czwartek 25 Kwiecień, 2019
Headline

Odyseja znad Dunaju, czyli komu zawdzięczam szczęśliwy powrót z wojny w rodzinne strony

                                                                img049                                                                                                                                                                                       Jestem Ślązakiem z rocznika 1926. Mając niespełna 18 lat, w 1944 roku, zostałem wcielony do Wehrmachtu. Jako że opisanie wszystkich wydarzeń, które miały miejsce w przeciągu pierwszego roku przebywania w jego szeregach zajęłoby co najmniej kilka stron, pozwalam sobie w niniejszym tekście pominąć ten wojenny okres. Poniżej natomiast chciałbym skupić się na przedstawieniu tych wszystkich ludzi, dzięki którym wróciłem cały – w jednym kawałku – z wojennego frontu w rodzinne strony.

Podkreślam tu słowo „cały”, gdyż w połowie marca 1945 r. zostałem zraniony szrapnelem, w wyniku wybuchu radzieckiego granatu. Jego odłamek utkwił głęboko w stawie kolanowym i właśnie w tym momencie rozpoczyna się moja „odyseja znad Dunaju”, niedaleko Budapesztu, aż do Tarnowskich Gór i Rusinowic.

Jest sprawą oczywistą, że przebywanie na froncie wyklucza przeprowadzanie wszelkich skomplikowanych zabiegów i poważniejszych operacji, dlatego mogłem liczyć jedynie na zabandażowanie/opatrzenie zranionego kolana, po czym zostałem odwieziony na zaplecze frontu. Po upływie paru dni dostałem się do szpitala polowego, położonego w węgierskim mieście Györ. Dopiero tam odprowadzono mi ze stawu kolanowego nagromadzoną w dużej ilości ropę i założono nowy opatrunek. Kolano zdążyło w międzyczasie znacznie spuchnąć, sprawiając ogromny ból, zwłaszcza przy każdej próbie poruszania się. Następnego dnia, jako że front walki zbliżał się do Györ, zapadła decyzja o ewakuacji szpitala. Przetransportowani mieli zostać tylko ci ranni, których stan pozwalał na przewiezienie ich furmankami. I właśnie w tym miejscu rozpoczynam wymienianie wszystkich tych, którym będę wdzięczny do grobowej deski; tych, dzięki którym wróciłem do domu. Będą to podziękowania bezimienne, gdyż nigdy nie udało mi się poznać ich nazwisk, czy chociażby nawet imion.

1.

Decyzję o tym, kto z rannych zostanie ewakuowany wraz z personelem, podejmował lekarz, sprawujący nadzór nad daną salą. Jeden z nich, zatrzymując się przy moim łóżku, podyktował towarzyszącym mu sanitariuszom następującą treść: „Ranny nie nadaje się do transportu. Byłoby to dla niego zbyt bolesne”. Na to ja, ogarnięty przerażeniem, począłem go upraszać, błagać, aby mnie zabrali wraz z nimi. Przysiągłem, że nie będę sprawiał kłopotu… Lekarz zaczął tłumaczyć, iż transport furmankami po marnych drogach z pewnością przysporzy mi wiele bólu, lecz ja – nieustępliwie – prosiłem nadal, bo niczego nie chciałem uniknąć tak bardzo, jak dostania się w sowieckie ręce.

Ostatecznie lekarz uległ mym prośbom i zmienił swą decyzję – zabrali mnie ze sobą. I chociaż ból, jak ostrzegał, był przeogromny, zacisnąłem mocno zęby, by nie wydać z siebie jęku cierpienia aż do końca podróży. Jestem pewien, że temu lekarzowi i jego decyzji zawdzięczam życie, więc dzięki mu za to.

2.

Nie pamiętam, jak długo nasz transport posuwał się do przodu po zatłoczonych drogach, aż dotarliśmy do austriackiego Wiener Neustadt. Miasto to położone jest na południe od Wiednia, a odległość do Györ liczy się na około 150 km.

Postój w Wiener Neustadt spowodowany był tym, że to tutaj mieliśmy zostać załadowani do pociągów w celu dalszej podróży. Głodni i spragnieni oczekiwaliśmy na transport, leżąc w chłopskich furmankach, gdy oto z pobliskich domów zaczęły wychodzić ku nam kobiety z dzbankami, butelkami i kubkami w dłoniach. Częstowały nas tym, co tylko były w stanie ofiarować: wodą, mlekiem, herbatą. Mnie udało się dostać nawet odrobinę chleba.

