piątek 21 lutego, 2020
Headline

Moskiewskie ZOO (1)

img153Co jakiś czas na księgarskie półki trafia kolejna książka, dająca się określić jako „powieść epistolarna”, czyli taka, gdzie nośnikiem narracji stały się listy bohaterów. W typowej powieści epickiej narrator „wie wszystko”, tutaj dopiero „uczy się świata”.

Można się zastanawiać, czy dla rozwoju gatunku ważniejsze były Listy portugalskie (1669) Gabriela Josepha de Guilleraquesa czy Listy perskie (1721) Monteskiusza… Na pewno tymi utworami, które na trwałe wpisały powieść epistolarną w świadomość zbiorową Zachodu, stały się Julia, czyli Nowa Heloiza Jean-Jacquesa Rousseau (1761) i – zwłaszcza – Cierpienia młodego Wertera (1774) Johanna Wolfganga von Goethe.

Mijały lata i kolejne, coraz groźniejsze, wojny. Literatura musiała nadążać za komplikowaniem się rzeczywistości i „prawd”, odkrywanych wraz z kolejnymi (najczęściej schematycznymi i równie niemożliwymi do sprawdzenia, co poprzednie) teoriami psychologicznymi. Jak w 1975 roku napisała w Tekstach (nr 4/22, Pomiędzy listem a powieścią) Małgorzata Czermińska: (…) powieść dwudziestowieczna zajmuje się doświadczeniem wewnętrznym, ale i tam, gdzie się nim zajmuje, nie korzysta dziś z techniki listowej. Stała się ta technika zbyt skonwencjonalizowana, by zadowolić pisarzy poszukujących precyzyjnego instrumentu analizy półświadomych stanów psychicznych, snu, marzenia, by sprawić wrażenie spontaniczności toku skojarzeń i obrazów, by stworzyć możliwość wędrówek w głąb pamięci. To, co odkryła kiedyś powieść epistolarna, opowiada dziś monolog wewnętrzny. Nie postarzał się natomiast pierwowzór powieści epistolarnej, tzn. blok listów – przeciwnie – cieszy się coraz większym zainteresowaniem w czasie, kiedy szuka się powieści utajonej poza powieścią i kiedy autobiografia może stać się miarą i gwarancją sensowności istnienia literatury.

Jedną z ostatnich powieści epistolarnych, które zyskały uznanie nie tylko „u siebie”, była Czarna skrzynka Amosa Oz (1987). Ze względu choćby na niewielki nakład i mało popularny język – trudno oczekiwać, by podobnie zdołała zaistnieć szerzej polska książka, będąca klasycznym przykładem gatunku. Mowa o Listach z Moskwy Wojciecha Kajtocha, wydanych kilka miesięcy temu pod Wawelem. A niewątpliwie szkoda, bo i miejsce akcji i czas, wybrany przez autora do snucia epistolarnej opowieści, przyciągały wówczas oczy nie tylko dyplomatów całego świata, ale przeciętnych zjadaczy chleba od Narviku po Pretorię. Akcję Listów… umiejscowił bowiem autor w latach słynnej pieriestrojki Michaiła Gorbaczowa, ostatniego genseka ZSRR. Narrator trafia do Moskwy na rodzaj studiów podyplomowych, niekoniecznie takich, jakich oczekiwał: Nasz ZLP popisał się jak zwykle: wysłano nas w podróż bez żadnych dokumentów, potrzebnych Instytutowi Gorkiego – nawet rekomendacji. (…) No i oczywiście nie doinformowano się dokładnie, na co nas wysyłają. Skutki – będziemy uczęszczać na coś w rodzaju dokształtu dla już dojrzałych pisarzy – autorów kilku książek i to na seminarium prozy, ponieważ nie ma nic takiego, jak „seminarium krytyki”, przynajmniej na tzw. Wyższych Kursach Literackich. (ss. 5-6).  Oczywiście – bohater opowieści poradzić sobie musi, jest w końcu Polakiem – człowiekiem, nauczonym kombinowania po to tylko, by powiązać koniec z końcem – tak w PRL-u, jak teraz – w Związku Radzieckim…

W ciągu dwu lat trwania akcji powieści  narrator zmaga się z wielu kłopotami – od totalnego lekceważenia spraw finansowych stypendystów przez polską ambasadę do problemów zdrowotnych. Jedne i drugie nie znajdują szczęśliwego zakończenia, nim autor wysyłanych do żony listów opuści Moskwę.

Próbuje też – z różnym skutkiem – pracować naukowo (interesuje go głównie dorobek braci Strugackich, już wtedy pisarzy znanych szeroko poza ZSRR) – po to przecież do stolicy bratniego kraju przybył.

A jednak czytelnikowi Listów z Moskwy ich narrator jawi się nade wszystko jako ironiczny obserwator – ludzi i zachodzących dokoła przemian, po których – w przeciwieństwie do Zachodu – nie spodziewa się chyba zbyt wiele. Można tedy spojrzeć na Wojciecha Kajtocha jako autora fabularyzowanego reportażu – opowieści o tym, iż jeśli nawet zmieniają się czasy, niezwykle trudno zmienić mechanizmy, rządzące ludzkimi przyzwyczajeniami i prawa, obowiązujące w społecznościach tych, którzy sami tworzą kolejne zasady gry, bo uważani są za intelektualne elity. Jest to również próba znalezienia odpowiedzi na pytanie: czym jest humanistyka, poddana marksistowskiemu oglądowi ducha i materii oraz kim w takim razie są (lub być powinny) osoby, noszące zaszczytne miana humanistów, twórców, uczonych… (Dok. nast.).

Kajtoch W., Listy z Moskwy (powieść epistolarna), Wydawnictwo Aureus, Kraków 2015

Lech L. Przychodzki

 

Leave a Reply

Submit Comment

*