niedziela 08 Grudzień, 2019
Headline

Zwycięzca krwawą ma rację (3)

Sambor poczuł, że szybuje poprzez mroczny przestwór ponad koronami drzew, ku brzegowi morza. Leciał rozpościerając ramiona i nie czując oporu powietrza. Po drodze spotkał niesioną ku niemu niesłyszalnym wiatrem nagą kobietę o ciele zielonym, wielkiej głowie pokrytej rojowiskiem węży, a palcach, niczym kleszcze raka. Domyślił, że jest to śmierć przybywająca do jego wioski na ludzkie żniwo. W jednej chwili wyciągnął ku niej swą zbrojną w dębowy kostur dłoń, a suchy trzask gromu i błękitny zygzak pulsującej energii poraził demona, a zamknąwszy jego postać w czerwonym jaju niszczącej zło mocy spopielił na pył, który posypał się w mrok. Leciał, więc dalej, niesiony nie jego wolą, lecz wielką i dobroczynną siłą…

Dostrzegł wkrótce gromadę mężczyzn w skórzanych opończach, stalowych, zdobionych runami półpancerzach, z mieczami przy bokach i rogatych hełmach na głowach, pożerających pieczone mięsiwo przy ogniskach. Zawisł nad nimi. Po chwili zobaczył, jak mrowie głów podnosi się ku górze, a wybałuszywszy oczy i rozdziawiwszy gęby pewni swego najeźdźcy zamieniają się naraz w trwożną gromadę chłopów, chroniących się przed burzą pod drzewem na miedzy. Spojrzał uważnie wokół i zobaczył wyciągnięty na piasek wybrzeża ciemny okręt ze smoczym dziobem i czerwonym żaglem. Wyciągnął rękę zakończoną gromowładną dębiną i poczuł, jak potężny, bezgłośny wiatr wystrzela z jego kostura ku wrażej nawie. Tęczowa błyskawica ugodziła w maszt okrętu, który buchnął w czarne niebo jęzorem ognia. To było dzieło zniszczenia obcego żywiołu, aby żywioł macierzysty uniknął burzy losu i zaznał świętego spokoju…

Nieopisana panika wybuchła wśród ucztujących przed nocnym mordem wojowników. Gromadami pędzili ku pozostałym, nie dotkniętym straszliwym gniewem ognia okrętom. W mgnieniu oka cała wataha jęła spychać na wodę okręty i drapać się na pokłady. Za chwilę chaotyczny ruch wioseł zaczął spychać drewniane wrzeciona w mrok morskiego bezkresu. Zło ze startym łbem oddalało się w panice. Sambor patrzył z radością, jak zło, jeszcze przed chwilą potężne, a teraz pokonane, wpełza do swej czarnej nory. Zaczął się głośno śmiać. Śmiech napełnił mroczne niebo poszumem wiatru. Popłynął na fali wiatru w kierunku ciepła swego serca…

Otworzył oczy. Ida siedziała na posłaniu i płakała dziwnym, radosnym płaczem. Chłopczyk skakał na żubrzej skórze i klaskał w rączki. Żółte, kudłate psisko lizało mu dłoń z cichym, serdecznym skowytem. Sambor podniósł z ziemi dzban z wodą i zbliżył do ust. Pił długo i spokojnie. Czuł jak gaśnie w nim święty ogień. Odstawił dzban i rzekł do Idy:

– Jesteś zdrowa, a nasza wioska nie zazna ognia i przelanej krwi. Pan naszych pól, lasów i łąk, naszych domostw i serc, Pan Mocy Natury dał mi moc, abym was ocalił. Pan dał siłę swemu ludowi. Pan dał swemu ludowi błogosławieństwo pokoju…

