czwartek 16 Sierpień, 2018
Headline

Na marginesie depresji

Nie powiem gdzie, nie powiem kto i nie powiem, kogo historia ta dotyczy. Wyobraźmy sobie osobę, która po kilkunastu latach pracy, wspinając się po szczeblach kariery i dobrze zarabiając – doznała przesilenia. Straciwszy pracę, hospitalizowana z powodu depresji, przyjęła cios jeszcze poważniejszy – umarł bardzo bliski jej człowiek. Depresja pogłębiła się. Osoba, o której mówimy, chciała po prostu umrzeć, była w sumie siedmiokrotnie hospitalizowana psychiatrycznie, trzykrotnie kierowana na sanatoryjne pobyty terapeutyczne. W czasie tych kilku lat zapadała też na inne poważne choroby – dość powiedzieć, że dwukrotnie znalazła się na oddziałach intensywnej terapii. W rezultacie tego wszystkiego jest na rencie, ze stwierdzoną całkowitą niezdolnością do pracy.

   Kilka lat temu wobec jakichś kwestii spadkowych, mniejsza o szczegóły, nie złożyła w czas wymaganego zgłoszenia do Urzędu Skarbowego, ale zorientowawszy się w tym – zgłosiła się do urzędu sama, chcąc sytuację wyjaśnić i prosząc o zwolnienie z naliczonych karnych odsetek, jak też z wymaganego podatku. W sumie mówimy o kwocie rzędu blisko 80 tysięcy złotych, więc niebagatelnej.

   Gdy przedłożyła w Urzędzie Skarbowym dokumenty, stwierdzające jej stan zdrowia, świadectwa pobytów w szpitalach, świadectwa z ZUS i zaświadczenie specjalisty w stopniu doktora nauk medycznych, spotkała się ze zrozumieniem. Przepisy pozwalają w takiego rodzaju trudnych sytuacjach na darowanie kary i zwolnienie z podatku. Zapewniono ją, iż z uwagi na okoliczności może liczyć na wysłuchanie jej prośby.

   Jednak w przebiegu sprawy okazało się, iż osoba, o której tu mowa, ma oszczędności. I okazało się również, że zmienia to postać rzeczy. Że skoro ma oszczędności – to nie może być zwolniona z kary i podatku. Skoro ma pieniądze – powinna zapłacić.

***

   Niniejszy artykuł nie jest interwencyjnym – w bezpośredni sposób, ale chciałbym, aby był przyczynkiem do refleksji. Spójrzmy na tę sytuację jeszcze raz: mówimy o osobie, która wykonywała pracę biurową a lekarze orzecznicy ZUS stwierdzili jej całkowitą niezdolność do pracy. Czy w tej sytuacji – z całym szacunkiem – nałożenie na tę osobę przez Urząd Skarbowy kary nie jest niejako stwierdzaniem, iż przeciwnie, jest ona zdolna do odpowiedzialnego kierowania sprawami i przypilnowania ich? Oczywiście, mówimy o osobie w pełni praw, a więc i obowiązków, ale jednak nie uwzględniając przy podejmowaniu decyzji owej stwierdzonej przez specjalistów choroby, jej specyfiki i naprawdę ciężkiego przebiegu – czyż nie neguje się stwierdzeń lekarzy? Czyż nie wchodzi się w kompetencje innych państwowych urzędów? Ale i gorzej jeszcze, bo czyż nie zmierza się do karania za chorobę?

   Jaka jest logika, sposób wnioskowania takiego urzędu, jaki przecież sposób zastosowania prawa – bo czyż osoba ta nie miała być zwolniona z kary z uwagi na swój stan, na swoją chorobę? Tymczasem okazuje się, jakby rzecz ta nie istniała i nie miała jakiegokolwiek znaczenia – gdy z chorego można wycisnąć jakieś pieniądze.

***

     Jestem pilnym obserwatorem życia i zdaje mi się też, iż w takich sytuacjach, przy podejmowaniu tego rodzaju decyzji, kierowanie się li tylko szacowaniem posiadanych przez podatnika środków, nie jest dobrym pojęciem interesu społecznego i interesu państwa. I to w dwóch aspektach.

     Po pierwsze, może się okazać, że osoby będące w takiej sytuacji, a spychane do poziomu trudności z utrzymaniem się, czy może na socjalny margines, stają się większym obciążeniem dla państwa i społeczeństwa. Być może bowiem będą zmuszone zwracać się o pomoc socjalną, o mieszkanie komunalne, o zapewnienie opieki.

     Po drugie, w przypadku tego rodzaju chorób, o jakiej tu mowa, restrykcyjne traktowanie osób na nie cierpiących może prowadzić do pogłębienia ich stanu, a z kolei posiadanie środków wystarczających na przeżycie – i leczenie, a także pewne związane z tym poczucie bezpieczeństwa, jakiejś elementarnej stabilności – mogą pomóc tym ludziom wrócić do społeczeństwa, przecież z pożytkiem dla nas wszystkich.

