piątek 21 lutego, 2020
Headline

Zwierzęta małe i duże…

By nie zanudzać państwa tematami trudnymi, przykrymi a często pokazującymi, że my – jako naród – mamy więcej za uszami aniżeli nam się wydaje, postanowiłem dziś opisać kilka metafizycznych historii, które spotkały mnie na przełomie pracy u pewnego „Janusza biznesu”, bowiem jako człowiek spoza układu i wszelkich kast, jak większość Polaków wykonuję pracę taką, jaka jest dla ogółu, a nie dla wybranych. Nadmienić trzeba, iż moje zaszeregowanie w tym przybytku stało – człowiek od wszystkiego za jedną niezbyt wygórowaną stawkę, a zarazem, jak się później okazało – człowiek od niczego.

Same warunki pracy w tym produkcyjnym „czymś” były dosyć specyficzne, przynajmniej dla mnie, bo większość mojego czasu pracy spędzałem na dworze a w sezonie zimowym oprócz pracy na zadymionym smogiem placu (okoliczni mieszkańcy palili chińskim węglem z dodatkiem plastiku, wszędzie unosił się smród i żółty dym), miałem do dyspozycji ex-świniarnię dawnego GS-u, przerobioną w dobie transformacji ustrojowej na budynek produkcyjny, ocieplony styropianem, gdzie stał piec na węgiel wiadomego gatunku, który ciągle się zatykał, toteż praca tam groziła śmiercią od zatrucia czadem. Kto by się jednak takimi detalami przejmował: produkcja musiała iść! Przy pracach ogrodniczych do dyspozycji była zepsuta piła, zepsute kosiarki, brak jakichkolwiek sprawnych narzędzi a do transportu wewnętrznego na placu służył mi wózek widłowy, oczywiście zepsuty (nie działały w nim hamulce a na panelu świeciły się, jak na choince, kody błędów). Zimą odśnieżałem plac, mając do dyspozycji zepsutą hydrauliczną nakładkę do wózka widłowego z lemieszem, niedziałającą maszynę odśnieżającą a sam wózek bez kabiny, w wersji cabrio, stał na łysych, popękanych oponach… Jednak nie o pracy będzie ta opowieść, a o pewnych zdarzeniach, dotyczących zwierząt. Zakład nie produkował niczego ze zwierzyny, również dzika zwierzyna nie podchodziła z pól zbyt blisko, może czasem bażanty, bytujące w krzakach urządzały o poranku swe wrzaski…

Mniej więcej rok temu początek stycznia nie wyglądał jak dziś, gdzie na trawnikach, widzimy jeszcze zieloną trawę a dni przypominają raczej te wczesnowiosenne, nie zaś srogo styczniowe. Po załadunku bieżącej produkcji zmarznięty jechałem widlakiem, gdzieś się schować, by się chwilę ogrzać. Nagle spod sterty desek i rozmaitego żelastwa, zalegającego na placu, wybiegła brudna, ufajdana błotem kulka. W pierwszej chwili nie wiadomo było, czy to jakieś dzikie zwierzę, czy może jakiś zagubione zwierzę domowe. Wiadomo było, że robi dużo wrzasku i porusza się, jakby właśnie dostało nową baterię. Po szybkim przyjrzeniu się okazało się, że to pies, niezbyt młody, bo zęby w pyszczku wystawały mu szeregowo, wesołe oczy zdradzały, iż ma się ku życiu i szukając, odnalazł w końcu pomoc. Pies ten przyszedł polami, więc był zziębnięty przemoczony i niesamowicie przestraszony, trzęsąc się jak w febrze. Co ciekawe, był bezdomny, rodowodowy yorkshire terrier. Postanowiłem psinie pomóc i angażując również nowobogackich właścicieli i pracowników udało nam się zorganizować trochę jedzenia dla zwierzaka, możliwość zostawienia go w świniarni na noc i pomoc w postaci ogłoszenia w Internecie, czy komuś to małe cudo nie zginęło. Jeden z pracowników o miękkim sercu zadeklarował się nawet, że zabierze go na stałe do domu, bo miał już psinę tej rasy, więc suczka by miała podstarzałego adoratora. Okazało się jednak inaczej i historia z małym hałaśliwym pieskiem skończyła się happy endem. Znaleźli się właściciele i jakieś małe dziecko, które za tym pieskiem wyglądało a sam piesek po prostu uciekł od pobliskiego wystrzału i gnał tak długo, że się zgubił.

