytułem „Totart, czyli odzyskiwanie rozumu”

Zbyszek 2Totart był ruchem literackim, artystycznym i w jakiejś mierze także politycznym.

Okoliczności

Aby w ogóle rozpocząć rozmowę o Totarcie, trzeba przypomnieć okoliczności, w jakich zaistniał, a w szczególności kilkanaście kwestii o decydującym znaczeniu. Wymienię 10 z nich.

Kwestia życia w PRL – w tępym, brutalnym, nienormalnym systemie. Kwestia życia w niewoli (ideologicznej i narodowej) – jako synowie/córki narodu zgwałconego, uznanego za odpad genetyczny, poniżonego, zdradzonego, wyszydzanego. Kwestia masowej zagłady, właściwej systemom totalitarnym XX wieku, a w związku z tym dramatycznych pytań o Boga, o człowieka, o cel i sens życia. Kwestia swoistej polskiej „tradycji” przelewania przez kolejne pokolenia krwi za ojczyznę. Kwestia stawania z kamieniami przeciwko czołgom. Kwestia morderstwa dokonanego na księdzu Jerzym Popiełuszko – czyli jawnego, otwartego postawienia sprawy: kto będzie się sprzeciwiał, zostanie zamordowany. Kwestia głębokiej depresji i beznadziei – wynik stanu wojennego i wygaśnięcia „Solidarności” w połowie lat osiemdziesiątych. Kwestia dogłębnego poczucia marnowania, przetracania życia, „tracenia najlepszych lat”, poczucia, iż życie skończyło się, nim się zaczęło, więc kwestia bycia straconą generacją (stąd niezwykle mocno przyjął się w Polsce punk rock). Kwestia emigracji – i wszystko, co się z nią wiąże. Specyficzne przeżywanie perspektywy emigracji przez poetów, przez ludzi tworzących w słowie. Także dość szczególna kwestia emigracji do Niemiec – w kontekście zaszłości II wojny światowej – przystąpienia do Spannerów. Wreszcie kwestia katastrofy czernobylskiej.

Poprzestaję na tym wyliczeniu, choć pominąłem w nim jeszcze kilka kwestii i to pierwszorzędnej wagi, co do których uznałem, iż nie miejsce i nie pora jeszcze mówić – w tym filmie.

Aby przybliżyć, sprecyzować, co mam na myśli, mówiąc o stawaniu z kamieniami przeciwko czołgom

Otóż po takim doświadczeniu przychodziła refleksja, że to szaleństwo, że to jest działanie na poziomie człowieka jaskiniowego. Bezsensowne wystawianie się – abstrakcyjne i bezowocne. Na ściśniętym, zdrewniałym gardle śpiewanie „Jeszcze Polska nie zginęła…”.

Ale z tradycji przelewania krwi za ojczyznę jasno wynikał obowiązek – teraz my byliśmy tym pokoleniem. Nie stanięcie oznaczało zdradę i tchórzostwo.

Kamienie: brzdąk – brzdęk o pancerz polewaczki. Pędem rzucam się w tunel, ale patrzę, czy chociaż farba się zarysowała…

Innym razem ktoś z butelką z benzyną, zaczajony za rogiem. Dołączam się – ale oni wyszkoleni, mijając budynek patrzą, co się dzieje za węgłem – ostro hamują, płomień idzie po masce i pod spód. Obrotowe sikawy natychmiast go gaszą… Uciekamy, jak chyba nigdy w życiu, szał – przez płot, przez boisko. Przecież mają broń.

I myślę, myślę potem – mamy ich palić żywcem?

Pewnego razu, gdy przegrodziliśmy naszą ulicę barykadą i z drugiej strony jakimś wyrwanym ogrodzeniem z łańcuchami, byle czym – jaka euforia, jaka zdumiewająca radość – wolność, kawałek wolności, nasz kawałek ulicy…

Myśleliśmy, owszem, a może należy walczyć z bronią w ręku? Z pistoletem-wykopkiem na miliony sowieckiej tłuszczy. Albo może – dobrą kuszę można zrobić z resora od małego fiata… Z kuszą na bomby atomowe.

Później myślałem – w tych czołgach przecież nasi rówieśnicy, tyle, że z innych miast i z wiosek. Zapewne poszli służyć w armii z przekonaniem, iż spełnią szlachetny obowiązek obrony ojczyzny, w razie gdyby znów ktoś chciał robić z nas mydło.

Rocznikowi, który czas „Solidarności” spędził w wojsku, a więc trzymany z dala od wydarzeń, przedłużono służbę, by użyć go jako narzędzie stanu wojennego. Za niewykonanie rozkazu – sąd wojenny.

Załatwiano brudne sprawy, szczując nas jednych na drugich.

Pozytywizm 

Napisałem niezły wiersz. Jak na utwór zaangażowany – całkiem fajny, w stylu norwidowski. Wiersz z zapytaniem, czy soczewka milicyjnej tarczy rzeczywiście aż tak odwraca obraz rzeczywistości? Podałem wiersz do podziemia, do druku. Nie wydrukowali.

Wprowadzając stan wojenny komuniści nawiązali do pozytywizmu. Zagonienie niewolników na miejsce – ubrali w idee pracy organicznej i pracy u podstaw. W gruncie rzeczy schemat, proste powtórzenie: robotnicy do łopat, studenci do nauki, pisarze do pióra. No.

Że akurat byłem po egzaminie z pozytywizmu – w lot wychwyciłem ich błąd! Bowiem pozytywiści uważali, że socjalizm będzie zgubą dla Polski. Napisałem piękny, prosty artykuł, w nim odpowiednie cytaty. Podałem do podziemia.

Odpowiedź zabrzmiała: „Nie wydrukujemy – robotnik tego nie zrozumie.”

Miałem takie chwile – myślałem, że „polish jokes” wcale nie są boleśnie krzywdzące. Stwierdzają fakty.

I tak studiowałem.

W drodze na zajęcia uniwersyteckie przejeżdżałem obok miejsca, gdzie profesor Spanner robił mydło z ludzi. Jadąc na zajęcia i wracając z powrotem. Dwa razy dziennie. Wstęp i posłowie do zajęć z literatury.

Miasto – Masa – Masarnia

Miasto–Masa–Masarnia, trawestacja manifestu Awangardy Krakowskiej – było hasłem pierwszej akcji Totartu. Zderzało optymistyczne pochwały racjonalności, ładu, konstrukcji, idei społeczeństwa jako dobrze zorganizowanego mechanizmu – z porażeniem jatką XX-wiecznych totalitaryzmów. Za anons tej akcji służyły gipsowe odlewy przedstawiające urwaną ludzką głowę, pomalowane na różowo, z błękitną barwą wypisanym zaproszeniem.

Istotne znaczenie dla „Masarni” miało nałożenie nieznośnego, niepojętego zredukowania człowieka do poziomu surowca przemysłowego – z bieżącym doświadczeniem stawania z kamieniami przeciwko czołgom i z wiszącym nad głowami zagrożeniem sowiecką interwencją. Człowiek poddany tym presjom, miotał się między buntem, strachem i nieznośną niemożnością życia w takim stanie.

Szczególnie mocno przeżywałem kwestie Zagłady, metodycznego, rzeczowego, zracjonalizowanego mordu. To nie dawało mi spokoju, było czymś nie do pojęcia, często stawało się tematem rozmów.

Nie można było w żaden sposób ułożyć w spójną całość tego, co mówiono nam o Bogu – że jest miłością i jest dobry – z tą niebywałą jatką, z tak ekstremalnym złem. Z tym, że coś takiego było w ogóle możliwe.

Te kwestie były dla „Masarni” kluczowe. Czytałem fragmenty z obozowej prozy Tadeusza Borowskiego i swoje wiersze, związane z tematem Zagłady z tomu „12 sonetów równowagi”.

Tam też czytałem manifest o zaprzestaniu rozmnażania – objaw szaleństwa, desperacji i rozpaczy, skoro miłość wytwarza surowiec przemysłowy.

Nie wyobrażałem sobie życia w tym osaczeniu, w jakim byliśmy – i bez uzyskania odpowiedzi na pytanie: dlaczego?

Te Totartowe akcje były wyrastającymi z rozpaczy aktami desperacji, przeradzającej się w bezsilne szyderstwo.

Bez odpowiedzi niejako wszystko się rozpadało, nie dało utrzymać – zasady, prawa, przykazania… Przemysłowy surowcu – nie desperuj! Żyj poczciwie!

„Masarnia” była zatem wyrazem życia w dygocie oczekiwania na swoją kolej, na niechybne zmielenie.

Pamiętam, pewnej Wielkanocy byłem na spacerze w oliwskim ZOO. W jednym z terrariów spokojnie spał zwinięty wielki pyton. Pracownicy, jako że mieli wolne, zostawili mu na zaś kilka białych myszy. Pyton lubi zapolować i lubi świeże… Jedna z myszek, mokra od potu, dygotała, skulona za kamykiem. Doznałem bezgłośnego szału – chciałem porwać jakiś sprzęt, rozbić terrarium, zatłuc spiącego gada. Chciałem dorwać i bić po mordach ludzi, którzy stworzyli tę sytuację.

Później pomyślałem – co ten gad winien?

Jak wtedy myślałem

Rozlały się totarty. Ludzie przychodzili i rzucali na stos swój ból, próbowali zapełnić żrącą pustkę, ugasić pragnienie, wyratować swoje kruche wnętrza. Gdy dziś spróbowałem się wczuć, przedstawić, jakie to było – napisałem tak:

Całą tę kulturę, która przecież nie uchroniła ludzkości, całą tę zatem z założenia wątpliwą wartość, te wszystkie przez ludzkość ustalone wzniosłości, wypracowane konstrukcje, te bezsilne formy – przejrzymy, przenicujemy. Bez kompleksów i bez krygowania się. Jeśli bowiem jest odpowiedź – to trzeba ją znaleźć, nie będziemy ryzykować jej utraty dla zachowania bon tonu. I to nie jest z ideologii – ale bo nie można wytrzymać. A jeśli – być może – rozum tego nie ogarnia, albo nie jest w stanie ogarnąć, rzućmy się mimo niego, na oślep, może gdzieś tę odpowiedź przychwycimy, może rzeczywistość odegnie się, odchyli i może – ukaże się. Na skraj zguby – z niezgody na zgubę.

Albo tak:

Sprowadzeni do poziomu zerowego – niewolników z wydzielanymi racjami pokarmu, sprowadzeni do dna – z tego, co na dnie uklecimy swoją wielkość (często artyści miewają problemy z ego). Uklecimy ze szmat i patyków, z papieru i z tego, co znajdziemy po drodze…

Albo tak:

Z nienawiści do tych nauk, pobieranych w sowieckich szkołach, do tego ich tembru, do tego pouczania przez tępaków i gnidy – silnych siłą stojących za nimi morderców. Nigdzie żywej myśli.

