poniedziałek 27 Maj, 2019
Headline

Mają problem z demografią i… „coś im w bankach nie sztymuje”

 

No i znów nowa reforma emerytalna i chyba mało kto wierzy, że ostatnia. Przedtem chodziło ponoć o to by, każdy pracował na siebie, na własne konto i by pieniądze „pracowały” na „dolce vita”  przyszłych emerytów – czytaj: by pieniądze z budżetu przeszły do kieszeni prywatnych „inwestorów”, zabezpieczając spekulacje giełdowe. Oczywiście nikt nigdy jeszcze nie widział pracujących pieniędzy (owszem pracują maszyny, zwierzęta, a przede wszystkim ludzie), zaś w ostatecznym rachunku byt emerytów i tak będzie zależał od tych, którzy pracują a nie wszelakich zapisów i obiecanek. 

Tak więc stopa wzrostu nie odbiega od oferowanej przez ZUS. To, co urosło na hossie, pękło na bessie, a gdy nadszedł kryzys finansowy – ostateczne rozwiały się iluzje reformy emerytalnej i genialnej maszynki do robienia pieniędzy pod nazwą OFE, z której – jak z magicznego kapelusza (giełdy) – po wsadzeniu jednego króliczka wyciąga się ich pięć. Jak zwykle na takich sztuczkach zyskuje tylko magik. Dziś dla odmiany nas się straszy, iż… nie będzie komu pracować, że żyjemy dłużej i żyć będziemy jeszcze dłużej.  Jak na razie jednak – nie ma pracy a nie pracowników, co zaś do dłuższego życia to i w nie śmiem wątpić – zbytnio bowiem przecenia się walory ubogiej diety i bezdomności, bezczynność zaś bezrobotnego nie zawsze oznacza beztroski relaks i odpoczynek.  Kolejne fale kryzysu odbierają zaś spokój i ufność – pokładane w przyszłości – kolejnym warstwom społecznym.

Choć trzeba przyznać, iż pojawia się i taka argumentacja, że jesteśmy coraz bogatsi, nasza zamożność rośnie i rosnąc będzie, toteż właśnie dlatego (by nam niczego nie zabrakło) pracować trzeba dłużej. Przyznam się z niepokojem, iż takie stwierdzenia wywołują u mnie poważny dysonans poznawczy, co do natury otaczającego mnie świata. Stety lub nie – zwykłem jednak nie przejmować się zbytnio opiniami medialnych guru, wiedzę czerpiąc z bardziej niezapośredniczonego źródła. Usłyszałem nawet, że rośnie (!) poziom opieki medycznej – a w związku z tym będzie rósł jej koszt (czyli trzeba więcej pracować, by zyski korporacji farmaceutycznych były większe, zamiast je po prostu przynajmniej ograniczyć do rozsądnych rozmiarów). Także i tym razem mam dziwne wrażenie – wiadomości z ….innej zupełnie bajki. Jakby normą nie były wielomiesięczne kolejki, by przejść badania u specjalisty oraz ograniczone limity, skutkujące bezczynnością i maszyn i personelu.

Jednak, jak by nie kombinować, tak czy siak, wte czy wewte, jedynym realnym wyznacznikiem wysokości emerytur jest ich proporcja do osób pracujących i ich wydajności pracy (lub tego, co zostaje po kapitalistycznej akumulacji i kosztach funkcjonowania państwa) – innymi słowy, czy są w stanie wytworzyć wszystkie niezbędne dobra i wykonać wszystkich niezbędnych prac opiekuńczych. Nie trzeba chyba nikogo długo przekonywać, iż wydajność pracy/technologii czy moce produkcyjne we współczesnej cywilizacji rosną wręcz wykładniczo, ilość zaś dóbr przewyższa potrzeby rynków. Że celowo zaniża się trwałość produktów, głównym zajęciem jest za to kreowanie nowych potrzeb. (Inną rzeczą jest, czy taki kraj jak Polska wytwarza jeszcze coś atrakcyjnego do wymiany na światowym rynku – tego jednak nie zmieni się przez zwiększanie długości pracy a przez zmianę strategii gospodarczej). Ilość zaś ludzi, mogących pełnić nawet najbardziej wyszukane funkcje opiekuńcze, jest wciąż wystarczająca. Główną więc przyczyną owego światowego trendu wydłużania wieku emerytalnego jest nic innego – jak chęć maksymalizacji zysku, obcinanie kosztów pracy i zwiększanie akumulacji kapitału. Nie jest nią więc demografia.

