Brawo bijemy czy bijemy w dzwony?

Na kontynencie europejskim (i nie tylko) służbie zdrowia, walczącej z koronawirusem, biją brawo. Bez względu jednak na poświęcenie lekarzy, pielęgniarek, ratowników medycznych, laborantów, kierowców karetek etc. – ludzie i tak umierają.

Do Polski Covid-19 trafił prawdopodobnie między styczniem a początkiem marca, choć coraz więcej tropów wskazuje, iż był w Europie obecny już w listopadzie. Potwierdzałoby to hipotezę o tym, iż Chińczycy po kryjomu walczyli w koronawirusem od jesieni a alarm podnieśli dopiero wówczas, gdy utracili kontrolę nad szerzącą się epidemią. Co i tak nie wyjaśnia, skąd SARS-CoV-2 wziął się w Wuhan?

Tak czy inaczej nasze Ministerstwo Zdrowia (jak i jego odpowiedniki w pozostałych krajach UE) miało dostatecznie dużo czasu, aby przy odpowiednim nadzorze ministra Łukasza Szumowskiego przygotować się do ograniczenia rozprzestrzenienia się Covid-19. Okazało się jednak, że w pierwszej, jakże ważnej fazie epidemii szpitale, przychodnie, lekarze – właściwie cała służba zdrowia oraz Sanepid – ani materiałowo ani organizacyjnie nie była przygotowana do poradzenia sobie z sytuacją.

Pamiętajmy: w rok 2020 polska służba zdrowia wchodziła z zadłużeniem 14 miliardów złotych! Państwo stanęło w sytuacji zagrożenia SARS-CoV-2 praktycznie pod ścianą. Za wszystko przecież trzeba płacić, a tu miecz długu nad głową! Zadłużenie szpitali to połowa klęski w czasie ataku koronawirusa. Jest i powód wtóry: prócz dyrektorów placówek, zatrudnionych na pełne etaty, większość lekarzy ze specjalizacjami (rezydentów niemal to nie dotyczy) pracuje na cząstki etatów jednocześnie w kilku różnych miejscach. Inni wyjeżdżają za granicę. Z początkiem marca szpitalnictwo, poza brakiem maseczek, fartuchów ochronnych, rękawic, masek tlenowych etc. – stanęło wobec braku… załóg lekarskich!

Poza tym, jak czytamy na stronie strajk.eu:

https://strajk.eu/ochrona-zdrowia-w-polsce-po-cichu-demontowana-w-ciagu-dwoch-lat-ze-szpitali-zniknelo-20-tys-lozek/

„Przez ostatnie 20 miesięcy poprzedzające epidemię w polskich szpitalach zlikwidowano 357 oddziałów, a ponad 300 zawiesiło swoją działalność.

Wczoraj Ministerstwo Zdrowia przyznało, jaki jest efekt zjawiska exodusu medyków i likwidacji placówek w mniejszych miejscowościach. Na koniec marca 2019 roku w polskich szpitalach było tylko 198 258 łóżek. Tymczasem jeszcze na koniec 2016 roku do dyspozycji pacjentów było 218 250 miejsc. Od 2017 roku, a więc od okresu w którym środowiska pracowników ochrony zdrowia alarmowały o złych warunkach pracy, rozpoczął się zjazd po równi pochyłej. Z końcem 2018 roku liczba łóżek skurczyła się do 214 934, na koniec 2019 r. było ich już tylko 200 260.”

Mówienie tedy, iż rządy PiS-u to rządy socjalne, zakrawa na kpinę. Demontaż służby zdrowia, którego ani pani Szydło ani pan Morawiecki powstrzymać nie chcą/nie potrafią (do wyboru Czytelników) dowodzi czegoś wręcz przeciwnego. Jedynym zresztą z kandydatów na prezydenta, chcącym (przynajmniej programowo) służbą zdrowia się zająć jest Robert Biedroń.

I tu pojawiła się zaskakująco trafna ocena sytuacji przez społeczeństwo – skoro na szpitale, przychodnie i Sanepid nie ma co liczyć (co potwierdził przebieg epidemii) – ludzie pozwolili zamknąć się w domach, poddając się konsekwentnie nie najlżejszym restrykcjom „stanu pandemii”, dziwoląga prawnego, dzięki któremu panowie Morawiecki i Szumowski na pewno przejdą do historii. Bardziej niż „rządziciele” to Polacy świadomi byli, iż nie ma czym i nie ma komu ich leczyć. I właśnie społeczeństwu polskiemu, nie służbie zdrowia, należą się duże brawa!