Czuję się w bardzo niezręcznej sytuacji – jakbym stawał w obronie tej przeszłości. Ale nie chcę tego. Odciąłem się i przez 20 lat o tym milczałem.

Więc zastrzegam, że opisuję tamto myślenie, tamte wrażenia, uczucia – w doświadczeniu osaczenia, uwięzienia w sytuacji bez wyjścia. I bez odpowiedzi. Objaśnianie tamtej sytuacji i tamtych w niej myśli, działań – nie jest ich pochwałą, ani obroną. Zawsze trzeba ufać Bogu, zawsze trzeba szukać ratunku u Boga.

Od tysięcy lat uczy nas król Salomon:

„W dniu dobrym korzystaj z dobra

lecz w dniu złym zważ:

również ten uczynił Bóg tak samo

Jak tamten (…)”

(7, 14)

1989

Żyliśmy aktywnie, zjeździliśmy Polskę wzdłuż i wszerz. Spotykaliśmy wielu ludzi. Mieszkając w Gdańsku wiele wydarzeń widzieliśmy z bliska. Po roku 1989 stopniowo, acz szybko, przekonywaliśmy się o prawdziwym charakterze następujących zmian.

Oto dwa epigramy z tomu pod tytułem „Parnas zimowy”.

 

*     *     *

Mazowiecki w średniowieczu sprowadził Krzyżaków

dziś sprowadza niemiecki kapitał.

Pomódl się Polaku.

Rapallo

To już po Rapallo

bawcie się chłopczęta,

po berku najważniejsza gra jest

w prezydenta.

                                             (w roku 1990)

W rozmowie w redakcji „Tygodnika Literackiego”, wiosną 1991 roku, wypowiedziałem się tak:

„Robert Tekieli: – Niby jest OK – kto ma pieniądze, ma informację, jest najsprawniejszy. Ale u nas to nie jest efekt wolnej gry o te pieniądze, tylko zaszłości historycznej: swego czasu to komuniści ukradli pieniądze społeczeństwu. Ponadto brak „tkanki społecznej”, nie ma silnych stowarzyszeń, ba, tradycji stowarzyszeń. Ludzie nie wiedzą, w jaki sposób można oddziaływać na państwo. Będzie niewesoło, jeżeli nie powstanie w tym kraju ruch, który będzie za pomocą metod „okołosystemowych”, takich jak referenda, przeciwdziałać najdrastyczniejszym ograniczeniom wolności. (…)

Janusz P. Waluszko: – Jest jeden jedyny przypadek referendum, którego w dodatku nikt poważnie nie potraktował, mimo zdecydowanej woli społeczeństwa – myślę tu o Żarnowcu. I jak tu mówić o demokracji. Jeżeli forma referendum nie jest traktowana poważnie, to ludzie mają już tylko jedno wyjście – bomby. Czy o to chodzi? To jest przecież nonsens. Czy oni mają się zorganizować w armię zbrojną, która pokona armię zbrojną tego państwa…

Zbigniew Sajnóg: – Ale Jany, nie mów tak, bo zaraz powiedzą, że to my chcemy wieszać. Kiedy uprzedzamy o zagrożeniach, nikt nam nie wierzy.(…)

Efektem tego wszystkiego, o czym mówiliśmy dotąd jest to, że ludzie w wieku aktywnym przebywają w „stanie wyjeżdżam”. (…) Ci ludzie, którzy decydują dziś o tych wszystkich sprawach w tym kraju, doprowadzają do tego, że w pewnym momencie przyjdzie taki dzień, kiedy już po prostu reszta powie: „Do widzenia, mamy was gdzieś”.

Janusz P. Waluszko: – Przecież oni już to mówią.

Zbigniew Sajnóg: – Tak, ale powiedzą to aktywnie, być może zdarzy się tak, jak się zdarzyło w Rzymie starożytnym, kiedy plebs rzymski sobie po prostu wyszedł z miasta. Słuchajcie, to jest paranoja! Spełniło się największe marzenie, ten orzeł w koronie, absolutna wolność.., a człowieka już to nie obchodzi.

Społeczeństwo się rozwarstwiło. Jedni wyjechali, wśród pozostałych są trzy podgrupy: ci, którzy kręcą tym układem, ci, którzy są kręceni, czyli tak czy inaczej w nim uczestniczą i ci, którzy zalegli. I nimi nawet już się nie da kręcić. Do tej pory istniała tylko opozycja tych, którzy wyjechali i tych, którzy pozostali. Teraz pojawił się trzeci stan, to są ludzie z grupy „wyjeżdżam”, ludzie, którzy zrezygnowali ze wszystkiego tutaj i bardziej lub mniej konkretnie, przeważnie jednak mniej, projektują swój wyjazd. I mówią: ja za dwa lata wyjeżdżam do Australii. To nie jest nawet emigracja wewnętrzna. To jest stan permanentnego wyjazdu. Niemożność pozostania, niemożność wyjazdu. Ja osobiście też przebywam w „stanie wyjeżdżam”. Taka jest prawda.

Ci ludzie żyją tutaj i jednocześnie ich tutaj nie ma. Oni mówią tak – „Robicie wybory, a co z waszymi wyborami. Jak tam wam reforma idzie?”. Był taki eksperyment psychologiczny: dwie małpki zamykano w klatce i rażono prądem. Jedna małpka miała do dyspozycji przycisk, który pozwalał odłączyć prąd. Druga nie miała tego przycisku. Po trzech miesiącach ta, która miała przycisk zmarła, a tamta żyła dalej. Tak to się kończy, jak się komuś stworzy pozory wpływu na sytuację.”

[Ariergarda narodowej kultury, Waldemar Gasper, Robert Tekieli, Janusz P. Waluszko, Paweł Konnak, Zbigniew Sajnóg, „Tygodnik Literacki”, 5. –12. maja 1991]

W tamtym czasie mawiałem –„To nie jest wolność, to jest rozwolnienie”. I aczkolwiek forma tego stwierdzenia była gruba, stał za nią wstrząs uświadomienia, że oto jest strasznie, że żadnej szlachetności nie będzie.

Autorami pojęcia stan wyjeżdżam byli Andrzej Awsiej, Joanna Kabala i Maciej Ruciński. Andrzej Awsiej polityczne wojny tamtego czasu nazywał walkami potworów (należy to odnieść do filmów o Godzillach, Hedorach i innych tego rodzaju).

Sekta

Wyjaśniałem Ci, Bartoszu, że nie czuję się jeszcze gotowy, by mówić o tych wydarzeniach. Rozumiałem, iż film ma być o Totarcie i umówiliśmy się przecież, że wezmę w nim udział, aby opowiedzieć o sprawach, wymagających naprostowania i wyjaśnienia.

Mój wyjazd do Majdanu Kozłowieckiego, przyłączenie się do tamtejszej wspólnoty, miały przede wszystkim przyczyny duchowe. Nie uczyniłbym tego z powodu diagnozy sytuacji politycznej. Ale w tamtym czasie, w latach 1990-1993, ewidentnie widziałem perspektywę długiej samotności – póki ludzie nie zorientują się w prawdziwym charakterze zmian 1989 roku.

Napisałem tu o wspólnocie w Majdanie Kozłowieckim, bowiem wtedy w moich oczach miała taki charakter, jej „drugie dno” ukazywało się powoli, stopniowo i znacznie później. Wcześniej – wyglądało to wielce szlachetnie.

Tłumaczyłem, że nie chcę rozmawiać o sprawach sekty, że nie jestem jeszcze do tego gotowy, że to ogromny i trudny temat. Ale autorzy filmu uznali, iż opowiedzą o tym na podstawie jakiegoś „ekspresu reporterów”… To skrajna nieodpowiedzialność.

Nie rozpoznali manipulacji Bogdana Kacmajora. Zacytowali moją wypowiedź, przedstawiając ją w filmie jako pozytywny przykład wyboru – jako przeciwieństwo drogi moich przyjaciół, którzy zanurzyli się w szołbiznes. Ale dla ludzi znających Pismo będzie czytelne, że mijam się z Prawdą, że jestem w uwiedzeniu. To Bóg leczy, nie człowiek. Więc, niestety, jak można było łatwo przewidzieć – tu konstrukcja filmu się załamuje. Obrazem wyboru przeciwstawnego do drogi szołbiznesu, byłaby moja współczesna wypowiedź w filmie – ale tej możliwości mnie pozbawiono.

Jedyne, co w tej sekwencji filmu jest ciekawe, to wypowiedź lubartowskiego policjanta –patrzącego z zewnątrz świadka wydarzeń. Jeśli już – na tym należało poprzestać, a sceny z Bogdanem Kacmajorem i ze mną należałoby usunąć, albo opatrzyć należytym komentarzem. Ale, aby był rzeczywiście wyjaśnieniem – trzeba długiego filmu… To nie są kwestie do załatwienia za pomocą trzech ujęć.

W filmie formułowana jest teza o linii „rozwojowej” od działań Totartu do sekty – jako ich konsekwencji. Ale ja poznałem Bogdana Kacmajora dużo wcześniej, w roku 1985. Prosiłem – nie podejmujmy w tym filmie kwestii sekty. Należało posłuchać.

W filmie…

W filmie opis okoliczności, prowadzących do zaistnienia Totartu, sprowadzony został do pokazania generała, ogłaszającego wprowadzenie stanu wojennego, migawek z demonstracji i bieda-sklepów. Oraz do słów Ryszarda Tymańskiego o wyrzygiwaniu peerelu. To są obrazy znane, zgrane. Stwierdzenie Ryszarda Tymańskiego prawdziwe, ale wszystko to bardzo ogólnikowe, nie docierające do istoty sprawy, nie ukazujące tego wieloaspektowego osaczenia. Niestety, tu decyzja o odebraniu mi głosu i – mimo mojego przypominania – pominięcie w ogóle kwestii profesora Spannera (jako nie pasującej do kompozycji!) oraz w ogóle decyzja o oparciu się na archiwalnych obrazach – zamiast na porządkujących i nazywających wypowiedziach bohaterów – uczyniły z filmu rodzaj fantazji reżyserskiej.

Archiwalnymi obrazami nie opowie się tej historii. Raz – dlatego, że nie są reprezentatywne, bowiem filmy, zdjęcia powstawały, gdy akurat trafiał się sprzęt. To były zupełnie inne czasy i inne okoliczności! A dwa, że dla historii tej kluczowe są przeżycia i myślenie bohaterów. Zanegowania człowieczeństwa nie opowie się inaczej niż przez rozmowę – na ten temat nie ma zdjęć.