Minęły trzy lata, w czasie których wyznaczony przez starszego wioski na zaklinacza pogody i uzdrowiciela Sambor żył w szczęściu, otoczony miłością ludzką. Ida przy jego boku rozkwitła, jak dorodna jabłoń. Synek ich, Gdanko, wyrósł na dzielnego malca, znawcę ziół leczniczych i przyjaciela ptasiego rodu. Lecz zło, jak hydra niejedną ma głowę. Teraz przybrane w szkarłat cierpienia, lecz z jadem w sercu i pychą na czole, zło przykryte bałamutną szatą świętości i zbawienia, wyzwoliciela od grzechu i pogańskich zabobonów, rozpełzło się po nadmorskiej krainie. Niczym koń trojański wtaczało się do ludzkich umysłów. Niczym jadowity chwast zagłuszało zieloną grzędę starej, ojcowskiej, z ziemi i powietrza, z grzybowej duszy i zaśpiewu odwiecznych pieśni, wyrosłą wiarę…

Przybyły z drużyną książęcych wojów czeski biskup Adalbert gasił płomień starej wiary, wbijał krzyż cierpienia w lesistą ziemię. Cała Samborowa wioska została na walnym zgromadzeniu ochrzczona z wody i wyrzekła się swej niegodziwej wiary. Ogłupiały i bezwolny lud wioskowy obserwował, jak zbrojni ludzie księcia ścinali święte dęby na Wzgórzu Schronienia, a potem głowę Sambora, złego czarownika i diabelskiego sługi. Ziarno śmierci zasiane w ludzkich duszach wzrastało obficie, by wydać plon stukrotny…

Po śmierci Sambora, Ida i Gdanko szykanowani przez dawnych przyjaciół i pobratymców, czyli przez „odnowioną duchowo” społeczność wioski, cierpieli dolę wyklętych i odtrąconych od „zdrowego rdzenia” ludu bożego. Plwociny i kije umilały im samotne życie. Duch boży bowiem, wypełniając serca wyznawców nienawiścią do innowierców, spajał ludzką gromadę chorym spoiwem. Mały duch, to wielkie zło. Ale jakiego teraz ducha mogli być ludzie, którym dawnego ducha wydarto, a na to miejsce zainstalowano strach, poczucie winy i swej znikomości w obliczu wielkiej i hojnej dla pokornych, zaś innowierców nienawidzących wyznawców św. Eclesji, namiestniczki nowego, jedynie słusznego ładu bożego na ziemi…

Pewnego ranka sąsiedzi stwierdzili, że chata żony czarownika stoi pusta. Nie żałowali, bo zaraz znalazł się ktoś potrzebujący, a i prawy wyznawca, aby zasiedlić to wraże domostwo. Lecz pierwej wezwany kapłan, który pobrał za swą fachową usługę kosz jaj i cztery kury, wyegzorcyzmował chatę namiestnika diabła. A Ida wraz z synkiem wywędrowała lasami ku krainie Prusów, gdyż intuicja podpowiadała jej, że nie dotarł tam jeszcze posępny cień krzyża. Towarzyszył im niewidzialny przewodnik, zwany teraz diabłem i powodujący paniczny lęk u wyznawców dobrego Ojca, który skazawszy na śmierć swego syna zwyciężył rozum i miłość. Bo przecież rozum i miłość, to kule u nogi kroczącego ku ziemskiej chwale syndykatu zbrodni, czyli Piotrowej Nawy, popychanej ku brzegom dostatku i sytości ciała przez chciwe łapska żeglarzy w czarnych sukniach i z krzyżem w krwawym herbie. A rzesza wydziedziczonych z mocy synów Natury, ograbionych z życiowej tradycji i odwiecznego oglądu spraw ziemskich, była teraz stadem wołów, drepczących w kieratach napędzających żarna, w których mielono ich rozum, godność i umiłowanie dawnego życia. Wiedzieli tylko jedno: zwycięzca krwawą ma rację. Wiedzieli też, że ta ziemia, ich matka, nigdy już nie będzie ich domem…

*

Wrzeszcz, 17. grudnia 1993 roku

                                       Antoni Kozłowski

What Next?

Related Articles

Leave a Reply

Submit Comment

*