Pewnego razu, zimowym czasem, kiedy opatulony jak radziecki czerwonoarmista krzątałem się na placu, podjechała ekipa, która zabierała z firmy kartony i folię. Było to dwóch zaprawionych w zimowych bojach typowych przedstawicieli klasy pracującej. Jeździli busem, który nadawał się na zezłomowanie, a w ustach tkwił zawadiacko ukraiński papieros bez banderoli akcyzowej, zaciągając oddechem wieczornej libacji, która być może zbyt długo się przeciągnęła. Samochód wtoczył się na plac, opuszczono do połowy rampę a ja zająłem się wózkiem widłowym, służącym w tym przypadku do dostarczania popakowanych, zbiorczych kartonów. Nagle jeden z nich się rozerwał a ze środka, miast pojedynczych sprasowanych tafli papieru, wypadł szczur. Duży, dorodny, prawie czarny, gęsto owłosiony, sztywny jak kij od miotły z wywalonym z pyszczka językiem. Wszyscy byli mocno zaskoczeni, bowiem nikt nie spodziewał się takiej atrakcji i takiego polnego cudaka. Jednak po chwili jeden z robotników postanowił dla zabawy kopnąć szczura i cisnąć jego truchłem w krzaki. Zamachnął się nogą, opatuloną walonkami a szczur nagle zmartwychwstał, wielkim susem zniknął gdzieś pomiędzy skrzynkami, beczkami innymi pierdołami, zalegającymi plac i tyle go widziano. Zachowanie sprytnego szczura jako żywo pokazuje, że sztuką przeżycia jest, ile inwencji i zapału włożymy w cel nadrzędny, jakim jest trzymanie się kurczowo życia oraz jak to było w tym przypadku – również sposób, w jaki sposób potrafimy kogoś zaskoczyć…

Zima miała się ku końcowi. Gdzieniegdzie, zalegał śnieg, zmrożona szadź, mróz zelżał a w powietrzu już było czuć zmieniające się pory roku. Zima zapewniła wytchnienie kilku stopni na plusie. Podjechał szef senior, swym niewyróżniającym się z tłumu salonowym autem 4 × 4. Spostrzegłem, że zmierza w moim kierunku, niosąc coś w ręku. Nie spodziewałem się żadnej atrakcji w formie gorącej strawy ani nagłego niespodziewanego prezentu od serca. Gdy podszedł bliżej, zobaczyłem, iż w białym zawiniątku leży jakieś zwierzę. Przejęty szef zakomunikował mi, że właśnie znalazł ulubioną wiewiórkę, która z niewiadomych powodów odeszła do krainy wiecznych łowów. Wziąłem zawiniątko, położyłem i zacząłem się zastanawiać, co z nią, tak smacznie śpiącą stąd do wieczności, dalej zrobić. W międzyczasie pojawił się mój przełożony, nakazując mi wykonanie jakieś bardzo ważnej czynności. Odpowiedziałem zdziwionemu, że aktualnie jestem zajęty pochówkiem. Ten taksował mnie wzrokiem jakbym, był pod wpływem narkotyków albo co najmniej pół litra wódki i to jeszcze w godzinach porannych… Wskazałem na leżące truchło ślicznej, jeszcze ciepłej rudej wiewiórki o sympatycznym pyszczku i maleńkiej krwawej wybroczynie w okolicy oka. Wiewiórce wykopałem mały dołek, wrzuciłem ją do niego i ładnie ją przykryłem ziemią i suchymi liśćmi, tak by jacyś amatorzy padliny nie przystąpili do nagłej konsumpcji. Ku mojemu zdziwieniu niebawem pojawił się szef z zapytaniem, co z nią zrobiłem. Odpowiedziałem mu, że zakopałem i chyba ten sposób będzie najbardziej odpowiedni. Na odchodne dostałem pytanie (mimo iż wiedziałem, że szef należał do nomenklatury komunistycznej i myślę, iż nigdy urlopu nie spędza na pielgrzymkach do Medjugorie czy Santiago de Compostela) – czy nad prowizorycznym grobem wiewiórki się pomodliłem..? Lekarz orzecznik, gdy zobaczył, że moje skierowanie na badania potrzebne do pracy zawiera aż trzy zawody – każdy z innej parafii – zapytał, czy będę otrzymywał za swoją pracę trzy wynagrodzenia? Miałem w tej firmie robić wiele, ale nie przypominam sobie, by w umowie stało cokolwiek o tym, bym ratował zwierzęta, polował na nie i odprawiał ceremonię pogrzebową w chrześcijańskim obrządku!

A jednak – każdy dzień może być niespodzianką i spróbujmy o tym nie zapominać.

Roman Boryczko,

styczeń 2020

Leave a Reply

Submit Comment

*