Podkreślam, nie chodzi tu o filozoficzną kwestię obiektywizmu w filmie dokumentalnym, ale o pomijanie tego, co dla przedstawianego zjawiska jest kluczowe – z uwagi na wyobrażenie reżysera o kompozycji, czy na, powiedzmy oględnie, pewne pozafilmowe okoliczności.

Zbyszek 1

Godło

Na obraz Totartu nałożone są pewne klisze, pewne mity – niektóre współcześnie, z upodobaniem podtrzymywane przez dawnych uczestników. Taką jest kwestia mazania się ekskrementami (nie miało to miejsca).

W filmie zaakcentowana jest sprawa godła. Wymaga to wyjaśnienia, bowiem ten problem stworzył współcześnie Ryszard Tymański. Napisał piosenkę pod wiadomym tytułem i wystąpił z nią na barykadzie „Krytyki Politycznej” – niejako przeciwko demonstrującym patriotom. Wytworzył zatem problem, który anachronicznie i niezgodnie z prawdą nakłada na działania sprzed blisko 30 lat.

W działaniach Totartu miało miejsce wiele różnych incydentów, ale jak starałem się to wyjaśnić w niniejszym liście –nie miały one ideologicznego charakteru. Były zmaganiem się ze swoim bólem, były szarpaniem się z usidleniem, osaczeniem.

Jak zrozumieć tamten dawny incydent, na przykład nie mając w pamięci sytuacji stawania z kamieniem w ręku przeciw czołgom z orłami na burtach. Gdy oto mieliśmy śpiewając „Jeszcze Polska nie zginęła…” rzucać się na czołgi – a ich załogi ze śpiewem „Jeszcze Polska nie zginęła…” miały nas przejeżdżać.

To bohaterstwo czy psychiatryk?

Ale nie musiało być nawet tak, to bowiem jest już pewna opowieść. Mógł być ów dawny incydent jakimś porywem, czymś, co w tamtych okolicznościach miało zupełnie inny charakter i wymiar.

(Cały czas podkreślam, że nie bronię, nie pochwalam i nie usprawiedliwiam tamtych wydarzeń! Podkreślam, że jak ponad 20 lat temu odżegnałem się od tamtej działalności, tak w tej decyzji trwam).

Wylewanie bólu, miotanie się w tamtej sytuacji łatwo utożsamić z dzisiejszym lewactwem i z toczoną współcześnie ideologiczną wojną. Ale takie utożsamienie jest nieprawdą i anachronizmem.

Natomiast aranżowanie owej sytuacji dzisiaj, rozwodzenie się nad tym, ożywianie tego, demonstrowanie – jest jątrzeniem i zadawaniem bólu. Jest wulgarne i brudne. To jest właśnie, zamiast dojrzałej rozmowy –  zadawanie bólu, prowokowanie, pobudzanie do wściekłości, do zaślepienia, skrajnie niebezpieczne antagonizowanie. To jest nieodpowiedzialne. A zapytam też – gdzie jest współczucie? Gdzie jest mądrość? Gdzie – uleczenie? No właśnie.

Tak około pięćdziesiątki zdolność do dojrzałej rozmowy powinna się już pojawić, bo jeśli nie teraz, to kiedy?

Sprawa godła w tym filmie jest anachronizmem, przypinanym do uczestników Totartu. Autorzy filmu lokują nas wszystkich dokładnie tam, skąd miałem nadzieję swoim wystąpieniem w tym filmie nas wyciągnąć.

Tych scen z godłem, tych narracji o fekaliach – w ogóle w filmie nie powinno być, jeśli miałby to być film właśnie prawdziwy i wyjaśniający. Bo nieraz się zdarzy, że ktoś ma szpetny pryszcz na twarzy, ale robienie zdjęcia, ukazującego wyłącznie ten pryszcz – nie jest przedstawieniem tego człowieka.

Skupianie się na tych kwestiach, rozdymanie ich w celu wytworzenia „komercyjnej, skandalicznej aury” na sposób właściwy mediom niszczącym człowieka (tabloidyzacja, manipulacja polityczna, wojna ideologiczna) – jest przekłamaniem tego filmu. Przeinacza dramat człowieczeństwa, dramat osaczonych ludzi dobijających się prawdy – w ideologiczne jątrzenie, w rozdzieranie i niecenie wojny! To przeakcentowanie filmu jest tworzeniem nieprawdziwego obrazu, ale i aktem zdrady.

Film w tym kształcie wpisuje się w dzisiejszy spór ideologiczny i (co podkreślam) dawnych uczestników Totartu lokuje en bloc w tym sporze – i to po stronie, która jest w całkowitej sprzeczności z poglądami wielu spośród z nich. Czyni się tak wbrew ich woli i budzi to ich jakże słuszny sprzeciw. Wielu ludziom sprawia to ból.

W programie festiwalu „All about freedom”, publikowanym na internetowej stronie Europejskiego Centrum Solidarności, informacja o filmie zilustrowana jest właśnie zdjęciem, przedstawiającym symulowanie przez Ryszarda Tymańskiego kopulacji z godłem.

Pytam – panie Bartoszu – jak to się ma do pańskich zapewnień, że moje warunki przystąpienia do udziału w tym filmie zostaną spełnione? Że będę miał możliwość wyjaśnienia tych kwestii i zdjęcia z Totartu odium grupy lewackiej i grupy „ludzi normalnych inaczej” – jak to przeczytałem w jednym z komentarzy? Mało tego, dzieje się zupełnie odwrotnie, bowiem moja współczesna obecność w filmie, z jednoczesnym odebraniem mi możliwości wypowiedzenia się w tych kwestiach – ten przedstawiony obraz zatwierdza. To jest jakobym potwierdzał, iż tak właśnie było, że takie to było.

Chcę jeszcze podkreślić, iż zbliżenie niektórych z uczestników Totartu do anarchizmu wiązało się raczej z niezgodą na ten świat. Zresztą dlatego, gdy Sieć Wymiany Pozytywnej przekształcała się w Federację Anarchistyczną, a więc sformalizowany byt ideologiczny – wycofaliśmy swój akces.

Postawy, wybory

Totart, czyli odzyskiwanie rozumu” miał być w założeniu autorów filmem o wyborach. O postawach.

Człowiek rozpoznaje rzeczywistość – podejmuje decyzje i rusza w tę, czy inną stronę. Zamierzając mówić o postawach i wyborach w naszym środowisku należałoby przypatrzeć się latom 1989-1993. Wtedy pojawiły się symptomy rozejścia.

Była grupa utalentowanych, wrażliwych ludzi, którzy w warunkach dotkliwie przeżywanej niewoli i osaczenia próbowali żyć, tworzyć, znaleźć swoje miejsce, swoją drogę. Znaleźć odpowiedź.

I gdy przychodzi czas zmian – ci marginalizowani obszarpańcy szybko formułują diagnozy, które – niczym rozpisane w grafiku – stają się w ciągu następującego ćwierćwiecza!

Filmowiec-dokumentalista taką okazję powinien chwycić w lot, prawda? Znakomity zwornik konstrukcyjny, dynamizm, ładunek uczuć i – wyjście do uniwersalnej refleksji! To dopiero byłby film o postawach, to dopiero możliwość wyrazistego, głębokiego pokazania problemu wyborów – śledzone na żywej historii, na tle wydarzeń o światowym, historycznym wymiarze!

Pokazanie Pawła Konnaka, odbierającego Krzyż Solidarności bez uprzedniego zacytowania choćby kilku zdań z redakcyjnej rozmowy w „Tygodniku Literackim” w roku 1991, bez uprzedniego zacytowania epigramów – odbiera właśnie filmowi temat postaw, a w każdym razie odbiera możliwość sensownej refleksji na ten temat. Ale też przyczynek do głębokiej refleksji o Polsce.

Wątek owych diagnoz, owego rozpoznawania sytuacji po 1989 roku, został z tego filmu skrupulatnie wyrugowany. Powoduje to też zubożenie wątków osobistych, w tym mojego. Dokonywane wybory tracą swoją wyrazistość, dramatyzm i głębię. To jest psucie sobie filmu. To jest tunelowanie materiału – jak można się domyślać, dokonywane z jakichś powodów, bo przecież nie z braku umiejętności.

Kilkakrotnie zwracałem uwagę na kwestię tych diagnoz, sugerowałem sposób ich wprowadzenia do filmu.

Także kwestia „z kamieniem na czołgi”, kwestia Spannera, czy niezależna działalność wydawnicza – powinny się znaleźć w dokumencie, podejmującym kwestie postaw i wyborów.

Słysząc, iż „Totart, czyli odzyskiwanie rozumu” ma być filmem o wyborach, zachęcałem do przedstawienia w nim działalności Roberta Jurkowskiego, dawnego uczestnika Totartu, który od roku 2005 ratuje dzieci z Dolnego Miasta w Gdańsku. Prowadzi dla nich zajęcia plastyczne, edukacyjne, a gdy zauważył, że przychodzą głodne – zaczął dożywiać je za własne pieniądze i z pomocą pozyskanych sponsorów.

Słowo ratuje może brzmieć tu komuś za mocno, ale ratowaniem jest nie tylko wyłowienie tonącego z wody, bywa nim także pokazywanie młodym ludziom, wzrastającym w podświecie – światów innych – budzenie wyobraźni, nadziei, wyciąganie z kolein.

Bardzo ciekawa w tym kontekście była również berlińska działalność Wojciecha Stamma (Lopez Mausere) i Leszka Oświęcimskiego, którzy ogrywając koszmarny, stereotypowy wizerunek Polaków w Niemczech, założyli Klub Polskich Nieudaczników, w ten inteligentny i dowcipny sposób właśnie zdobywając sympatię i przyczyniając się do zmiany owego stereotypu. Klub zdobył znaczną popularność, prezentowana była w nim polska sztuka.

Dobrze byłoby także pokazać postawę Antoniego Kozłowskiego, naszego wielkiego przyjaciela. W czasie stanu wojennego, obligowany rodzinną tradycją, mimo iż był inwalidą, brał czynny udział w demonstracjach. Został bardzo dotkliwie pobity, stracił widzenie w jednym oku. Zatrzymanemu razem z nim przyjacielowi przykładano do głowy pistolet, grożąc śmiercią. Jawnie, na ulicy w centrum Gdańska! I dziś Antoni, choć mógłby jakoś umościć się w rzeczywistości, nie robi tego. Za swoją postawę płaci zesłaniem do socjalnego mieszkania w peryferyjnej dzielnicy z ograniczonym dostępem do komunikacji. Na drugim piętrze, w bloku bez windy. Niech tam siedzi, prawda? Po co ma się taki szwendać po mieście?