   Nieludzkość, niedorzeczność w działaniach urzędów, czy nie sprawia jeszcze tego, że obywatele w stosunku do – swojego przecież – państwa przybierają postawę prowadzących z nim wojnę podjazdową? Czyż i to nie jest stratą i dla państwa i dla nas wszystkich? Czy nie niszczy to naszego życia.

     Depresja jest bardzo poważną chorobą, Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) podaje, iż jest czwartą z najpoważniejszych chorób współczesnego świata, jest chorobą śmiertelną.

   Nieraz przywoływana jest w Polsce tradycja solidarności. Polacy utwierdzają się w przekonaniu, iż są narodem ludzi wierzących, szczególnym, ale gdzie to wszystko podziewa się w trudnych, codziennych sprawach życia – czy zatem to jest prawdą, czy tylko wyobrażeniem o sobie? Niebezpiecznym samooszukiwaniem się.

Zbigniew Sajnóg

 

What Next?

Related Articles

2 komentarze to "Na marginesie depresji"

  1. Tropiciel prawdy napisał(a):

    A może warto powiedzieć kogo historia dotyczy.Jeżeli Pana narzeczonej to ogląd sprawy jest bardzo subiektywny.A .ponadto daleki od rzeczywistości.Osobowość histroniczna to nie depresja to po pierwsze.Po drugie jeżeli ktoś używa manipulacji do ratowania konsekwencji swoich pochopnych decyzji za które Pan jako partner życiowy także odpowiada to trudno nazywać siebie dziennikarzem.

    • Zbigniew napisał(a):

      Szanowny Panie(?). Występując anonimowo, poprzez szantaż wywiera pan na mnie presję, abym dokonał publicznej wiwisekcji na chorej osobie. Z kimś, kto tak postępuje nie powinno się podejmować rozmowy. Postanowiłem jednak odpowiedzieć panu.

      Najpierw – co do zasady: różne osoby, wydarzenia czy sytuacje mogą być punktem wyjścia, pretekstem, czy obrazem na przykładzie których wyprowadza się myśl, ważna jest intencja, ważny jest cel. Mógłbym napisać o swoim doświadczeniu z butami – że rozpadają się po kilku miesiącach używania, i z tego wyprowadzić poważną refleksję o rzeczywistości, o rynku, o społeczeństwie. Wychodzi się od doświadczenia, które poruszyło, które pobudza myśl.

      Nie zrozumiał pan mojego artykułu, nie jest on reportażem interwencyjnym a artykułem problemowym. W tym o ważnym, jak myślę, problemie konfliktu kompetencji, gdy jedne wyspecjalizowane organy państwa, na przykład, stwierdzają niezdolność człowieka do zapanowania nad sprawami życiowymi, a inne (na jakiej podstawie?) negują te stwierdzenia i – postępują wobec takiej osoby z całą surowością. Również pan w ten sposób wyrokuje.

      Proszę wyobrazić sobie osobę chorą od kilkudziesięciu lat na RZS (36 hospitalizacji), ze zmianami zwyrodnieniowymi, z ograniczeniem ruchu i stałym bólem, osobę po innych poważnych przejściach (w ostatnich latach dwukrotnie na OIOMie) i – właśnie – dotkniętą ciężką depresją (10 hospitalizacji). By dać jakieś o tym wyobrażenie – w nasileniu choroby osoba ta nie pamiętała jak włącza się światło w pokoju. Zatem mówimy o dramatycznej walce o życie człowieka – a pan napisał o „konsekwencjach pochopnych decyzji życiowych”. Przepraszam, ale naprawdę: niewiele pan wie i rozumie. Poszukiwanie prawdy nie polega na ćwiartowaniu ludzi i układaniu ciał w kubiki.

      Jeśli zaś mówimy o funkcjonowaniu państwa – proszę zauważyć, że według badań Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia (2014) ekonomiczne koszty leczenia depresji w Polsce wahają się między 1-2,6 miliarda złotych.

      Wie pan, możemy powiedzieć dura lex, sed lex, ktoś źle coś zrobił i ma ponieść konsekwencje, tylko że – a nie jest moim zamiarem jakaś tu relatywizacja – mamy do czynienia w naszym kraju z zupełnie niebywałą właśnie nierównością w traktowaniu ludzi, w stosowaniu owej surowości, bo nie widzieliśmy jej względem jawnych przestępstw o wprost astronomicznej skali, i to chyba tak szczególnie boli. A że boli to jedno, ale ludzie nie czują z takim państwem związku. I właśnie sporo się o tym dowiedziałem. Wie pan z jakimi reakcjami spotkała się osoba, o której piszę, gdy opowiadała, że zgłosiła się sama do Urzędu Skarbowego? Jak można było zrobić taką głupotę! Ja nie podzielam takich opinii, natomiast problem jest, i to poważny. A sięga w bardzo zdawałoby się odległe rejony myśli. Polacy przyjęli za prawdę – jako owoc solidarnościowej rewolucji – ewolucjonistyczną definicję rynku, według której dobrobyt i dobre społeczeństwo stworzy wzajemna przemoc. Skuteczni mocarze biorą co chcą. Ale gdzie jest społeczeństwo? I tak dalej, tu dopiero zaczyna się prawdziwa refleksja.

      Życzę miłego dnia.

Leave a Reply

Submit Comment

*