sobota 20 Lipiec, 2019
Headline

Zbrodnia i kara

Dokument Tylko nie mów nikomu Tomasza Sekielskiego realizuje zasadę, zawartą w porzekadle „Uderz z stół, a nożyce się odezwą”. Autor na pewno osiągnął zamierzony cel – grając na bardzo mocnej nucie. Po pierwsze pokazał tragedię ludzi, skrzywdzonych jako dzieci przez księży, przez kapłanów. Tak naprawdę pokazał koszmar dzieci z perspektywy osób już dorosłych, jednak ciągle obarczonych przerażającą traumą. Konfrontacja ofiar z oprawcami robi piorunujące wrażenie. Jak wiadomo problem pedofilii jest stary jak świat – podobnie jak innych  ludzkich słabości, występków, grzechów – i dotyczy wszystkich grup społecznych czy  zawodowych; niemniej w środowisku kleru budzi on szczególne emocje. Zderzenie tej mrocznej perwersji z przesłaniem nauki Jezusa, z ideą chrześcijaństwa jest szczególnie porażające – bo przecież: „Co uczyniliście najmniejszemu z was, mnie to uczyniliście”. Kontrast relacji świadków wykorzystania, gwałtu i przemocy seksualnej  z obrządkiem liturgicznym, z odprawianiem sakramentów jest dojmujący, budzi – po prostu, po ludzku – potworny gniew i sprzeciw. Poniżenie i wstyd stają się udziałem widza, ale też w szczególny sposób osoby wierzącej.

Rodzi się pytanie o istotę sakramentu spowiedzi, gdzie kapłan winien być mistycznym narzędziem łączności pomiędzy wiernym a Bogiem. Kimś, komu opowiadamy o swoich najbardziej intymnych sekretach i słabościach. A co, jeżeli ten „szczególny człowiek” ze względu na swoje powołanie, na swoją pozycję, właśnie pół godziny przed założeniem sutanny i zajęciem miejsca w konfesjonale skończył uprawiać seks z siedmioletnią dziewczynką, podstępnie zwabioną i zmanipulowaną? Szczerze powiem, że była to zawsze dla mnie kwestia dalece problematyczna – jeśli chodzi o doktrynę Kościoła Rzymskiego, aby pomiędzy mną a Bogiem stał ułomny człowiek i oceniał moje winy. Zwłaszcza, jeżeli jest to przestępca z punktu widzenia prawa świeckiego i ciężki grzesznik w ujęciu teologicznym. Taki człowiek nie tylko skrzywdził i oszukał wykorzystane dziecko, ale również setki a raczej tysiące osób, którym udzielał sakramentów, które pouczał i nauczał. Hierarchowie próbują  relatywizować problem, mówiąc o ludzkich słabościach, o skutkach grzechu pierworodnego. Tak to nie działa. Tak tego nie można bronić. Jeżeli kapłani pouczają wiernych o tym, że trzeba się uderzyć w pierś i powiedzieć: Mea culpa, to tym  bardziej oni, jako „pasterze” dający przykład, winni to uczynić. To ich wina, że jako hierarchowie wyciszali skalę zjawiska, że jako poszczególni księża odwracali głowę od tragedii dzieci. Z filmu Sekielskiego jasno wynika, iż sama hierarchia również złamała prawo, matacząc i zacierając ślady przestępstwa. Nie mówiąc już o kwestiach zwykłej empatii.