Po drugie na minimalizację rozprzestrzeniania się koronawirusa wpłynęły brutalność i chamstwo naszej policji, wykazane podczas sprawdzania pobytów na kwarantannie i dyscyplinowania niesfornych obywateli, lekce sobie ważących wydane przez ministra Szumowskiego nakazy. Może to i smutne, ale grzecznego policjanta posłuchałoby niewielu rodaków… Policji jednak nie będę bił braw, bo wciąż nie potrafię nabrać do niej zaufania. Pomimo wykształcenia co najmniej średniego policjantami się steruje, wymagając od nich niekiedy zachowań prymitywnych, wręcz chamskich. Ale taka taktyka w przypadku Covid-19 się sprawdziła. Toteż zasługa policji, straży granicznej, „terytorialsów” i im podobnych – jest ogromna. Bez ich działań skutek bojów z koronawirusem byłby zdecydowanie mniejszy.

Wracając do służby zdrowia, zatrudnionej na podstawie przedziwnych umów – minister Szumowski musiał stworzyć szpitale jednoimienne, gdyż praktycznie nie miał kim zawiadywać! Doszło zresztą do paranoi, kiedy to ok. 120 tysięcy lekarzy w RP opiekowało się hospitalizowanymi z przyczyny zakażenia SARS-CoV-2 pacjentami, których średnia dzienna liczba nie przekraczała raczej 2,5 tysiąca!

Co to też za medycy, skoro lekarze pierwszego kontaktu zamknęli przychodnie, a inni wyłączyli z leczenia całe szpitale. Przestali wykonywać swój zawód, swój obowiązek – przestali leczyć! Setki tysięcy ludzi straciły dostęp do uzyskania pomocy zdrowotnej. Nawet w sytuacjach, wymagających natychmiastowej pomocy, trzeba było niejednokrotnie albo szczęścia albo znajomości. O braku chęci pracowników Sanepidu do wykonywania (i tak totalnie nierzetelnych) testów na obecność koronawirusa pisano w mediach tyle razy, iż kolejny sensu nie ma.

Jak teraz Ministerstwo Zdrowia poradzi sobie z kontraktami, które nie zostały wykonane? Średnia wykonania od początku marca 2020 nie przekracza 40%, a zazwyczaj jest o wiele niższa, czyli realnie od 10-40%.

Kto i z czego pokryje koszty? Dotychczas nie płacono za „nadwykonanie” kontraktów, teraz szykują się wypłaty za usługi niewykonane!

Już strajki lekarzy-rezydentów odnosiły się m.in., do sprawy pracy lekarzy ze specjalizacjami w wiele miejscach jednocześnie. Taki senator Karczewski wyłudził przecież z kasy NFZ 400 tys. złotych za sobotnio-niedzielne dyżury – właściwie za to, że przychodził do szpitala się przespać.

System jest chory. Podobnych panu Karczewskiemu nie brakuje. Można ich liczyć w setki i tysiące. Lekarze nie pracują na pełnych etatach, nie są związani do końca z żadnym miejscem i uczestniczą w konflikcie interesów. Wielopłaszczyznowym zresztą. Między NFZ a poszczególnymi szpitalami, między personelem pielęgniarskim a ekipami lekarskimi, między zarabianiem „państwowym” a „prywatnym”, między rozpoczynanymi przez kolejnych ministrów reformami – nigdy nie ukończonymi – a realiami, gdzie brak pieniędzy i chęci kompromisu.

Szpitalom brak miliardów, a społeczeństwo zostawia złotówki w prywatnych gabinetach, bez czego coraz częściej nie dostanie się w ogóle w zasięg leczenia NFZ, albo otrzyma termin wystarczająco odległy, by pięć razy wcześniej umrzeć.

Jeśli Sejm i Senat RP nie zajmą się serio upadkiem służby zdrowia, odsunąwszy pierwej ze swojego grona ludzi, którym – co prawda – niczego nie udowodniono (a czy ktoś serio chciał to uczynić?), ale za którymi ciągnie się odór pieniędzy, zdobytych nieuczciwie, takich jak panowie Karczewski, Arłukowicz, Grodzki czy obecny minister Szumowski, którego oskarża się o największe przekręty – to dług 14 miliardów wzrośnie lawinowo. I nie znajdą się chętni, by cały ten bałagan raz na zawsze uporządkować. A niebawem zabraknie i lekarzy i niższego personelu medycznego.