Rozumiem, że są te kwestie mało filmowe. Zajmowanie się przez lata biednymi dziećmi nie jest filmowo atrakcyjne. W porównaniu do spółkowania z godłem – to nuda.

W filmie zaznaczony jest fakt zorganizowania Kongresu Wydawnictw Pojedynczych. Widzimy ładny, zabawny obraz ludzi, trzymających się za ręce…

Wydawnictwa pojedyncze, bibliofilskie, unikatowe wydania, art booki – to osobna dziedzina edytorstwa, całą dziedzina sztuki. Ale w warunkach peerelu podążanie w tę stronę miało też inny sens – w świecie szarym (budynki administracji państwowej, mosty etc., malowano na szaro, żeby wraży najeźdźca miał trudność w trafieniu w nie rakietą), w świecie masowym i cenzurowanym – robienie wydawnictw pięknych, ślicznych, unikatowych, było także: postawą. Wydajemy nie samizdaty, tłuste od farby, robionej z pasty do butów, ale książki–zjawiska.

Wobec wydarzeń roku 1989 i lat następnych, owa pojedynczość nabrała innej barwy. To idea i obraz wyosobienia (nie mylić z wyobcowaniem) – poza łajdactwo. Mówi o wrażliwości, o zajmowaniu swojego miejsca. To też wybór i postawa, choć może trochę pod przymusem.

Współcześnie ten wątek powraca – wątek pojedynczości. Marcin Świetlicki wydał tom poezji zatytułowany „Jeden”. Tom nominowany do nagrody Nike, a autor odcina się od tego, jest demonstracyjnie nieobecny na owej gali.

W jednym z wierszy opisuje samotne trwanie w ciemnym mieszkaniu. „Kto pierwszy wchodzi – zapala światło”.

Ale – mówię tu o wspomnianych sytuacjach wyboru, o postawach w środowisku Totartu – czy w ogóle którykolwiek z tych wyborów był dobry? Bo – co jest sensem i życiem człowieka? A czyż nie w tę drogę wybrała się ta grupa młodych ludzi, w połowie lat osiemdziesiątych XX wieku? Czy nie w poszukiwanie owego celu i sensu? Czyż nie rzucili się wpław, by osiągnąć tę ziemię? Ten ląd? Rozdzieliły ich fale, pociągnęły prądy. Czy film o nich nie powinien podążyć w tę stronę? Obejrzeć nas wszystkich delikatnie, uważnie – bez cięć, bez szybkich werdyktów? Może mógłby to być ważny film.

Gdyby

Gdybym miał wskazać wewnątrz samego filmu, kierunek, w jakim powinna zmierzać jego naprawa, wskazałbym na wypowiedzi Joanny, Andrzeja, Wojtka, Tymona (gdy mówi do rzeczy). Zaznaczam, że nie jest to wartościowanie, chociaż rzeczywiście wypowiedzi Joanny i Andrzeja są nazywające, klarowne, wyraziste. Uważam, że film zbudowany na takich obszernych wypowiedziach, do których zilustrowania używane byłyby materiały archiwalne, byłby filmem o wiele, ale to o wiele lepszym. Powinien nazywać, krytycznie porządkować, wyjaśniać. Nie powinien epatować, ranić i odstręczać – bluzgami, dołem fizjologicznym, różdżkarstwem etc. – to jest poziom mediów, nastawionych na niszczenie człowieka.

Przywołane przeze mnie diagnozy z lat 1989 –1993 pokazałbym tak: epigram zaczynający się od słów „Mazowiecki w średniowieczu…”– data powstania (1990) i obraz z tamtego czasu –przebitka – współczesność, rządy „opcji niemieckiej”; epigram pod tytułem „Rapallo”– data powstania (1990) i obraz z ówczesnej kampanii przed wyborami prezydenckimi – przebitka – Jarosław Kaczyński mówiący o kondominium (2011); cytat z wypowiedzi w rozmowie w redakcji „Tygodnika Literackiego” (1991) – przebitka – współczesność, miliony Polaków na emegracji, emigracja wewnętrzna (na przykład w ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego nie wzięło udziału ponad 70% uprawnionych do głosowania), ponad 6 tysięcy ludzi rocznie popełniających w Polsce samobójstwa.

Takie ukazanie owej kwestii otworzyłoby też możliwość wyrazistego pokazania manipulacji mediów, ale i nędznego poziomu, na jakim się poruszają. Gdy bowiem „informowały o mojej śmierci” – pisały o skandaliście, który popełnił samobójstwo. Definiowały mnie psychiatrycznie. Ha, no właśnie – te gazety nie mogły napisać na przykład tak: samobójstwo popełnił autor trafnych prognoz dotyczących Polski – prawda?

Definiowanie psychiatryczne, czy sprowadzanie do kategorii skandalu – zwalniają z obowiązku analizy i rozumienia, a przecież taka powinna być rola mediów. Twierdzi się, iż taką właśnie rolę spełniają. Byłaby zatem sposobność, by o kwestiach tych powiedzieć na wyrazistym przykładzie.

Pisząc o „samobójstwie skandalisty” autorzy mieli ulubioną sensacyjną karmę – paliwo dla swoich mediów, a jednocześnie rozbrajali możliwe niewygodne rozważania.

I zauważmy – ten film podejmuje tożsame działanie! Wpisuje się w nie. Autorzy filmu o owych diagnozach milczą. Pozostaje obraz, iż w latach 1989 –1993 niezrozumiale leżałem. Towarzyszą temu psychoanalityczne interpretacje moich przyjaciół. Przedstawienie owych diagnoz spowodowałoby też uwyraźnienie kwestii postaw i wyborów – bo przyjaciele moi współpracowali z mediami, które pisały o „śmierci skandalisty”. Pracowali w nich. Zaznaczam, że nie mam do nikogo z nich żalu, czy urazy.

Napiszę tak: jeśli nie mówicie panowie o tych sprawach w filmie, mimo iż ściąga to wasze dzieło o ileś poziomów w dół – to co jest przyczyną takiej decyzji? Gdy już sobie odpowiecie – pytanie następne: czyż zatem nie powinniście właśnie tamtym, sprzed 25 lat sytuacjom, przyjrzeć się w waszym filmie? Panie Dariuszu, pouczał mnie pan o obowiązkach wobec ojczyzny…

Teaser

Niedawno obejrzałem teaser tego filmu i to, co zobaczyłem wstrząsnęło mną. I, przyznam, poruszyło mnie ku napisaniu tego listu. Teaser jest prymitywny, wulgarny, nastawiony na oddziałanie komercyjne w najgorszej, tabloidalnej wersji.

Gruby bon mot, którym dwadzieścia kilka lat temu spuentowałem przemiany roku 1989, doświadczając na sobie ich prawdziwego oblicza – tu, w owym teaserze, został przeinaczony i przylepiony do nas, jako łatka, jako deprecjonująca etykieta – „Totart, czyli odzyskiwanie rozumu – wolność, czy rozwolnienie”?

Komentarze

Pod tym teaserem znalazłem takie, między innymi, komentarze:

„Ten cały totart to ja bym porównał do uszkodzonego rynsztoka, z którego wszystko wylewa się ma ludzi.”

„To ECS takie głupoty sponsoruje? Miał się zajmować „Solidarnością”, a teraz nawet takich tam (…) normalnych inaczej promuje?”

„Franek dawaj no tu kaftany bezpieczeństwa”.

„Karać, karać i jeszcze raz karać”.

„Totart (…) pseudoartystyczny bełkot, podciągnięty do rangi sztuki. Jakie idee czy wartości formalne z tego szajsu są podnoszone dzisiaj w działaniach artystycznych? Oprócz tego, że „były jaja”. Żenada.”

„Towarzystwo płycizna wzajemnej adoracji.”

Jaką odpowiedź otrzymają autorzy tych komentarzy, czego dowiedzą się z tego filmu?

ZBYSZEK

Zakończenie

Podjąłem decyzję o wystąpieniu w filmie „Totart, czyli odzyskiwanie rozumu”, mając świadomość, że bez względu na moją postawę film ten i tak powstanie. Uznałem, iż lepiej będzie zatem wziąć w nim udział, wyjaśnić, naprostować kwestie, które tego wymagają. Szczególniej w obliczu współczesnych głośnych wyborów i działalności niektórych spośród dawnych uczestników Totartu, które to wybory rzutują na postrzeganie totartowej przeszłości, a zwrotnie także na losy innych spośród jego dawnych uczestników. Niestety, nie uwzględniono moich rad i wyjaśnień. Zaproszono mnie do udziału w filmie – i pozbawiono głosu. A moja obecność zatwierdza i uprawomocnia wytworzony obraz.

Pragnę jeszcze raz podkreślić, że ćwierć wieku temu mówiliśmy o zagrożeniach, które teraz stały się faktami naszego życia, dziś mówi się o nich jako o dramatycznych problemach, o zagrożeniu bytu narodu. A tymczasem film „Totart, czyli odzyskiwanie rozumu” zrobiony jest tak, że lokuje nas en bloc na barykadzie „Krytyki Politycznej”.

Szanowni panowie autorzy, jeśli uważacie, iż film będzie medialny, gdy ocieka brudem i że aby przyciągnąć publikę, trzeba nęcić skandalem – to świadczy, iż nie rozpoznajecie czasu. Wystarczy rozejrzeć się w Internecie, by dostrzec, jak wiele jest tam pytań o przyczyny i sens tego, co się tutaj dzieje. Pytań stawianych dramatycznie – z wołaniem do Boga! Ludzie łakną prawdy. I wielu z nich po prostu ma dość tych metod medialnego zgłupiania, tych kłamstw, bredni i ciemności.

Aby uprzedzić jakieś kolejne etykietowanie, oświadczam, że nie jestem zaangażowany politycznie – wypowiadam się o życiu!

Jeśli chodzi o „Totart, czyli odzyskiwanie rozumu” – drogi widzę dwie. Pierwsza –przeformułować ten film. Jeśli nie – od filmu w jego obecnym kształcie się odcinam. I uprzejmie proszę o usunięcie z niego wszystkich scen współcześnie ze mną nakręconych. Nie chcę uwiarygodniać nieprawdy. To jest droga druga.

W tym roku, 2014, w czasie jednej z warszawskich rocznic, pan Szewach Weiss w rozmowie z dziennikarką mówił: Czy Bóg wtedy pojechał na urlop? Czy miał wtedy wakacje?

Jakie to jest wielkie, ciągle zawieszone w powietrzu pytanie – dlaczego?!