Bowiem nawet przy obecnej i przewidywanej strukturze demograficznej, społeczeństwo może dalej funkcjonować. (W końcu postęp technologiczny przynosi jakieś korzyści?). Oczywiście proces starzenia się społeczeństwa może budzić niepokój – jednak podniesienie wieku emerytalnego w takim kraju jak Polska nie tylko nie poprawi, ale znacznie pogorszy społeczne możliwości reprodukcyjne. Dziadkowie bowiem to istniejąca od pokoleń, sprawna i skuteczna instytucja opiekuńcza. Wszelkie zaś wolne środki w tym modelu były transferowane do młodszego pokolenia (w myśl zasady: każdemu wedle potrzeb). Tak więc obraz emerytów, będących jedynie obciążeniem jest gruntownie fałszywy. Oczywistym jest, że podwyższenie wieku emerytalnego obniży możliwości reprodukcyjne klas niższych i średnich.

W tym miejscu wykonam mały skok w bok. Podejrzewam, iż nie jest to popularny pogląd i raczej spotka się z krytyką i z lewa i prawa, ale dla mnie człowiek to przede wszystkim zwierzę. Jeśli więc czegoś oczekuje od kultury – to nie represji a sublimacji i przekraczania ograniczeń. Podstawową, jeśli nie jedyną, funkcją natury jest reprodukcja. Są gatunki reprodukujące się łatwo (idące na ilość) w prawie każdych okolicznościach. Są takie, które potrzebują do tego wyjątkowych i specyficznych warunków. Człowiek na tym tle jest bardzo elastyczny – potrafiący się dostosować do większości ekosystemów i przyjmujący rożne strategie rozrodcze. Od skrajnie „nieodpowiedzialnych” po skrajnie opiekuńcze. Wielożeństwo, w jednym wypadku wielomęstwo, matriarchat, patriarchat, różne obyczaje i religie – w tym także współczesna kultura konsumpcyjna – to funkcjonalne lub nie – strategie dostosowawcze. Na tym tle np. tybetański lamaizm, gdzie 30% społeczeństwa spędzało życie w zakonach to dostosowanie się do ograniczonych rezerw ekosystemu i niemożności zwiększania populacji. I mimo tego, że było to społeczeństwo osadzone technologicznie w głębokim średniowieczu – w skrajnie niegościnnych warunkach potrafiło przetrwać, pomimo tak dużej liczby osób nieproduktywnych.

Przed wybuchem II wojny światowej Polskę zamieszkiwało 35 mln mieszk. (90 osób na km2); w wyniku wojny nastąpił spadek liczby ludności do 23,6 mln (1946); do 1980 duża dynamika rozwoju ludności była związana głównie z wysokim przyrostem naturalnym (1950-55 powyżej 19‰), tempo wzrostu liczby ludności należało do najwyższych (po ZSRR) w Europie – liczba ludności wzrosła do 35,7 mln, czyli o 43% (osiągnęła stan przedwojenny w połowie lat 70. XX w.). Przyrost naturalny: 9,6‰ -1980, 4,1‰ -1990, 1,1‰ -1996.

Jak widać, nawet taki przyrost demograficzny jak ten z roku 1990 – jest dziś niewyobrażalny. Jak to możliwe, że załamanie demograficzne nastąpiło wraz z nastaniem najlepszego z możliwych ustrojów, jak to możliwe, że w ustroju permanentnych braków podstawowych produktów, kiedy w handlu dostępny był tylko ocet a pieniądze nie miały żadnej wartości, jak to możliwe, że tak wiele dzieci rodziło się i dorastało w całkiem niezłej kondycji fizycznej? Tego nie dowiemy się od piewców nowej rzeczywistości, którzy przeszłość zwykli malować czarnymi kreskami na czarnym tle. 

Jeśli dodamy do tego fakt, że aborcja po latach stalinowskich była praktycznie na życzenie, to nie pojmiemy tego, czym naprawdę był PRL. Nie chciałbym uchodzić za obrońcę minionego ustroju, ale z faktami się nie dyskutuje. Trudno też oczekiwać wyjaśnienia, dlaczego pomimo rosnącego PKB, pomimo tego iż wciąż pozostajemy zieloną plamą na mapie Europy, pomimo becikowego – obecny przyrost naturalny pozostaje tak niski. Czy młode pokolenie zatraciło się tak w konsumpcyjnej kulturze, w pogoni za karierą i prestiżem, czy może dla odmiany postanowiło dla odmiany oddać się wartościom duchowym, marząc o stanach zakonnych i kapłańskich? Czy może zrozumiało destrukcyjną rolę człowieka w ekosystemie i postanowiło wygasić swe istnienie? Czy może jest tak, że na poszczególne decyzje, dające efekt demograficzny, ma wpływ zwykłe bezpieczeństwo socjalne i ekonomiczne? Czy pewność pracy i dochodu (nawet skromnego) a nie strach przed bezrobociem, prawo do mieszkania, a nie lęk przed komornikiem, eksmisją na bruk – nie są rozwiązaniem problemu? Proszę jednak nie oczekiwać tak prostackich rozwiązań. Szybciej raczej ulg, które ulżą bogatym, kredytów preferencyjnych preferujących banki, szybciej nawet możemy spodziewać się kampanii i fundacji, propagujących zachowania, o jakich nawet koty dachowe mają ledwie wystarczające pojęcie.

