poniedziałek 19 Listopad, 2018
Headline

Lwów – ziemia i ludzie

Miną lata i wieki przeminą

zostaną tylko ślady tamtych dni,

a my Twoi parafianie,

zawsze będziemy wierni ci.

Cytat z tablicy, wmurowanej w mury kościoła w Łanowicach, wydaje się dobrze wpisywać  w   naszą wizytę, wszak słowo „parafia” można rozumieć i przyjmować na różne sposoby.

Minęło wiele lat, odkąd dzień po dniu marzyłem o wyjeździe do Lwowa. Rozmiłowany w tej kulturze i ludziach, pisałem o niej jak w amoku jakimś. Pisałem o rzeczach, których nie widziałem na oczy, cóż więc kierowało moim prostym piórem, by tak właśnie robić?

Niełatwo odpowiedzieć na to pytanie. Jest w tym z pewnością coś więcej, aniżeli suche relacjonowanie wydarzeń, których byłem świadkiem. Bywa często tak, że w szczególnych przypadkach piórem prostego człowieka kieruje serce, a także dusza, która nakazuje nam co i jak mamy robić – znów tyle nielubianego dziś patosu w tych słowach – cóż, trudno, by ze starego drzewa wyrastać zaczęły nagle młode pędy, niech więc będzie mi wolno wyrazić swoje uczucia i podzielić się wrażeniami z tej niecodziennej wyprawy – po swojemu…

Chęć poznania kultury mieszkańców Małopolski Wschodniej, kierowała mną od dawna. Można powiedzieć, iż od szczenięcych lat zamęczałem moją starkę pytaniami o ludzi, którzy do nas przybyli z daleka, skądś  ze wschodu. Niestety, wiedza mojej mamy a także starki, nie pozwalały na to, by rzetelnie móc odpowiedzieć na wiele moich pytań i trzeba było wielu lat, a także dużego zaangażowania z obydwu stron, by wreszcie głód mojej wiedzy na ten temat został zaspokojony.

Uważaj, powiadało wielu moich znajomych. Kresy mają w sobie magię, podobną do naszej górnośląskiej, raz się zadłużysz i po tobie. Wszystko to prawda, los jednak bywa złośliwy i zwykle lubi nam kreślić nasze plany i reżyserować nasz życiowy spektakl po swojemu. Wielokrotnie prawie już spakowany, lądowałem w zgoła zupełnie innym od zaplanowanego, miejscu.

Mijały lata, kolejny tekst, a potem jeszcze jeden i tak dalej. Biografie, a także wojenne przygody mieszkańców Lwowa, wzbogacały mój skromny dorobek życia. Zarówno ulice, domy, a także ludzie, poza bohaterami moich opowieści i ich wspomnieniami, były niestety wytworem mojej wyobraźni. Jakże byłem ciekaw, ile jest fantazji w moich opisach, tak bardzo chciałem zobaczyć to miasto, porozmawiać z jego mieszkańcami właśnie tam,  w miejscach, które wielokrotnie opisywałem.

 

Początek wakacyjnego pielgrzymowania

Do granicy dotarliśmy bez zakłóceń, oczekując na odprawę 6-godzinny postój urozmaicaliśmy sobie rozmowami na najróżniejsze tematy. Też dobrze, pomyślałem, mamy czas na wzajemne siebie poznawanie, bo tam po drugiej stronie pewnie go nie będzie – i wcale się nie myliłem. Sznur samochodów w tempie nieco wolniejszym od ruchów żółwia parł uparcie do przodu. Korzystając z okazji, wielu ludzi opuściło pojazdy, by rozprostować nieco kości. Ludzie to także ich potrzeby, niestety o zabezpieczenie tych podstawowych jakby ktoś zapomniał, kilka budek szaletowych nie mogło zapewnić podróżującym komfortu, brak też pojemników i koszy powodował, że na poboczu wyrastały błyskawicznie sterty śmieci. Wszystko to ukazało niebawem żałosny obraz słowiańskiej kultury, a smród z szaletów dopełniał dzieła zniszczenia naszych wakacyjnych marzeń.

Nastrój uczestników grupy, w której i ja się znalazłem, spowodowany nie tylko zmęczeniem ale przede wszystkim obrazem pobojowiska, pozostawionego przez podróżnych, jakby przybladł nieco, niebawem jednak nadszedł czas i na nas. Odprawa celna w sumie poszła dość sprawnie i już niebawem ruszyliśmy w dalszą drogę.

Na początku, jako że po raz pierwszy przekraczałem granicę tego państwa, uderzył mnie urok lasów i głębokiej wyrazistej zieleni, a także piękno maleńkich cerkiewek ze złotymi dachami i w oddali majaczących maleńkich domków wiejskiej zabudowy. Wszystko ma tam swój niepowtarzalny charakter, jakże odmienny od znanego z moich stron. Podziwiając ten niejako dziewiczy krajobraz, starałem się zapamiętać każdy, najdrobniejszy nawet szczegół, bo przecież wszystko wskazuje na to, że jest to moja pierwsza i ostatnia zarazem wizyta na Ukrainie. (Cdn.)

 

Tadeusz Puchałka

What Next?

Related Articles

Leave a Reply

Submit Comment

*