Pytanie także o Polskę, przez ostatnie 200 lat nieustannie deptaną, rozrywaną, anihilowaną, spływającą potokami krwi.

Pytanie o Polaków, którzy podług umowy, podpisanej w lutym 1940, w czasie III Metodycznej Konferencji Gestapo i NKWD w Zakopanem (w willach „Pan Tadeusz” i „Telimena”), przez pułkownika Grigorija Litwinowa i Adolfa Eichmanna, mieli zostać wymordowani i deportowani – ostatecznie zlikwidowani jako naród – do roku 1975.

Dlaczego?

Mogliście panowie zrobić wielki film, o żarliwej, szalonej walce o prawdę. O odpowiedź.

Mieliście w rękach skarb – mogliście wyłuskać perłę, ale zajęliście się szlamem.

Mogliście zrobić film wielki, zrobiliście mały – z uwagi na puszczalność.

Mogliście zrobić film piękny – o żarliwości i przyjaźni. O miłości.

Zbigniew Sajnóg,

Gdańsk, październik 2014

What Next?

Related Articles

6 komentarzy to "List otwarty do Bartosza Paducha i Dariusza Dikti, autorów filmu dokumentalnego pod tytułem „Totart, czyli odzyskiwanie rozumu”"

  1. Antoni Kozłowski napisał(a):

    Kij w mrowisko, czyli nie ma złego,
    co by bokiem nie wyszło „poprawnym politycznie”…

    Wprowadzenie
    Po przeczytaniu Listu Otwartego Zbyszka i uczestnictwie w festiwalowej dyskusji po projekcji filmu w ECS, poczyniłem wiele osobistych zapisków, które rozdęły się do rozmiarów wielkiego elaboratu, ale nie o „me widzenie rzeczy” tu chodzi, ale o sprawy zasadnicze, pytania o naszą aktualną kondycję kultury, człowieczą uczciwość i dramatyczną kwestię „niczeańską”, a mianowicie: „kto włada historią, ten tworzy teraźniejszość”. Film był z założenia historią TOTARTu i także jego Protagonistów współczesnością. Był z założenia, ale de facto stał się jedynie „tubą propagandową” mitologii już wylansowanej, jednostronną prezentacją dokonań na polu „zbiorowej klaunady”, demonstracją skandalizującej formy, za którą ukrywał się postulat ideowy postawiony przez Zbyszka Sajnóga, a mianowicie: „pytanie o kondycję człowieka w osaczeniu totalitarnym, po wojennym koszmarze, który nie miał moralnego katharsis, więc skutkował stanem permanentnej, narodowej traumy”. Pytanie dramatyczne i dociekliwe, do którego artystycznego dociekania używano w działaniach wspólnych TOTARTu narzędzi równie dramatycznych, co groteskowych, walczono z powszechną głupotą i uśpieniem „cepem absurdu” i „elektrowstrząsem” przekraczania tabu kulturowego. To była, że tak zdefiniuję, „społeczna homeopatia”, leczenie posępnego, politycznego absurdu przy pomocy absurdu prześmiewczego, sztubackiej „gęby”, klaunady formalnej dla uzyskania refleksji i „przebudzenia” odbiorców dla stawiania czoła komunistycznemu osaczeniu. Zatem strategia klaunerskiego prześmiewstwa miała swój kontekst, nie aspirowała do „uniwersalnego narzędzia zwalczania zła”, dlatego więc Zbyszek miał dużo trudności z wypracowaniem „FORMY NA MIARĘ CZASU” po pozornych przemianach roku 1989. Zbyszek szukał odpowiedzi na nowe wyzwania, szukał w sobie odpowiednich klimatów moralnego i intelektualnego buntu, przymierzał się nawet udanie, ale przyszło „mentalne tąpnięcie”, wszedł w „ciemną noc duszy”, oddał się na terapię pod skrzydła Kacmajora, na zesłanie do sekty, nie chciał alternatywy psychiatryka, jego wybór, pytanie – czy dobry? Zapewne udzieli na to odpowiedzi. Ale pozostało rozżalenie wielu jego „giermków intelektualnych”, a rzeczywistych „młodszych braci”, „duchowych apostołów”, których boleśnie osierocił…
    I tu mój pierwszy zarzut, choć nie adresowany personalnie, ale zawsze kiedy opisujemy zjawisko, zasadniczo interesuje mnie odbiorca. W filmie nie było głosów odbiorców, historycznych świadków działań TOTARTu. Ani namaszczonych, krytycznoliterackich, ani kumplowskich, relacji licznych obserwatorów, co mieli wiele, twórczego, często odkrywczego do powiedzenia. Nie było przeciwwagi dla „pasji mitologicznej” kilku Protagonistów filmu, a także wypowiedzi „demitologizujące” Zbyszka nie zostały w całym spektrum przedstawione. Powstała, więc „hybryda filmowa”, zaśpiew zadowolonych, ulokowanych w strukturach maskultury III RP „Klaunów” i „votum separatum” Zbyszka, nie tak czytelne, aby odbiorca dowiedział się, że dokonania TOTARTu nie były tylko „sztubacką klaunadą”, ale „dramatyczną szamotaniną, walką o prawdę czasu w formie „nadwiślańskiej donkiszoterii”. Zatem, kto rozumie prawdziwe przesłanie dzieła Servantesa, ma klucz do zrozumienia TOTARTu. Don Kichote, to poważny, solenny rycerz, ale walczący o swoje w groteskowej formie, bo taki jest jego wybór. TOTART także wybrał pomiędzy „sztubacką hecą”, a klasyczną, polityczną batalią, wybrał język swego sprzeciwu. Ale po obejrzeniu filmu „Totart. Odzyskiwanie rozumu” odbiorcy nie będzie łatwiej pojąc ten mechanizm, bowiem film utrwalił stereotypy, a nie dotknął Prawdy. Nie odcedził złotych samorodków od szlamu. Był o krok od dotknięcia sedna sprawy, nie uczynił go, epatował szlamem. Tak…

    Co z tego wyszło…
    Film o TOTARTcie, to przysłowiowy „kij w mrowisko”, być może nie zaplanowany w tym wymiarze przez Protagonistów i Reżysera, ale tak wielki potencjał „duchowego dynamitu” rozpętany przez młodych artystów nie zmieścił się w formule komercyjnego filmu, jaką ostatecznie przyjął Reżyser, ale musiał znaleźć swe ujścia poboczne, także w formie rejestrowanych medialnie komentarzy i Listu Otwartego Zbyszka, który wyjaśnił skrupulatnie, jak film rozminął się z jego oczekiwaniami, a On był przecież Spiritus Movens TOTARTu! I tak z dyskusji o samym filmie stał się dyskusją o prawdziwym obliczu naszej kultury… Kultura jest zjawiskiem żywym, trochę nieobliczalnym, ale postrzegana w optyce „poprawności politycznej” jest tylko „właściwą interpretacją”. Wiadomym jest, że to „historyk pisze historię”, a nad nim wisi „bat ideologiczny”. Po recepcji filmu o TOTARTcie możemy uświadomić sobie także, że to Reżyser lansuje „poprawną wersję kultury”, bowiem TOTART jest zjawiskiem kulturowym, nie gastronomicznym czy skatologicznym. Można zapytać, dlaczego tak postępuje, ale pytanie jest retoryczne. W tym pytaniu nie ma złośliwego oskarżenia, jest analiza zakamuflowanego, negatywnego zjawiska. Za państwowe pieniądze nie powstanie nic „niesłusznego”, dlatego też „dobry reżyser”, mając doświadczenia, wie jak „sprawę naświetlić”. Wie zatem, że jest we władzy demonów, które sprawią, że odniesie sukces, lub zamknie sobie do niego drogę. Wie to intuicyjnie, nie koniecznie cynicznie. Te demony, to „poprawność polityczna” i „oglądalność”. Proszę o wskazanie polskich, współczesnych reżyserów, co kpią sobie z tej demonicznej uzurpacji. I dlatego Bartek Paduch nie czuje „nacisku cenzuralnego”, bowiem stosuje powszechnie praktykowaną w Kraju Nad Wisłą „racjonalną” postawą reżysera…
    Jako uczestnik filmu, Przyjaciel „Aktywistów” TOTARTu, ze szczególnym wskazaniem Zbyszka, nie mogę się uchylić od publicznego zabrania głosu w tej wielce symptomatycznej kwestii. Bo to nie tylko niezrozumienie odwiecznego, sztubackiego dylematu: ”co poeta chciał przez to powiedzieć”, co TOTART wykrzyczał konwulsyjnie i groteskowo na forum społecznym, ale sprawa wielce złożona, bowiem poetów, muzyków i malarzy było wielu, nie stanowili kolektywu, ani ideowego monolitu, ale wieloaspektową „Konfraternię Twórców”. Dlatego też każda wypowiedź wymagała rzetelnej, szukającej „obiektywnej prawdy”, zrozumienia przesłania (nie tylko jednostkowej eksplikacji, ale także krytycznego komentarza), przedstawienia filmowej odpowiedzi. Zresztą w mniemaniu Zbyszka, na podstawie zarejestrowanego z nim materiału, z Jego strony taka odpowiedź padła, wystarczyło ją jedynie filmowo ujawnić. O tym decydował Reżyser, bowiem było to „języczkiem u wagi” dla dalszych losów filmu. Zbyszek dotknął sedna, nazwał rzeczy po imieniu, nie zastosował „retoryki zastępczej”, a więc zbliżył się do „prawdy czasu”. Odcedził od „klaunerskiej formy” wielce dramatyczną, mającą cechy pytania o ludzkie pryncypia, „rzeczywistą treść” działań TOTARTu. Jednak zwyciężyła „prawda ekranu”. Jak w dawnej piosence „video zabiło gwiazdę radiową”, tak teraz idea „oglądalności i poprawności politycznej” zdeformowała, spłyciła przesłanie filmu, ale dała mu przepustkę na ekrany. Ten fakt może być dla wielu współczesnych „konsumentów kultury masowej” zrozumiały, ale dla Zbyszka nie, a także nie dla mnie. Dlatego kreślę te słowa…
    I dlatego właśnie muszę się z Państwem podzielić refleksją, moim osobistym odczytaniem całego „opisu zajścia”, jakim było narodzenie, droga życia i dramatyczny zgon formacji tranzytoryjnej TOTART. Zapewne wszyscy znają bajkę-przypowieść „Uczeń czarnoksiężnika”, którą w formie ballady utrwalił literacko Johan Wolfgang Goethe. Jest to opowieść o tym, że jeśli chcesz panować nad żywiołami, musisz być Mistrzem, a nie adeptem, co traci głowę, nie panuje nad ogromem ryzykownego dzieła, nad Opus Magnum. W przypadku TOTARTu, to całkiem konkretnie – demonami podświadomości wyzwalanymi poprzez łamanie tabu kulturowego i artystyczne, szaleńcze transgresje. Tu stał się ten sam dramat, co w literackiej przypowieści, wyzwolone „ciemne siły” i zadufanie w bezkarności, że wykpić można całokształt życia, nie zostawić miejsca na afirmację, wszystko zamienić w „potworny młyn negacji”, okazało się to zgubne dla kontroli nad artystycznym prowokowaniem i umiejętnym wyjaśnianiem, co kryje się za „demonicznym teatrem klaunady”. W pewnym momencie zabrakło „Akcjonistom” wiedzy, czemu służy ten spektakl absurdu, czy za jego sceną kryje się cel, gdzie prowadzi sens narracji dramatycznej, jaki jest sens tej tej rozkiełznanej klaunady. Zakończyło się to dramatycznie… Nowy kontekst społeczno-polityczny po ”transformacji systemowej” 1989 roku wymagał namysłu, refleksji, zmiany aparatury „egzorcyzmującej”, nowych technik walki ze złem, bowiem wyraźnie widać było, że „partia nie ta sama, ale taka sama”. Zbyszek widział pozorność przemian, ich etykietalny fałsz i niecne praktyki za zasłoną entuzjastycznej propagandy „nowego sukcesu”, opracowywał strategiczne „przegrupowanie sił intelektualnych” i zmodernizowane uderzenie artystyczne na nowe „demony życia społecznego” i polityczne konstelacje nowego kłamstwa i nowych masek aktorów sceny politycznej, niby wyzwolicieli spod władzy totalitarnej, a de facto „budowniczych nowego muru”. Zbyszek, określany pseudonimem „Mesjago” nie miał jednak gotowych recept na nowe wyzwania i nowe zagrożenia, więc podobnie jak baśniowy uczeń czarnoksiężnika – zaczął tracić kontrolę nad „rozpętanymi żywiołami” i jako człowiek o wielkiej wrażliwości emocjonalnej, wczoraj „król życia”, teraz przerażony „uczeń czarnoksiężnika”, nie udźwignął brzemienia odpowiedzialności, nie spacyfikował dawnych obyczajów błazeńskich i zachowań szaleńczych, nie odnalazł w sobie psychicznej figury Mistrza, aby okiełznać destruktywne siły. Przeliczył się, ale błądzić jest ludzką rzeczą. Nie miał sił i jasności umysłu, aby rozpocząć zdyscyplinowane, klarowne programowanie działań wspólnych dla TOTARTu, pisanie nowych manifestów, krytycznych „sontetów” na nową miarę. Doznał czegoś na kształt tego, co nazwać można: „zawładnięciem przez mrok wewnętrzny”, czego doświadczył Nietsche, kiedy zimą 1889 roku w Turynie zobaczył katowanego batem konia, a nie odnalazłszy męskiej odpowiedzi na ten potworny dla niego fakt, abdykował ze świadomości, uciekł w mrok szaleństwa przed koszmarem świata. Samozwańczy „uczeń czarnoksiężnika”, mianowany zaszczytnym tytułem „Guru”, Zbyszek Sajnóg z roli Demiurgosa abdykował pod wpływem zewnętrznych perturbacji i wewnętrznego ciśnienia mentalnego, psychotycznej eksplozji podświadomości, do dramatycznej roli ofiary własnych, choć zespołowo powielonych „igraszek z mrokiem nierozpoznanym”. Zawsze kierujący się ideą dobra, gardzący przemocą polityczną i machiną kłamstwa, Molochem historii i złem przebranym w strój dobra, walczący o godny kształt życia i zacność człowieka, choć czasem przy użyciu „niegodnych technik”, stał się nagle „drżącą trzciną myślącą”, z kreatora zamienił się w zdruzgotanego psychicznie, bezradnego człowieka, poszukującego ratunku. Nie jemu jednemu się to przytrafiło, wspomniałem już uprzednio o Fryderyku N, co nie udźwignął potężnego superego, mitu Zaratustry i runął w ostateczny mrok. Zbyszek kierując się czystym instynktem samozachowawczym zrezygnował z samodzielnego i krytycznego myślenia i ratując się przez ostatecznym szaleństwem wybrał kierowane przez dewocyjnego satrapę Kacmajora, posłuszne i bezwolne życie w sekcie. Nie mam sądzić, czy był to akt dezercji, czy odruch samozachowawczy, ratunek przed ostateczną destrukcją mentalną, a nawet śmiercią. Nie cynicznie i nie z premedytacją zacytuje Pismo: „kto jest bez winy, niech rzuci kamieniem”…

