Blamaż na rozstanie z oświatą (3)

Zaraz też doszło do rozmowy z Kasią. I czegoż to z tej rozmowy się dowiedziałem?

Otóż Dobrowolski przybył do „jedynki” na podstawie karnego, podjętego uchwałą Rady Pedagogicznej, przeniesienia z sąsiedniego II LO. Do niesłychanie rzadkich należą takie restrykcje, do których uciekają się rady pelagiczne w przypadku jednostek nie poddających się wychowaniu, aspołecznych, szkodliwych, groźnych dla otoczenia i notorycznie karanych. Znałem nauczycieli I LO, znałem miękkuchne jak wosk serca belferek, niemal z reguły matkujących uczniom i litujących się nawet nad prawdziwymi nicponiami. W czymże ów Dobrowolski zawinił gronu nauczycielskiemu i uczniom „dwójki”, że trzeba było karnie go przenieść do innej szkoły? Nawet nie próbowałem tego dochodzić.

Normalną reakcją zespołu nauczycielskiego, któremu władza szkolna narzuca podobnego obwiesia, jest opór. Najczęściej beznadziejny, bo prawa oświaty, jak i stanowisko władz kuratoryjnych są bezdyskusyjne. Mimo to w „jedynce” odbyła się narada pedagogiczna, podczas której formalnie przejęto w ciągu roku niechcianego gdzie indziej ucznia i podjęto decyzję o wprowadzeniu go do określonej klasy. Gdy zaproponowano delikwenta opiece nauczycielki fizyki, ta – ostro jak na nią – próbowała bronić się przed tym pomysłem. Z wywiadu w II LO (wszak była żoną dyrektora „dwójki”) dobrze wiedziała, jaki kwiatek jej się podrzuca. Niestety, z decyzją tą musiała się pogodzić.

Na osobiste zaznajomienie się z Dobrowolskim nie musiała długo czekać. Już po konferencji podszedł do niej i wytykając jej stanowisko, zajęte na radzie, z flegmą wycedził: „…odpierdol się ode mnie, kurwo jedna!..”. Kasia ledwie oprzytomniała z wrażenia. Ale, naradziwszy się z mężem w domu i głęboko zastanowiwszy, postanowiła potraktować ów incydent, w samej rzeczy nie przynoszący jej zaszczytu, jako niebyły i przejść do porządku dziennego. Zaiste – nie jest mile widziane, gdy wytrawny pedagog-wychowawca uskarża się na to, że ma kłopoty w kontaktach z ludźmi, szczególnie młodymi. Stąd też postanowiła podrzuconego jej gagatka traktować inaczej, tzn. patrzeć na wyczyny Dobrowolskiego przez palce, nie widzieć jego wybryków, tolerować niezdyscyplinowanie oraz zbyt ostentacyjne nieobyczajności (np. w szkolnym, ostentacyjnym migdaleniu się z  Ratajczakówną). Boć przecież tajemnicą poliszynela było to, że za wszelką cenę chciał się dostać do klasy, w której jest jego cizia – stąd i wściekłość na przyszłą wychowawczynię.

Klnę się na wszystkie świętości, że o tych wszystkich sprawach – jako nauczyciel już dochodzący i nie uczęszczający na wszystkie szkolne konferencje – nie miałem żadnego pojęcia.

Ale na takie „uczniowskie” dictum acerbum nie mogłem zareagować inaczej, jak złożeniem rezygnacji z zajęć fakultatywnych. Dyrektor, acz z ubolewaniem, przyjął mój świstek bez słowa. Trzeba było też coś zrobić z pasztetem, który upichcił arogant w klasie, prowadzonej przez Kasię. Kłębiły się motywy, rozdłubywano racje, odezwała się etatowa pani psycholog, odbijało się kwasem zespołowi dyrektorskiemu. Bo przecież jedyne, na co zasłużyło chłopaczysko, było relegowanie ze szkoły w ogóle. Osobiście nie nastawałem na to i niczego nie proponowałem. Oświadczyłem zarazem, że nie muszę także jako nauczyciel o kilku godzinach  kontraktowych brać udziału w radzie, gdy sprawa będzie omawiana. Wziąłem jednak ów udział – i dobrze. Nasłuchałem się racji i o niełatwych dla edukowania i wychowywania czasach, i o powszechnym bankructwie szkoły i o klęsce racjonalizmu, i degrengoladzie wszelkich wartości. Stan ten znałem zbyt dobrze, by na ten temat dyskutować.

Zresztą beniaminkowi owej trzeszczącej rzeczywistości nic się nie stało, bo nic stać się nie mogło. Ale też nasłuchałem się – i to do mdłości – wypowiedzi mędrków, broniących delikwenta. Że to młodzi dziś górą (jakby kiedykolwiek było inaczej), że z ewentualnym relegowaniem krnąbrnisia ze szkoły nie zgodzi się już kurator, że w imię humanizmu każdemu kazicielowi spokoju należy dać jakąś szansę, bo nie wolno człowieka przekreślać. Po burzy w szklance wody ustalono pogrozić mu „palicem”, czyli udzielić upomnienia rady pelagicznej, choć szkolna pani psycholog wychodziła ze skóry, by winowatego nie dotykać aż tak mocno. Tym bardziej, iż ma za sobą również okres bohaterski. Przed kilkoma laty miał zasługę jako autor tajnych ulotek, w których rozprawiał się z elbląskimi mankamentami życia. Wypiął nawet goły tyłek przed pierwszym sekretarzem i był  przesłuchiwany przez esbecję…

W pewnym sensie psychicznie byłem już na radzie nieobecny. Aż zanadto zdawałem sobie sprawę, że jako „powołani” czy lepiej „przyuczeni ongi” do zawodu od dawna nie powinniśmy już się w nim prostytuować i że należy po prostu odejść. Było to oczywiście majaczenie kogoś, nie mającego już niczego do powiedzenia. Zaś tego rodzaju afronty, nieobyczajności, grubiaństwa czy po prostu lekceważenia, dotykały i dotykają dziś jeszcze całe belferstwo, przyzwyczajone do konwencjonalnej obłudy, podzielone i pozbawione energii. (Cdn.)

Ryszard Tomczyk

(Visited 14 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*