Wspominam to wydarzenie bardzo często i jestem za to wszystko niezmiernie owym anonimowym kobietom wdzięczny.

3.

Po dłuższej podróży pociągiem, która co rusz była urozmaicana była nalotami samolotowymi, dostałem się do wojskowego lazaretu, położonego w niewielkiej odległości od miasta Tabor. Nie jestem stwierdzić tego z całkowitą pewnością, ale – o ile sobie przypominam – miejscowość ta zwała się Voprošany. Dopiero tam nareszcie zostałem zoperowany. Noga była w tym czasie bardzo opuchnięta, tak, że przypominała swą objętością/grubością konewkę. Nie można było zatamować wycieku ropy z rany, nie wspominając już o towarzyszącym mi przez ten cały czas bólu.

30. marca położono mnie na stole operacyjnym. Przed podaniem narkozy usłyszałem dwóch rozmawiających miedzy sobą lekarzy, ferujących, że najprawdopodobniej nogi nie da się już uratować. Jednakże tuż przed samą operacją dołączył do nich jeszcze jeden, nieco starszy już lekarz, polecając mnie uśpić.

Po przebudzeniu, już w szpitalnym łóżku, spostrzegłem, iż zostałem unieruchomiony w gipsowym opatrunku, sięgającym od stopy aż do wysokości siódmego żebra mej piersi. Gdy po jakimś czasie zjawiła się sanitariuszka, dowiedziałem się od niej, że uratowanie mej nogi zawdzięczam ich „Chefarztowi”, czyli lekarzowi naczelnemu, który jako jedyny, wbrew pozostałym, zdecydował się na operację nogi, wierząc w szansę jej powodzenia.

Często później zaglądał do mnie, dopatrując gojenia się tej wielkiej rany, którą była moja noga. Jemu więc zawdzięczam to, że wróciłem do domu cały, jak już na początku wspomniałem. Już wówczas serdecznie mu za to podziękowałem i dzisiaj również ponownie pragnę to uczynić.

4.

Po wkroczeniu na te tereny Armii Czerwonej, przewieziono nas przy pomocy furmanek do szpitala jenieckiego, położonego także niedaleko miejscowości Tabor. Tam rozpoczął się okres wielkiego głodu. Karmiono nas wyłącznie glinianą imitacją chleba, co doprowadziło u mnie do ostrej niewydolności jelit, a w konsekwencji do poważnej choroby.

Zostałem wówczas przeniesiony na dużą salę dla ciężko chorych, gdzie co chwila któryś z pacjentów umierał. Personel był tam, jak i w pozostałych salach, niemiecki. Niestety, nie dysponował on żadnymi lekarstwami, a pomimo to uratował moje życie. Zawdzięczam to głównie tamtejszym lekarzom oraz pielęgniarkom, które codziennie przynosiły mi po parę razy garnuszek „Mehlsuppe”, czyli zupy mącznej. Już po tygodniu wróciłem na zwykłą, „głodującą” salę. Za ten ratunek składam im serdeczne dzięki.

5.

W międzyczasie stawiałem już pierwsze kroki. Co prawda, wciąż obciążony gipsem, lecz obejmującym już wyłącznie nogę. Nadszedł kwiecień, dzięki czemu mogliśmy uzupełnić nasze skromne racje chleba – listkami szczawiu, zrywanego na dziedzińcu w pobliżu drutu kolczastego, gdzie przebywać nie było wolno.

Pewnego dnia, a raczej nocy, zdarzył się na mej sali „cud”. Zbudziwszy się rano, zauważyłem leżący obok mnie bochenek chleba. Podzieliłem się nim z sąsiadem – Ślązakiem, tak jak ja. Dokarmialiśmy się tym chlebem przez parę dni, ale dopiero później dowiedziałem się, kim był sprawca owego „cudu”. Po upływie kilku dni zostałem zapytany przez młodego lekarza, który kwaterował w pobliżu, jak smakował mi podrzucony przez niego chleb. Naturalnie podziękowałem mu za to bardzo serdecznie.

6.

W czerwcu 1945 roku zostałem zwolniony z naszego obozowego szpitala. Oznaczało to mniej więcej tyle, że nie byłem na tyle zdolny do pracy, by wysłać mnie do obozu w głąb ZSRR. Wraz z jednym, nieco starszym Ślązakiem, wybraliśmy się w podróż powrotną ku rodzinnym stronom.