To, że film powstał, to bardzo dobrze. Był potrzebny. Jest przestępstwo, a właściwe mroczny proceder, trwający całymi dekadami, są ofiary i bezkarni sprawcy – relatywizujący na domiar złego swoje występki. Są wreszcie butni, aroganccy księża  oraz bezduszna instytucja – zamiatająca problem pod dywan. Pytanie – kto tu jest bardziej obrzydliwy: chory, zboczony człowiek czy cyniczni hierarchowie, tuszujący sprawę? Jeżeli na skutek molestowania – dręczenia psychicznego, młody człowiek, nastolatek odbiera sobie życie, nie jest to już „tylko” kwestia wykorzystania seksualnego. Na to są inne paragrafy. I o ile rozumiem, że prawnie ani finansowo instytucja KK nie może odpowiadać za postępek pojedynczego księdza, o tyle polskie prawo wyraźnie określa, jakie są sankcje w przypadku zacierania śladów przestępstwa. Ma to też swoje konsekwencje w powództwie cywilnym. Jeżeli ja (niżej podpisany), spowoduję wypadek samochodowy (odpukać!), ze swojej winy, w którym ktoś  poniesie uszczerbek na zdrowiu, to nawet jeżeli poszkodowany  nie wniesie przeciwko mnie żadnych roszczeń, to i tak zostanę skazany na karę więzienia. Jakim zatem cudem hierarchia kościelna „załatwiała” sprawy gwałtu na dzieciach w obrębie samej struktury Kościoła instytucjonalnego, nie informując o tym organów ścigania, prokuratury? Przyznam szczerze – nie pojmuję. Jeżeli hipotetycznie ksiądz dokona napadu na bank, to również jego sprawę rozpatruje tylko episkopat czy kuria?

W czasie oglądania filmu pojawiło się też parę innych refleksji. Czy aby data premiery jest do końca przypadkowa, czy intencje autorów nie wykraczają poza poruszany temat? Na ile różnie będą patrzeć na ten sam problem ludzie wierzący, katolicy, ogólnie chrześcijanie – w stosunku do ateistów czy ludzi wręcz wrogo nastawionych wobec Kościoła, a szerzej wiary. Czy ktoś poczuje radość, że oto Sekielski dowalił klerowi, że to kolejny przyczółek walki z Kościołem – uosobieniem ciemnoty i hipokryzji?  Nie chcę absolutnie zarzucać autorom filmu tezy – co wyraźnie podkreślam. Zastanawia mnie tylko ta kwestia: jak wielu ludzi potraktuje Tylko nie mów nikomu jako publicystyczny epilog  do Kleru Smarzowskiego, u jak wielu osób pojawi się swoista satysfakcja, górująca tak naprawdę nad współczuciem dla ofiar jak i przestępców – bo przecież w ujęciu eschatologicznym, w perspektywie zabawienia i potępienia, to położenie sprawcy jest nieporównywalnie gorsze. I bez względu czy uznamy tych ludzi za zboczeńców, osoby chore czy wręcz opętane, one również znajdą się wcześniej czy później – zgodnie z paradygmatem Dostojewskiego – na wadze własnego sumienia. I tu chyba kryje się najistotniejsza różnica pomiędzy ludźmi autentycznie wierzącymi a osobami wypierającymi, odrzucającymi  perspektywę teologiczną. Bardzo często zastanawiam się nad istotą zła, a takie filmy tylko podsycają intensywność rozważań. Przecież pedofilia w obrębie kleru katolickiego jest  tylko  małym wycinkiem tego zjawiska, a ogólnie zła, które dotyka dzieci w Tym Świecie. Pytanie tylko, czy myliśmy o złu w kategoriach społecznych, moralnych, czy nurtuje nas metafizyka mroku.