    Refleksje i dygresje
    Aby nie starać się zawrzeć w swej wypowiedzi za wiele, za dużo chcieć „upiec pieczeni przy ogniu TOTARTu”, przedstawię teraz, zamykając teraz swą opinię o wymiarze filmu, niedostatkach, reperkusjach i przyczynach tego stanu rzeczy, kilka swych, prywatnych refleksji. Niech będą one dowodem na to, że dyskusja wokół filmu jest „kijem w mrowisko”, a nie tylko błahym, egocentrycznym i li tylko technicznym przyczynkarstwem. To moja osobista „lekcja”, którą z Państwem odrobię…
    Pierwsza kwestia, to znowu „niczeańskie” przewartościowanie wszystkich wartości”. I to musi nastąpić, bowiem obserwowane zjawisko jest bezkarne i zniekształca realny obraz postaci Zbyszka na forum publicznym. Nikt nie ma prawa, bez rozumnego, obiektywnego poznania realnej kondycji umysłowej człowieka nazywać go niepoczytalnym, gdyż właśnie taka postać pasuje do jego fałszywej układanki, w sposób uproszczony opisującej meandry życia. Tak, więc wszelkie wypowiedzi Konika, notorycznie przypisującego Zbyszkowi „niepoczytalność”, „chorobę umysłową”, czy redukcję aktywności do „obserwacji ptactwa”, a dotyczące filmu i osoby Zbyszka, traktuję, niestety, jako irracjonalne konfabulacje, prymitywne argumenty ad personam, zasłanianie własnej filozofii artystycznej, wedle mnie poronionej, „służenia dwóm panom”, a mianowicie: „estradzie jarmarcznej” i kulturze wysokiej. Tą stałą napaścią personalną, bez racjonalnych argumentów, na Zbyszka i niesprawiedliwe, nieetyczne umniejszanie jego intelektualnej sprawności, poprawia sobie samopoczucie, jednocześnie podkopując zbyszkowy dobry, zasłużony, publiczny wizerunek, którego On sam, do czasu Listu Otwartego, nie budował dla przeciwwagi. W trakcie wywiadu w Radio Gdańsk nastąpiła „powtórka z rozrywki”, Zbyszek otrzymał „deputat” znanych już inwektyw, ale także i mnie się dostało. Konik dokonał bowiem publicznej demaskacji mej „niepoczytalności”, bowiem ogłosił, że jestem „PiSowcem” i wierzę, że „Tusk zestrzelił samolot w Smoleńsku”. Nie mogę pozostawić tego bez komentarza. Współczuję Konikowi, bowiem dostrzegam, że aby poczuć się dobrze, musi skierować ludzi o wyższych szlifach intelektualnych do „czubków”, aby nie czuć się zagrożonym w swej „radosnej, bezkrytycznej klaunadzie i nienagannej postawie słuszności politycznej”, co daje mu przepustkę na salony celebryckie i fundusze na jego „higieniczną czyli słuszną politycznie” działalność pisarską. I choć ma przeświadczenie, że czyni dobrze, bo nikogo nie zabija, to jednak z czasów TOTARTu pozostała mu tylko „klaunerska forma”, zaś nienaganną „słusznością treści” zapewnia sobie wsparcie establishmentu i „istnienie medialne” (cenniejsze niż realne). Co zaś się tyczy mego „PiSownictwa”, to przy swej konsekwentnej apolityczności, wyrażam także opinie dotyczące zjawisk społecznych i politycznych, a w mej poetyce PO, to muchomor sromotnikowy, a PiS borowik szatański, a więc rozróżniam większe i mniejsze zło na scenie politycznej III RP, bowiem człowiek powinien korzystać z rozumu, a nie „paść” się faktami medialnym. Natomiast uważam że Tusk zestrzelił „Tutka” przy pomocy procy na wentyl rowerowy, którą dostał od entomologa Niesiołowskiego, z której on wcześniej strzelał do meszek. Logiczna odpowiedź Koniku, prawda, w Twoim stylu! Premier Tusk bojaźliwie i służalczo oddał badanie katastrofy wojskowego samolotu, na skutek nacisku Putina, w gestię Konwencji Chicagowskiej, badającej cywilne katastrofy lotnicze. Dlatego „śledztwo w toku”, wrak „Tutka” niszczeje, traci cechy „dowodu w sprawie”, ciągle w Rosji, a Polacy zapewne nigdy nie poznają prawdziwych okoliczności Smoleńskiej Tragedii, zaś durnie uwierzą gen. Anodinie, niecierpliwi zaś prof. Biniendzie, który teoretyzuje, nie dotknąwszy szczątków wraku prezydenckiego Tutka. Zapewne Tragedie Gibraltarska i Smoleńska nie mają (mieć zapewne nie będą za naszego pokolenia) sprzyjającej „woli politycznej”, aby odkryć swe posępne kulisy. Tyle wyjaśnień niezbędnych i jeszcze życzenia: Koniku, odzyskaj rozum, stać Cię na to!
    Kolejna sprawa, to dywagacja w stylu: „Koń, a sprawa polska”, a precyzyjnie: „sponsoring artystyczny, a poprawność polityczna” i wielce ważny element „rynku sztuki filmowej” – oglądalność. Otóż powstanie, reżyserskie wybory, zrobienie technicznie dobrego filmu, lecz nie wnoszącego nic nowego do sprawy, powielającego mity i zamykającego drogę (a może nie, może będzie część druga filmu, przynosząca jednostkowe odpowiedzi, życiem pisane przez Protagonistów na fundamentalne pytania postawione przez TOTART, które zakryła kurtyna klaunady), nie są przypadkowe, są prawidłowością. Wspomniałem już o demonach rządzących rynkiem filmowym i kształtujących nagminnie postawy reżyserskie. Wskazać to jedno, a dać sygnał, jak przełamać ten impas, to realne zagrożenie dla tworzenia prawdziwej, od podstaw społecznego impulsu i inwencji, kulturę w Polsce, to kwestia druga, bardziej istotna. I to wielkie pytanie: czy społecznie, oddolnie, mądrze i bez „kagańców autocenzury” będziemy tworzyć Polską Kulturę, czy oddamy bezwolnie, na zatracenie duchowego kapitału nasz obszar noosfery w gestię ministerstwom, państwowym sponsorom i mediom w celu tworzenia „kulturowej atrapy”? Odpowiedź prosta: im więcej obywatelskiej aktywności, szukania pieniędzy przysłowiowo „leżących na ulicy” (znakomicie robią to na Zachodzie agencje interesu autorskiego, w Ubekistanie, ta funkcja i zawód nieznany lub raczkujący), poszukiwania społecznej, pozarządowej działalności sponsorskiej, pieniędzy dawanych na cele „godne i sprawiedliwe” przez tych, co „wiedzą i mają”. Działając oddolnie, spontanicznie, realizując własne pomysły i wyzwania czasu, skutecznie odkłamiemy historię, budując spontanicznie kulturę, nie pozwalając na kreację jej „słusznej formy” na rządowy prikaz, zawsze więcej przysporzymy rozumu i mądrej dydaktyki na forum publicznym, prawdziwej historii i wysokiej sztuki. A wtedy świadomość obywateli, zwłaszcza młodego pokolenia, rokować będzie, że nie pozostaniemy gospodarczym Bantustanem rządzonym przez „zatwierdzone do wykonywania zadań „polytyczne elyty”, przybranych w ancugi i krawaty „bękartów okrągłego stołu (assholu zdrady)”. Zastąpimy z własnego nadania w etatowym wytwarzaniu (pseudo)kultury etyczne i intelektualne miernoty, by wreszcie, bo lepiej „późno, niż w kale”, wybić się na społeczną i obywatelską, rzeczywistą niepodległość, wolność od unijnej urawniłowki, państwowego kagańca i bycia „równym” wobec „równiejszych” z Berlina i Paryża. Zatem – to nie państwo tworzy „słuszny kształt kultury”, jak ongiś dwory i św. Eclesia sponsorowały preferowany przez nich kształt sztuk wszelkich, zaś obywatele biorą to we własne ręce. A jak? A tak: przez instrumenty działań pozarządowych, świadome zrzeszanie się, tworzenie konfraterni artystycznych, grup dyskusyjnych, przez funkcjonujący w USA i wielu krajach „starej demokracji”, a dający dobre wyniki wspierania autorów internetowy „crowfounding”, społeczna zbiórka pieniędzy na cel opisany, wykorzystywanie konkursów grantów i granty unijne (póki są jeszcze), przez mądre pozyskiwanie sponsorów niezależnych, kapitału ludzi świadomych i Polsce sprzyjających, konstruktywnych sił samorządowych i stypendiów, które jeszcze są dostępne. Naszym powszechnie rozumianym i realizowanym hasłem powinno być: „Zabierzmy państwu monopol na ‘słuszną kulturę’, a dołóżmy starań i skutecznie twórzmy prawdziwą kulturę, narodowy kapitał duchowy i artystyczny!”. A wtedy żaden twórca, reżyser, pisarz, malarz, muzyk nie powie, że rządzą jego aktywnością kreatorską „demony oglądalności, poprawności, komercyjności czy mody”. Nie dajmy się wrobić w poetykę dowcipu z lat RRL: „robotnicy do fabryk, studenci do książek, kulturyści doi kultury, a pasta do zębów”, bo wyjdziemy na tym, jak „Zabłocki na mydle”! I oto dyskusja wokół filmu „Totart. Odzyskiwanie rozumu”, votum separatum Zbyszka wyrażone listownie, dyskusje pofilmowe, napaści mędrków różnej proweniencji, stały się owym „kijem w mrowisko”, przynajmniej dla mnie, prawem do uogólnień na poziomie troski o narodową kulturę, jej jakość, prawdziwość i naszą za nią odpowiedzialność. Nikt nam nie będzie „pluł w twarz i dzieci nam tumanił”, jeśli zdobędziemy się na trudny postulat niezależnego myślenia, godności ludzkiej, niezgody na wegetację w stadzie „dwunożnych termitów”. Czego nam brakuje, aby osiągnąć poziom świadomości i solidaryzmu społecznego znakomicie przejawiony podczas „Karnawału Solidarności” w 1981 roku? Gdzie ukryty ten kapitał duchowy, gdzie nasza narodowa duma, godność i kreatywność, ongiś wiodąca w świecie? Chyba tylko „masy krytycznej” gniewu w obliczu upodlenia i bezradności, a tu czas i kolejne popisy „sterników nawy III RP” działają!