W dodatku minister Szumowski podejmuje teraz, wyraźnie pod kątem wyborów prezydenckich, decyzje karkołomne, które mogą zniweczyć to, co już zrobiono w walce z Covid-19.

Oto polscy piłkarze klas wyższych, jako pierwsi w Europie wznowią rozgrywki w obecności kibiców! Co prawda stadiony mają być wypełnione w 25%, ale to jednak tysiące ludzi…

Ciekawy tekst poświęcił tej wyborczej kiełbasie ministra Szumowskiego red. Przemysław Langier. Przytoczę fragmenty:

„Jak to jest, że otwieramy trybuny, gdy zachorowań jest 25 tys., a ligę w marcu przerywaliśmy, gdy było jakichś 100? (…) Jest też druga możliwość, której wcale bym nie wykluczał – ktoś nas robi w balona i my, jako społeczeństwo, nie wiemy wszystkiego. Zbigniew Boniek, z którym miałem okazję o tym rozmawiać, przyznał, że z ciekawości sprawdził statystyki śmiertelności w pierwszych miesiącach roku w ostatnich pięciu latach. W 2020 były najniższe. Absolutnie nie twierdzę, że koronawirus nie jest problemem, zabił setki tysięcy osób na świecie, ale te dane są zastanawiające. A gdy widzimy luzowanie obostrzeń, na jakie decyduje się rząd, na zamykanie lasów przy 3000 chorych i ich otwieranie przy 8000, na nakaz noszenia maseczek aż do pojawienia się szczepionki i uchylanie go pewnie na jakiś rok przed jej wejściem na rynek, nasuwa się naturalna refleksja: w co z nami gracie lub graliście w ostatnich miesiącach? Na „orlika” można było niedawno pójść co najwyżej w sześciu, a chwilę później, bez wyraźnego spadku zachorowań, na mecz może przyjść 10 tys. ludzi? Po prostu tu się nic nie klei. Prezes PZPN mówi, że jeśli kibice będą łamać protokoły bezpieczeństwa, ich obecność na meczach skończy się na tym jednym, nie będzie taryfy ulgowej. Tylko, czy to nie będzie już za późno?”.

(https://sport.onet.pl/pilka-nozna/ekstraklasa/pko-ekstraklasa-kibice-wracaja-na-trybuny-co-tu-wlasciwie-jest-grane/3r65qfg)

Różne mutacje (ponad 10 w chwili obecnej) koronawirusa na pewno są. Ale czy jest jeszcze w Rzeczypospolitej ktokolwiek, kto sam, bez absurdalnych (i sprzecznych) zaleceń WHO i fachmanów z USA umie podejmować racjonalne decyzje? Nie udając, iż dostępna mu jest wiedza, jakiej bez miesięcy drogich i pracochłonnych badań osiągnąć nie jest w stanie?

Społeczeństwu wystawiam „5=”, rząd tymczasowo oceniam na pałę. Może z plusem… Od dawna wiadomo – bez oddolnych nacisków biurokratom pracować się nie chce. Na każdym szczeblu władzy.

Edward L. Soroka

(Visited 38 times, 1 visits today)

Jedna myśl na temat “Brawo bijemy czy bijemy w dzwony?

  • 03/06/20 o 11:33
    Permalink

    Przede wszystkim co za kretyn dopuścił do tak wielkiego zadłużenia szpitali? W ogóle do zadłużenia! Przecież to jest zbrodnia na Narodzie Polskim, za którą powinno się karać jak za zdradę stanu, bo to właśnie jest zdrada stanu – działanie na szkodę całego społeczeństwa. Oczywiście winę za ten burdel ponoszą wszystkie rządy post-solidarnościowe, które niczego nie zrobiły, by poprawić sytuację. Pamiętam, jak solidaruchy histeryzowały, że w PRL-owskich szpitalach ludzie leżeli na korytarzach, strychach i piwnicach. Owszem, ale ich leczono, a dzisiaj? Gdyby doszło – nie daj Boże – do wojny, to bardzo szybko naród by znikł z powierzchni ziemi. Tej ziemi… – i żadne modły by mu nie pomogły.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*