niedziela 08 Grudzień, 2019
Headline

Przez żołądek do zdrowego myślenia (2)

 Zamiast tłuszczów roślinnych czy zwierzęcych, połykamy dziwne, chemiczne substancje, powodujące stopniowe niszczenie naszych narządów wewnętrznych (oddziały chorób wewnętrznych szpitali w Polsce przepełnione są młodymi ludźmi z dolegliwościami, uważanymi kiedyś za tak zwane choroby, dotykające ludzi w starszym wieku – to już w tej chwili norma).  Po co więc komu potrzebne wykłady o zdrowym żywieniu, kiedy już na samym początku drogi łamiemy prawo, ustanowione przez naturę (niczego nam nie da najzdrowsza dieta, siłownie, czy bardzo zresztą polecane bieganie, kiedy posiłek jemy w tym czasie, gdy nasz proces trawienny działa ze zrozumiałych względów mało efektywnie).

Stres to od lat nieodłączny towarzysz naszego życia i kolejny gwóźdź do trumny, powodujący – mimo naszych wysiłków – tycie i postępującą nadwagę, a nieco później dolegliwości – na początku żołądka i wątroby, bo te narządy szczególnie źle znoszą wszelkiego rodzaju napięcia nerwowe.

Źle funkcjonująca wątroba – narząd wewnętrzny, który można nazwać kombinatem chemicznym, oczyszczającym nasz organizm z toksyn, to w efekcie naszego zaniedbania, wygodnictwa a także wspomnianego stresu i niekończącego się galopu, bardzo szybkie trucie organizmu. W efekcie czeka nas trudne leczenie, wymagające zarówno od lekarzy jak i samego pacjenta ogromnego poświęcenia i niestety ostra, bardzo uciążliwa dieta, jakiej trzeba przestrzegać do końca życia.

Widzimy więc, że powrót do normalności – mając na uwadze nasze zdrowe odżywianie – już na samym początku wydaje się być niemożliwy do zrealizowania. Nie jest też możliwe, abyśmy mogli powrócić do dawnych zwyczajów. Nie stać nas na odrzucenie uwielbianych przez wszystkich szybkich dań, sporządzanych naprędce i powrotu do babcinych przepisów a także dawnych receptur sprzed kilkudziesięciu lat, a to niestety podstawa – abyśmy zdrowi byli…

Każdy dzień tygodnia był ongiś na Górnym Śląsku kolejnym dniem, który różnił się jadłospisem od dnia poprzedniego. W poniedziałek jadło się to, co pozostawało z niedzielnego obiadu. Rozwiązanie bardzo sensowne, bowiem nie do pomyślenia było, by coś się zmarnować mogło. Potrawy mięsne, które się obstały z poprzedniego dnia, podawane były męskiej części rodziny, a więc tym, którzy ciężko pracowali, dalej osobą uprzywilejowaną był staroszek, starka i matka  – na końcu dzieci, którym i tak dostawało się najwięcej, bo dziadek oddał kawałek, taki sam oddała babka i z tego to powodu krzywda się bajtlom nie działa z pewnością (ani psycholog, ani dietetyk nie był potrzebny. Kobieta śląska spełniała to zadanie najlepiej)…

Wtorek, środa, czwartek to ulubiony w śląskich rodzinach eintopf, albo inaczej, breweryjo w garcu, (potrawa jednogarnkowa, często używano na Górnym Śląsku jej niemieckiej nazwy), a więc fandzole (fasolowa, grochowa, żur, rzadziej pomidorowa – zupy te podawano z wkładką mięsną, był to boczek wędzony, kiełbasa, szpyrki (skwarki). Gospodyni zaczynała rozdzielanie porcji od tego, co przynosił do domu piniondze, penidze (pieniądze) i temu dostawał się największy kęs wosztu, a dalej już, jak napisane było w gospodarskim, śląskim prawie familijnym.

Często jadało się karminadle – kotlety mielone, w bardzo tłustym sosie. Bywało, że w tych dniach pojawiały się uwielbiane na Śląsku szpargle (szparagi na maśle z kartoflami), często na śląskim stole pojawiał się także szałot z kartofli, było to danie często podawane podczas wszelkiego rodzaju świąt i rodzinnych uroczystości. Mógł być serwowany z majonezem, który gospodyni przyrządzała sama, bądź bez tego dodatku, a wtedy dodawano niekiedy kawałki słonego śledzia. Często jadano wodzionkę, inaczej zupę chlebową. Kiedy do chałupy zajrzała bieda, a często tak się działo, drobiono chleb, zalewano wrzątkiem z dodatkiem fetu – smalcu lub łoju, doprawiało się  czosnkiem, solą do smaku i smaczna zupa gotowa. Tradycja ta nie przeminęła i jeszcze dziś można poczuć specyficzny zapach tej zalewajki w naszych domach.

Piątek – dzień postny, więc na stole pojawiała się często kiszka – zsiadłe mleko, kartofle, bądź maślonka, w której pływało masło, wielkości połowy naparstka maminego przybornika do robótek ręcznych. Bywało nierzadko, że obok kartofli na talerzu znalazł się zec aj, czyli sadzone jajko lub wspomniane wcześniej szparagi. Do piątkowych tradycyjnych obiadów zaliczyć także trzeba pachnące placki ziemniaczane, których zapach  zwalał z nóg od wczesnych godzin południowych, kiedy to mama rozpoczynała ich pieczenie. Bywało, iż domownicy raczyli się buchtami na parze, które polewano czasami śmietonkom i posypywano cukrem. Widać, że wszystko na Śląsku kipiało od tłuszczu i białka, grubasów u nas raczej było niewielu, a ci na ogół kojarzeni byli z wyjątkowym upodobaniem do złotego wysokokalorycznego napoju…

Tydzień ma się ku końcowi, jesteśmy przy piątku a już teraz dietetyk łapie się za głowę, cóż to za herezje. Tenże jadłospis, to nic innego jak wysokokaloryczna bomba z opóźnionym zapłonem. Tak widzimy to teraz, lecz jeszcze 50 lat temu tak się tu żyło i dobrześmy się mieli… (Cdn.)

 

Tadeusz Puchałka

What Next?

Related Articles

One Response to "Przez żołądek do zdrowego myślenia (2)"

  1. lady_pi napisał(a):

    ciekawy tekst. Już od dawna zauważam wpływ diety na samopodzucie psychiczne ale faktyczne stosowanie się do niektórych zasad zdrowego odżywiana pokazało mi jak dobrze mogę sie czuć. Ja jeszcze dołożyłanym do tegp rytuał picia ziół. Pije je wręcz nałogowo. Dużą ofertę na herbapol lublin i w sumie piję tylko z tej firmy różne herbatki wymiennie.

Leave a Reply

Submit Comment

*