    Dlaczego zatem, jako naród, śpimy na jawie, biernie konsumujemy „bryndzę medialną”, jesteśmy masturbowani mentalnie „tańcami z gwiazdami”, dlaczego tak się dzieje? Co musi się zdarzyć, abyśmy poczuli się „u siebie w domu”, zabrali państwu „administrowanie duszami Polaków”. Kiedy poczujemy, że nie dokonaliśmy duchowego „katharsis” po komunistycznym spodleniu, kiedy zaczniemy pisać pamiętniki i opowieści o czasach PRL, poszukiwać prawdy i sensu cierpienia, realnej groteski życia w „czerwonej klatce”, co się musi zdarzyć, aby powstawały filmy o bohaterach, a nie „komiksy historyczne”, trafili do świadomości społecznej tworzący patriotyczny etos dawni bohaterowie spod Orszy (1515), Obertyna (1531), Ochmatowa (1544), Kłuszyna (1610), Hodowa (1698), Zieleńców (1795), Powstańcy Styczniowi (1863), Orlęta Lwowskie (1918), kawalerzyści spod Komarowa pod gen. Hallerem rozbijający KonArmię Budionnego (1920), lotnicy Dywizjonu 303, emisariusz Karski, gen. Wilk Krzyżanowski wyzwalający Wilno, zamordowany przez sowietów (1944), pancerniacy gen. Maczka bijący hitlerowców pod Falles (1944), wielcy i tragiczni żołnierze podziemni: Ponury, Łupaszko, Ogień, Lalek, Zapora i inni walczący z „czerwoną zarazą” po 1945 roku, kiedy publicznie zacznie się mówić o zdradzie Aliantów i niedocenionemu wkładowi Polski w pokonaniu Hitlera, naszych heroicznych starań o ocalenie Żydów (docenionych przez Instytut Yad Vashem – Jad wa-Szem, który posadził polskim bohaterom, Sprawiedliwym wśród Narodów Świata, ok. 7 tys. drzewek oliwnych przy 20 tys. wszystkich upamiętnień poświęcenia), kiedy domagać się będziemy prawdziwej historii w szkołach, nie godzić się na „łajno informacyjno-rozrywkowe w telewizji publicznej, na życie w zastępczej atrapie rzeczywistości państwowej, a nie w Ojczyźnie. Niezgoda Zbyszka na mijający się z prawdą film o naszej najnowszej historii (bo TOTART, to historia), niech będzie detonatorem postawy obywatelskiej, niezgody na powszechne kłamstwo i „etykietę zastępczą” instalowaną nad naszymi głowami, nam na pohybel. Zatem – odczytajmy ten głos, ten apel człowieka odpowiedzialnego za słowa i czyny, za rzeczywisty wkład w kulturę polską, jako pobudkę, nie czekajmy, aż zgorzej dom Narodowej Kultury, a pozostanie barak ciekawostek, atrapa kultury, takich jak: tęcza (wielokrotnie palona i rewitalizowana, z pieniędzy obywateli, nie aktywistów homosex), czy piramida zwierząt Kozyry, gułag z klocków Lego i palma w Warszawie, „tradycyjne, polskie drzewo” w „słusznym” duchu gender. Tak…
    Ostatnia sprawa, to bezwolna zgoda na nasze życie w sferze dylematów i spraw zastępczych, w popularnym „Matrixie” lub „nierzeczywistości”, a moje tu pytanie: hańba czy ludzka słabość, zmęczenie dziejowym „kołowrotem”, czy brak obywatelskiego instynktu samozachowawczego? Dlaczego, jak powiedziała pewna internautka: „leżymy na dywanie gapiąc się na ruchome obrazki w telewizorze”, dlaczego godzimy się na „śmierć za życia” ślepo wierząc, że „ciekawe i istotne” rzeczy dzieją się w „mitycznych mediach”, a życie realne, codzienność i niecodzienność przeżyte „tu i teraz” nie mają wartości? Dlaczego daliśmy się zahipnotyzować, aby być na stale podłączonymi mumiami do „medialnych kroplówek”? Hańba to, czy patologia, zaniechanie myślenia, czy podleganie gwałtowi? Jak można poważnie traktować medialne „wrobienie w politykę”, stałe igrzyska „POPiSu”, pozory różnych „programów dla Polski”, nadmuchiwanie afer różnego rodzaju, kondomów, pedałów, tęczy, in vitro, eutanazji, komisji sejmowych, małżeństw jedno i obupłciowych i pedofilii w kościele, palonych przez Polaków w Jedwabnym Żydów (zdemaskowane kłamstwo!), flagi narodowej w gównie, muchy na nosie i włosów w sosie… Bowiem tak właśnie odbywa się w mediach „mnożenie bytów zbędnych”, na które nie znaleźliśmy jeszcze obywatelskiej „brzytwy Okhema”. Wystarczy! Od dziś, od teraz, od obejrzenia filmu, co miał w zasięgu oświecenie, a wybrał utwierdzenie w Matrixie, odłączmy się od jadowitej kroplówki zaaplikowanej „masom ludowym” przez bękartów Goebelsa i Mołotowa, doświadczmy Prawdy, w nas i między nami, co zasypana zwałami fałszu i antywartości, czeka dania zmartwychwstania i Odzyskania Rozumu!
    I jeszcze kolejny fakt, ostatni już, acz irytujący i wielokrotnie psujący skuteczność poczynań różnych jednostek twórczych i rozumnych, także racjonalnych i etycznych opcji działań obywatelskich i pro publiko bono. Wspomniałem już o tym, jak Konik umniejsza format intelektualny Zbyszka Sajnóga, jak stara się przedstawić go jako „niepoczytalnego”, a ze mnie, rozkosznie naiwnie, zrobić „PiSiaka” (czy zatem, 31,5% populacji Polaków wybierających PiS w wyborach samorządowych AD 2014, to także ludzie „niepoczytalni”, a owi dzielni POwiacy, co dali swej partii 27,3%, to wielcy mędrcy, tak Koniku? A co powiesz, że jedni i drudzy, owi polityczni kondotierzy, to szkodnicy, niszczyciele gospodarczej i politycznej siły Polski, a ci, co nie widzą tego, żyją jałowo w transie hipnotycznym, co?), aby ośmieszyć, z zamysłu, pokazać palcem, że jest passe, nieadekwatny, oszołomski, wykluczony ze środowiska „normalnych ludzi”, przegrany… Wspomniałem o tym i rozwijam temat. W naszej rzeczywistości medialno-społecznej początku XXI, jako argumentu używa się „cepa intelektualnego”, zawsze atrakcyjnego dla intelektualnych miernot chwytu typu argumentum ad personam, używa się nagminnie i bezkrytycznie klasyfikacji politycznej, złej i dobrej, passe i trendy, żenującej i słusznej, ciemnogrodzkiej i michnikowskiej, zatem wyznawanie pewnych poglądów politycznych dowartościowuje, a innych dyskwalifikuje. Ludzi wrabiani są bezwolnie i bezkrytycznie w „dyby polityki”, a więc wszystko dzieje się w politycznym sosie, w politycznych mundurach, w politycznej matni, a nawet jak się deklarujesz jako patriota, to „uczeni w piśmie” i ich nadworni „klaunowie” dopatrzą się „podobieństwa do poglądów PiS”. Tragiczne, powszechne zidiocenie! O takiej, a nie innej konstelacji wartości, „poprawności” i mentalnego popapraństwa decydują tzw. „autorytety moralne”, polityczni eksperci, owi „uczeni w piśmie”, mendy moralne i kondotierzy intelektualni typy Baumana i Grossa… Nasze Media, te niby społeczne i te prywatne, pod opieką „resortu i jego progenitury”, pod rzeczywistą kontrolą przydzieloną w Magdalence aparatczykom, także SBkom i wywiadowcom WSI, czy ich „resortowym dzieciom”, de facto z założenia, z natury swej aspołeczne, niszczące perfidnie racjonalności i krytycyzm „szerokim masom społecznym”, zrobiły swoje. Utrwalił się automatyzm, społeczny pies Pawłowa widzi światełko i reaguje poprawnie, czyli antyracjonalnie. Postulat „poprawności politycznej” obowiązuje, jako reguła, zatem nikt publicznie występujący nie chce usłyszeć, że jest: kołtunem, kartoflem, dyplomatołkiem, głupcem, zaściankowcem, ksenofobem, katolem, ciemnogrodzianinem, pisiakiem, zacietrzewieńcem, popaprańcem, co opatrzonego taką etykietą dyskwalifikuje medialnie, czyli usuwa w niebyt. A zatem reżyserowie, pisarze, malarze, aktorzy, poeci czy śpiewacy, wszyscy, którym miła „kariera i medialna obecność”, czyli celebryckość, skazani są, często pomimo kaca moralnego, na „polityczną poprawność”, plucie na „PiS”, potępianie polskiego antysemityzmu, niedostrzeganie antypolonizmu, godzenie się z „polskimi obozami koncentracyjnymi”, dostrzeganie skonfabulowanych zasług PO, wiara w to, że PO, to zwolennicy „Polski w budowie”, a PiS, to amatorzy „aresztowania o świcie”, nie dostrzeganie, że to bękarty zdrady w Magdalence, picia wódki przez „poprawnych politycznie” Kuronia, Mazowieckiego, Wałęsę, Bujaka i Michnika, ale także „Prezia Jarka” z bandytami z sowieckim debitem, Kiszczaka i Jaruzela, potępianie Marszu Niepodległości, jako robienia „zadym” (prawdziwi zadymiarze, to cywilni policjanci dowożeni sukami na „miejsca zajść”), etytkietowanie patriotów mianem faszystów i ksenofobów, a ludzi krytycznych i samodzielnych umysłowo określanie pogardliwym mianem „oszołomów”, to wszystko jest bezkrytycznie aprobowane jako „politycznie słuszne”… I o dziwo, bowiem bardziej byliśmy odporni na propagandę w okresie „nagiej prawdy” PRL: MY i ONI, lansowane przez media kryteria oceny akceptuje bezmyślnie znaczna większość „mas ludowych” i ludzi bardziej posażnych intelektualnie. Odtrącenie przez wartościujący „cykl produkcyjny mediów” zatrważa i paraliżuje rozum, zmusza do przyjęcia postawy spodlonego kundla liżącego rękę pana, dupka w ancugu władzy pociągającego za elektroniczne nitki społecznej animacji. Nikt już nie pamięta, że wszechobecny epitet propagandy PRL: „element antysocjalistyczny” noszony był na piersiach jawnych opozycjonistów, odciśnięty sitodrukowo na koszulkach, noszony z dumą i poczuciem racjonalności w „domu wariatów” PRL… A tu minęło kilkadziesiąt lat, kij (pała) zamieniona została na marchewkę (komórka, iPod, laptop) i ludzie, często niebanalni, boją się nie być poprawni politycznie, popularni medialnie, istnieć wirtualnie, bowiem nie wierzą w „życie pozamedialne” i tak zbiorowo zdurnieli, wysrali rozum za stodołą historii…
    Cóż pozostaje, jedynie nasza ludzka (czy)naiwna wiara w Człowieka, w jego zmęczenie kłamstwem, wstręt do życia na kolanach, głód prawdziwej wolności i mądrego czynu. Zatem: „Bartku Reżyserze, bądź wielki, bądź niepoprawny, Koniku, odzyskaj rozum, dostrzeż niepoczytalność w sobie, Tymonie, nie dymaj „orła białego” pod dyktando lewaków, bądź duchem mocarny, wszyscy TOTARTowcy – bądźcie Rodziną, bo człowiek rodziną mocny… Zbyszku – bądź sobą! Tyle. AntoniK