Jedno jest pewne, jeżeli KK ma przetrwać, musi się gruntownie zreformować i oczyścić. I nie chodzi tu o kwestię dostosowania się do „norm Tego Świata”, o pogodzenie się z libertyńskim duchem. Mówią też o tym statystyki: obecnie w polskich seminariach jest ok 3. tys. kleryków, niecałe dwadzieścia lat temu  było to 8 tys. Jest też dla mnie  pewne, że w minionych dekadach „jakość” powołań była niska. O „pójściu na księdza” decydowała często wywindowana społecznie pozycja kleru, jak i prozaiczne kwestie materialne. Szli szukać szczęścia przy Bogu chłopcy ze wsi – bo dobrze mieć księdza w rodzinie. Nierzadko seminaria stawały się schronieniem dla mizoginów i ukrytych homoseksualistów. Film utwierdził mnie w przekonaniu, iż zdrowy celibat możliwy jest tylko w oparciu o prawdziwą świętość oraz dar łaski. W przeciwnym razie zawsze będzie wyparciem i stłumieniem, rodzącymi perwersję oraz patologię. Celibat powinien być wyborem, wyborem pomiędzy możliwością kapłaństwa z życiem rodzinnym a kapłaństwem bez małżeństwa i dzieci. U zarania chrześcijaństwa – w jego początkach oraz późniejszych wiekach – problem ten nie istniał. Wystarczy posłuchać, co mówił Apostoł Paweł (1Tm 3:2): „Biskup więc powinien być nienaganny, mąż jednej żony, trzeźwy, rozsądny, przyzwoity, gościnny, sposobny do nauczania”, Jan Paweł II podawał argument za bezwarunkowym celibatem, iż kapłan w całości powinien poświęcić się Bogu. Jest to jednak myślenie życzeniowe, oderwane od rzeczywistości, od realiów, od kontekstu historycznego. Doba ma 24 godziny i tylko ludzie naprawdę święci, w jakiś sposób wybrani, są w stanie poświęcić każdą sekundę tego czasu na kontemplację, na łączność z Bogiem. W wielu przypadkach będą to historie mężczyzn, nie radzących sobie z własną seksualnością, z brakiem bliskości, rodzinnego ciepła. Oczywiście nie musi się to wiązać od razu z dewiacjami seksualnymi czy pedofilią. Niemniej człowiek, zmagający się z brakiem, sfrustrowany, często sięga po alkohol czy inne rozrywki, lub ucieka w kolekcjonerstwo materialnego zbytku. Stąd księża „biznesmeni”, kupujący sobie luksusowe samochody czy  posiadający nad wyraz kosztowne hobby – „po godzinach”. Nie mówiąc już o posiadaniu kochanek czy korzystaniu z usług prostytutek. W normalnych warunkach, mężczyzna zakładający rodzinę musi zarobić na jej utrzymanie i poświęcić jej czas.

Problem polskiego kleru polega na tym, iż w wielu  istotnych  kwestiach jest całkowicie oderwany od realiów życia społecznego. Część księży  znajduje ujście dla wolnego czasu faktycznie w działalności stricte duszpasterskiej czy ogólnie – społecznej, ale dla wielu oznacza to przestrzeń dla wielu pokus, a nierzadko dla lenistwa. Nie na darmo w regułach wszelkich zakonów (nie tylko katolickich czy chrześcijańskich), ciężka praca, ubóstwo, żelazna dyscyplina oraz ścisła asceza były sposobami na przeciwdziałanie słabościom ludzkiej natury. Św. Franciszek z Asyżu twierdził, że folgowanie w jednej słabości otwiera drzwi dla innych grzechów. No cóż, po powrocie na plebanię luksusowym samochodem, gdzie czeka pani gosposia z tłustym rosołem i schabowym… a potem lampka koniaczku, rodzą się w głowie następne potrzeby, następne pokusy i namiętności. Zwłaszcza, gdy zamiast modlitwy ogląda się mecz piłki nożnej, taniec z gwiazdami czy głupoty na YTie. Nie zgadzam się więc z tezą Jana Pawła II, że ten sam kapłan, wracając po mszy na plebanię, gdyby miał przeczytać swoim dzieciom bajki na dobranoc a potem posprzątać – własnymi rękami! – kuchnię czy ustalić z żoną harmonogram obowiązków domowych  na następny tydzień, zaniedbywałby z założenia swój kontakt z Bogiem. Wręcz przeciwnie – bo rodzina i dzieci są darem, są wyzwaniem dla naszego ego.

Jakub Pańków

What Next?

Related Articles

Leave a Reply

Submit Comment

*