Najpierw udaliśmy się wagonem węglowym do Wiednia, gdzie z kolei przesiadaliśmy się do normalnego już pociągu, zmierzającego przez Czechy w kierunku Górnego Śląska. Krótko po nas wsiadł do tego samego wagonu oficer Armii Czerwonej. Ponieważ wciąż miałem na sobie mundur Wehrmachtu, zatrzymał się przy nas, żądając, abyśmy się wylegitymowali. Uczyniliśmy to, po czym on zupełnie nieoczekiwanie przysiadł się do nas.

Powiedział nam, że od tej chwili odbywamy podróż pod jego „opieką” i tak mamy mówić ewentualnym nowym „kontrolerom”. Dopiero nieco później przekonaliśmy się, dlaczego było to takie ważne. Mianowicie na jednej z mijanych przez nas kolejno stacji, wtargnęło do naszego wagonu dwóch uzbrojonych radzieckich żołnierzy. Już zmierzali w naszym kierunku – lecz gdy tylko ujrzeli siedzącego obok nas wyższego od nich rangą oficera, zasalutowali jedynie i poszli dalej. Potem dowiedzieliśmy się od niego, iż był to patrol z transportu, wiozącego jeńców niemieckich do ZSRR, szukający „Ersatzu”, czyli zastępstwa. Polegało to na tym, że w przypadku, gdyby którykolwiek z jeńców miał umrzeć po drodze, czy po prostu uciec, patrol miał za zadanie natychmiast uzupełnić stan – tak, aby odstawić dokładnie taką samą liczbę jeńców, jaką mu pod nadzór przekazano. Gdybyśmy zatem jechali sami, to stamtąd już nie na Śląsk, a na Syberię.

Dojechaliśmy wraz z naszym radzieckim oficerem aż do Moravskiej Ostravy, gdzie przeniósł się on na noc do dworcowego hotelu, a nam polecił pozostać w przedziale do rana. Przy okazji poprosił o przypilnowanie jego dość sporego bagażu. Nad ranem odebrał go i odjechał w swoją stronę innym już pociągiem. Z rozmowy z nim dowiedzieliśmy się, że przed wojną, w cywilu, był na Syberii przewodniczącym kołchozu. Po dziś dzień pamiętam, iż po rosyjsku brzmiało to: „priedsjedatiel kołchoza”. Był to kolejny na mej drodze człowiek przez wielkie „C”, któremu mogłem wtedy zawdzięczać, że wróciłem do swoich. Dzięki mu za to!

7.

W Ostravé musieliśmy przesiąść się do pociągu, zmierzającego ku Polsce, a konkretnie do Czechowic-Dziedzic. Wraz z moim towarzyszem podróży udaliśmy się zatem na odpowiedni peron, gdzie nieomal zginęlibyśmy pod kołami pociągu. Na peronie, mianowicie, zgromadzonych było wielu ludzi, a wśród nich paru krzykliwych, nacjonalistycznych podżegaczy. Zaczęli na nas napierać, najpierw atakując słownie, następnie spychając nas w kierunku toru kolejowego, na który lada chwila miał wjechać pociąg. Sytuacja przedstawiała się naprawdę groźnie, gdyż staliśmy już w odległości bliższej niż metr od niżej położonego toru. I w tym właśnie momencie nadszedł z zupełnie niespodziewanej strony ratunek.

Rosła kobieta, przyzwoicie ubrana, z komunistycznym znaczkiem sierpa i młota w klapie marynarki, zbliżyła się do napierającej na nas grupy i poczęła głośno nawoływać do opamiętania się. Podżegacze rozeszli się, a ona pozostała przy nas, milcząc, aż do momentu, gdy wsiedliśmy do pociągu, który nadjechał chwilę po jej interwencji.

Przypuszczam, iż musiała być tam znaną postacią, gdyż stojący na peronie odnosili się do niej z respektem, a podżegacze, zamierzający zepchnąć nas pod pociąg, rozeszli się. Krótko jej podziękowaliśmy i wsiedliśmy szybko do pociągu, szczęśliwi i wdzięczni za to, że nas uratowała.

8.

Przejazd do Czechowic-Dziedzic nie trwał długo, lecz niestety właśnie tam nasza radość z przybycia do kraju szybko znalazła swój kres, gdy prosto z dworca przewieziono nas do miejscowego obozu. Umieszczano w nim byłych żołnierzy Wehrmachtu, miejscowych Niemców oraz Ślązaków, których za takich uważano. Nie pomogło mi nawet świadectwo ze szkoły podstawowej w Rusinowicach, jakie zabrałem ze sobą na wojenną tułaczkę. Znów, wraz z kolegą, znalazłem się za drutami, za drugą stroną drutu kolczastego. Tym razem – polskiego.