Nie jest moim zamiarem namawianie ludzi do jakichkolwiek zachowań: do narkotyków, alkoholu, palenia tytoniu czy posiadania dzieci Wszystko ma plusy i minusy i może być źródłem problemu lub radości. Lepiej też, by osoby skrajnie hedonistyczne i przesiąknięte wzorcami konsumpcyjnej kultury, tych dzieci nie miały. Tak samo zresztą, jak osoby skupione na przeżywaniu bożej miłości i transcendencji. Jednak sytuacja, kiedy podstawowe instynkty są tłamszone i represjonowane przez warunki ekonomiczne, źle świadczy o tych, którzy warunki te kreują i społeczeństwie, co na życie w takich warunkach się godzi.

Nie ma żadnych przyczyn, dla których wiek emerytalny miałby być podniesiony a tendencje demograficzne można łatwo odwrócić (np.: zwiększając rolę dziadków w funkcjach opiekuńczych). 

Jednak, by tego dokonać, należałoby naruszyć podstawy obecnego systemu. Rząd próbuje ograniczyć skalę protestów, sugerując, że reforma dotyczy tylko najmłodszej części społeczeństwa a jej skutki są długofalowe – toteż nie kryje się za nią żaden interes polityczny. Prawda jest jednak inna: mamy do czynienia z ustawą, pisaną pod dyktat „międzynarodowych rynków finansowych”.  W najbliższych latach deficyty budżetowe będą ograniczane a długi spłacane (tylko wielkim instytucjom finansowym) – wszelkie oszczędności budżetowe będą bardzo istotne dla możliwości spłacania tych długów bez obciążeń… dla wielkiego kapitału. I przed tą siłą uklękły tak naprawdę wszelkie siły polityczne udając sprzeciw, jeśli jest on bez znaczenia – w przypadku SLD – lub go markując, jak w przypadku PiS. Ten bowiem mówi o dobrowolności przedłużania wieku emerytalnego, czyli o zastąpieniu przymusu administracyjnego przymusem ekonomicznym. O tym, że przymus taki jest równie skuteczny, nie trzeba po 20 latach istnienia „wolnego” rynku nikogo przekonywać. Co ciekawe, nie odbiega on od propozycji PO, która dziś już mówi o możliwości cząstkowej emerytury dla osób, jakie z różnych przyczyn nie będą mogły dłużnej pracować. Co – znając realia – należy odbierać jako socjalną zapomogę na poziomie minimum egzystencji.

Oczywiście, jeśli nie będziemy protestować skutecznie, nie jest to ostatnia „reforma”, która nas czeka. Można więc też mieć nadzieje, że „S” nie poprzestanie na pustych teatralnych gestach i nie będzie jedynie markować protestu i sprzeciwu, bo w tej akurat kwestii ma wielkie i szerokie poparcie. Takie, jakiego nie miała od lat.  Walka z reformą emerytalną ma większe znaczenie niż się to może wydawać; ma wymiar nie tylko narodowy i krajowy, ale jest w pełni internacjonalistyczna – atakuje bowiem ten sam wielki kapitał, z którym walczą Egipcjanie, Grecy, Hiszpanie i wiele narodów na całym świecie. Jest częścią ogólnej walki, bez której zwycięstwo w żadnym kraju z osobna nie jest możliwe. Proponowana ustawa to agresywna próba przejścia do ponownej ofensywy systemu, anektująca ostatnią wolną przestrzeń i czas człowieka (poza dzieciństwem). Nie mogąc bowiem zwiększać akumulacji w buntującym się Trzecim Świecie i emancypujących się Chinach – kieruje się do wewnątrz. Sam fakt, że szuka się zysku w takich sferach – świadczy o narastającym kryzysie i słabości. Coś, co wczoraj wydawało się beznadziejne i pozbawione szans – jak pokazała sprawa ACTA – jest możliwe. Dajmy Tuskowi możliwość przyznania się do błędu, wszak jest to u polityków rzadka i nietuzinkowa umiejętność. Dajmy mu jeszcze raz tę szansę.

 

 Artur Kielasiak

 

 

 

What Next?

Related Articles

Leave a Reply

Submit Comment

*