  2. Czarny napisał(a):

    Panowie, z wielkim zdumieniem przeczytałem wasze teksty. Zdumieniem nad tym, czym Totart był według was. Ja byłem tylko świadkiem jego działań, biernym odbiorcą happeningów i obserwatorem, bo tak się złożyło, że studiowałem w tym czasie na filologii, ba, byłem nawet w jednej klasie z wiecznie nieobecnym Koniem, i przyznam, że to, o czym piszecie musiało rozgrywać się, ale wyłącznie w waszej głowie, bo w realu żadna opisywana przez was idea nie zamanifestowała się. Przynajmniej ja nie byłem świadkiem takiej manifestacji. Chamstwo- Hucpa – Chuć owszem, ale Miasto-Masa -Masarnia? Najwidoczniej przebywaliśmy w równoległych rzeczywistościach. A nie widząc żadnych komentarzy pod listem, poza Antonim, śmiem przypuszczać, że i wasi „giermkowie” też musieli być w innym świecie, niż wy. Co zdają się potwierdzać wasze dalsze losy. Biografia wszak nie kłamie. Chętnie poczytałbym więcej o tym, czym – jak wam się wydaje – był Totart, albo raczej – miał być, bo, póki co, obraz, jaki utrwala się w świadomości społecznej bliższy jest cytowanym przez Sajnóga komentarzom do teasera niż jego

  3. Zbigniew Sajnóg napisał(a):

    Miły Panie! Miasto-Masa-Masarnia było tytułem/hasłem mojego wystąpienia poetyckiego 23.03.1086, które stało się zaczątkiem T. Co o tym piszę w Liście… jest prawdą, był też odpowiedni manifest. W uczelniach Gdańska wisiały zaproszenia w formie urwanych głów z wypisanych na nim hasłem. W budynku Wydz. Hum. UG wisiał przez dwa tygodnie plakat-instalacja – z tymże hasłem/tytułem. W czasie tej „akcji” czytałem fragmenty z Borowskiego i swoje wiersze związane z Zagładą etc. Nie rozumiem obraźliwego tonu Pana wypowiedzi. Czy nie można po prostu merytorycznie rozmawiać – i najlepiej z imienia i nazwiska? Jakże jest łatwo napluć, bluznąć zza węgła i pójść.
    Staję znowu w sytuacji dla mnie trudnej i przykrej – bo sam blisko 25 lat temu odciąłem się od T. – więc chyba mówi to o moim stosunku do tamtej działalności. Ale z kolei boli mnie, gdy spotykam takie łatwe diagnozy.

    Niech mi Pan powie, czy koncerty, które organizowaliśmy były chamstwem, hucpą i chucią? Tak grał Henryk Brodaty? Miłość? Reportaż? Czy współorganizowanie Ukraińskich Nocy nie było działaniem ku pojednaniu – już 25 lat temu? Czytał Pan nasze wydawnictwa? „Higiena” otrzymała nagrodę prasową „Solidarności”(wtedy), Pan Paweł Dunin-Wąsowicz w swojej książce uznał ją najlepszym wydawnictwem trzeciego obiegu.

    Jeżeli była to hucpa – czemu SB urządzało mi rewizje w domu? Czemu – gdy współorganizowaliśmy Zlot Międzymiastówki anarch. – potraktowano nas plutonem specjalnym milicji – uzbrojonymi antyterrorystami – w dodatku z wyrzutnią siatki obezwładniającej? Fragmenty esbeckiej rejestracji tego zdarzenia może Pan znaleźć w sieci (podkreślam – fragmenty).

    Nie identyfikuję się z ówczesną działalnością i oficjalnie za rzeczy. które robiliśmy przeprosiłem. Ale naprawdę – jakże łatwo dzisiaj pluć i obrażać! I co to za słownictwo: giermkowie – ? Zupełnie jak z dawnej propagandy. Nie umiesz Pan rozmawiać? Proszę o merytoryczne wypowiedzi.

    Nie chcę mi się już gadać.

    Zbigniew.

  4. Zbigniew Sajnóg napisał(a):

    Dobra. Powiem Panu Panie Czarny – Byłeś Pan taki, żeby w 86 stawać przed tłumem ludzi i wrzeszczeć na Europę – „otrząśnij się stara zdziro!” – ? To pierwsze słowa wiersza zatytułowanego „Europa”, który wiele razy wykrzykiwałem w czasie totartów. Po wielu latach Tymański powiedział mi: powinni Ci tantiemy płacić za tę Europę Teraz Europa wszędzie i codziennie – ale w 1986? Rusz Pan pamięcią.

    Wydając „Higienę” z Pawłem Konnakiem postanowiliśmy zrobić stopkę redakcyjną. Podaliśmy Imiona, nazwiska i numery telefonów. Panie Czarny – Pana dzisiaj nie stać na podpisanie się pod komentarzem. Jak Pan siedziałeś cicho – tak i Pan lepiej siedź.

    Do wiedzenia.

    Zbigniew

  5. Zbigniew Sajnóg napisał(a):

    Wiadomość do Pana Zygmunta Rozdeckiego: jeśli zajrzał Pan tu – a jest Pan zainteresowany merytoryczną rozmową – proszę poniżej zostawić wiadomość – odpowiem, podam Panu mój e-adres.

Leave a Reply

Submit Comment

*