Jednakże i tam napotkałem dobrą duszę, która ofiarowała mi swą pomoc. Otóż pewna młoda dziewczyna miała w zwyczaju przyganiać pod obóz dwie krówki, wypasając je między polami. Odważyłem się zagadnąć ją poprzez drut kolczasty, czy nie byłaby w stanie wysłać listu do mej rodziny, która niczego o moim pobycie tutaj nie wiedziała. Zgodziła się, przynosząc mi nawet kartkę papieru, ołówek i kopertę. Po napisaniu listu przekazałem go jej kolejnego dnia. Dziewczyna, już na swój koszt, ofrankowała i wysłała list. Nie poznałem jej nazwiska, lecz jeszcze raz serdecznie jej dziękuję. Być może, że żyje jeszcze…

9.

List ten szczęśliwie dotarł do mego rodzinnego domu. Resztą zajęli się już mój ojciec, moja młodsza siostra Otylia i nasza przyjaciółka z lat dzieciństwa, córka naszych sąsiadów Gojowczyków – Róża. Ta dopiero parę miesięcy wcześniej wróciła wraz z siostrą Anielą z oświęcimskiego obozu koncentracyjnego. Ich starsza siostra, Gertruda, powróciła z kolei z KL Sachsenhausen. Wszystkie trzy zostały uwięzione za brata, który zdezerterował z Wehrmachtu. Ich rodzice przypłacili to życiem.

Moja siostra Otylia i Róża Gojowczyk przyjechały po kilku dniach do Czechowic-Dziedzic, przywożąc komendzie obozu odpowiednie zaświadczenie z Urzędu Gminy w Rusinowicach. Chodziło o potwierdzenie, iż jestem politycznie „czysty”, to znaczy, że nie należałem do żadnych hitlerowskich organizacji etc. Jednocześnie Róża, jako była więźniarka KL Auschwitz złożyła odpowiednie oświadczenie.

W rezultacie, gdy po kilkunastu dniach przyjechała do komendy obozu odpowiednia komisja z Katowic, która miała zadecydować o dalszych losach wszystkich tam więzionych – mnie oraz kilku innych – zwolniła.

Jeszcze raz, niniejszym, bardzo dziękuję mej siostrzyczce i już nie żyjącej Róży Gojowczyk, po mężu Dryjańskiej.

10.

Podsumowując to bogate w różne niebezpieczne przeżycia pierwsze półrocze 1945 roku, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, iż przeżyłem je szczęśliwie tylko dzięki dobrym, chętnym do pomocy ludziom. Pochodzili z różnych krajów, władali różnymi językami, lecz jedno mieli wspólne – dobre serca. I o tym, Czytelniku, pamiętaj – wśród wszystkich ludów, narodów świata, tacy się trafiają. Warto ich naśladować!

Henryk F. Sporoń

Pierwodruk w Montes Tarnovicensis, IX. 2010

Na zdjęciu: autor w Lublińcu, 23. lipca 2013 roku

Od redakcji: Henryk F. Sporoń ur. się w Świerklańcu 7.08.1926 r. Historyk i geograf (studia: Warszawa i Kraków, podyplomowe na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach). Przez długie lata nauczyciel w szkołach Śląska i Niemiec, gdzie wyjechał (bez prawa powrotu) po zwolnieniu z internowania w czasie stanu wojennego (1983 r.). Drukował w prasie polskiej i emigracyjnej, m.in. na łamach paryskiej „Kultury”, „Ulicy Wszystkich Świętych”, Kwartalnika Elbląskiego „TygiEL”, „Gwarka” czy „Montes Tarnovicesis”. Wydał też kilka publikacji książkowych: „Z rodzinnych stron i emigracji”, „W poszukiwaniu historycznej prawdy”, „Wspomnienia z ośrodków internowania…” i „Józef Mackiewicz – pisarz objęty klątwą…”. Jako wybitny regionalista – uhonorowany w roku 2006 przez radnych Tarnowskich Gór nagrodą „Srebrnego Skrzydła”.

 

 

 

 

What Next?

Related Articles

One Response to "Odyseja znad Dunaju, czyli komu zawdzięczam szczęśliwy powrót z wojny w rodzinne strony"

  1. Piotr napisał(a):

    Bardzo fajnie się czyta. Ciekawy tekst

Leave a Reply

Submit Comment

*