Cudowny brzdąc (2)

Tężał mróz. Stąpały święta. Pierwsze okupacyjne. Nietypowe, bo zdaje się, że nawet  obfitsze od poprzednich, a to dzięki szczególnym staraniom mojej mamy i ciotki Bronki, które jesienią całkiem już poważne jęły się odważnie zakazanej profesji handlowania czymkolwiek, ściślej zaś – wymiennego dostarczania produktów wiejskich do miasta i wiązania tymże sposobem końca z końcem. Niewiele z tych dni pamiętam. Chyba tylko to, że mną trzęsło, iż niemal przyklejałem się do kafli rozgrzanego pieca. Nawet białe szaleństwo dzieciarni, dochodzące nas z ulicy, nie podrywało mnie ku wyprowadzeniu saneczek. Ponieważ zaś na owe objawy jakiej „influency” nałożyły się i nagły jadłowstręt i podejrzane gorączkowanie, mama zaordynowała mi łóżko. Co zdawało się uzasadnione, jako że emanowałem temperaturą podniesioną do 37 stopni, pozostawałem osowiały i wciąż pogardzałem jedzeniem. Tak też spędziłem ponad tydzień, otoczony poduszkami – a mimo to szczękający zębami i pokasłujący, popijając przy tym gorące mleko z masłem i zażywając jakieś pastylki, użyczane przez ciotkę. Prawdopodobnie również czytałem, gdyż stryj Kazik, ściągnął mi skądś cały tom Płomyka. Dodam tu, że tomy Płomyka były mi do końca okupacji najbardziej ukochaną lekturą, źródłem wiedzy historycznej i przewodnikiem po całym świecie. Prawdopodobnie pochłonąłem też wówczas kolejne części Trylogii Sienkiewicza, skoro Ogniem i mieczem zaliczyłem jeszcze przed wybuchem wojny.

Co oczywiste – cierpiałem stąd, że nie dla mnie był tegoroczny wysyp śniegu i wymarzone saneczkowanie. Stały mi w świeżej pamięci poprzednie, szczenięce marszruty saneczkowe z ojcem, niekiedy zabierającym mnie do miasta – na przykład dla zaprezentowania mnie jako udanego, a nawet „cudownego dziecka” swej dalszej rodzinie, względnie tak sobie, bym towarzyszył mu w dyżurach na stacji wodociągowej. Nie byłem nazbyt rad tym ekspedycjom, wolałem zacisze ciepłego pokoju, zabawy tekturowymi żołnierzykami i nie kończące się lektury książkowe. Od pewnego też czasu wykonywałem narzucony sobie i zaszczytny obowiązek czytania gazety dziadkowi Antoniemu, jako że dorobił się katarakty a pozostawał ciekawy świata. Pamiętam, że gazetą tą był niekiedy kupowany przez ojca Robotnik, pismo PPS, pod okupacją zaś gadzinowy – to prawda – ale sposobny do czytania na opak, albo między wierszami, co czynili i ojciec i dziadek, ciekawi, jak naprawdę się ma, zdążająca ku wiktorii Rzesza – Ilustrowany Kurier Polski. W każdym razie nad wszystko przedkładałem świat moich żołnierzyków, książek i rysowania, od którego niekiedy nie potrafiły mnie oderwać nawet pohukiwania hałastry zza płotu, wzywającej mnie do gry w piłkę.

Obłożony poduszkami i zmęczony czytaniem, nurzałem się w bieli, uczestniczyłem w  bitwach śnieżnych, w drążeniu  tuneli z lodowatej masy i saneczkowaniu „na łeb na szyję”. Pociłem się, zanosiłem od kaszlu, połykałem jakieś paskudztwa lekarskie. Tak, mówiąc szczerze, nie przepadałem za tymi zimowymi wędrówkami z ojcem do innych dzielnic miasta dla odwiedzania znajomych i krewniaków. Jazdy było niewiele, bo większość czasu spędzaliśmy w zatłoczonych i często śmierdzących dymem papierosowym wnętrzach. Nie w tym rzecz, że nudziły mnie pogaduszki czy spory na tematy polityczne czy religijne, gdyż ojciec, gdym tylko wyszedł z pieluch, przechodził – jak oceniłem to później – spektakularną metamorfozę religijną i obyczajową, wyrzekając się katolicyzmu „dla prawdy”, którą był znalazł w Biblii i w wyznaniu Adwentystów Dnia Siódmego. Zawsze towarzyszyłem jego spotkaniom z żarliwymi katolikami, dyskusjom i triumfom argumentacyjnym ojca, gdyż wstąpiwszy w r. 1934 na nową, choć równie chrześcijańską drogę życia, poświęcił się wszechstronnemu uzasadnianiu swego wyboru. W każdym razie do takich spotkań byłem nie tylko przyzwyczajony, ale i niejako na nie otwarty, gdyż za każdym razem mogłem sprawdzać sprawność własnego rozumowania, uszlifowaną na dyskursach ojca. Ale zwyczajowym rytuałem tego rodzaju spotkań ze znajomkami lub krewniakami z dzielnicy o nazwie Kaptur, była prezentacja przez ojca mojej nadzwyczajnej, to znaczy zawdzięczanej tylko jemu dojrzałości intelektualnej i takiej też biegłości, znaczy się utalentowaniu w rysowaniu i malowaniu. Bo przecież prawdą jest, że powtórzę, iż już w czwartym roku życia posiadłem sztukę czytania w takim stopniu, że zielenieli z zazdrości okoliczni rówieśnicy. Stąd też do moich powinności w czas takich odwiedzin należały iście teatralne wygłupy w czytaniu podsuniętych mi tekstów, recytowaniu wierszy Mickiewicza, Niemcewicza czy Konopnickiej, wyciąganiu przez ojca z zanadrza jakichś moich malowanych gryzmołów, wreszcie w odbieraniu najwyższych pochwał dorosłych i pojęków ciotek, cioteczek i kuzynów.

Na pewno też na krawędzi snu, gdy już zgaszono okupacyjną karbidówkę, oświetlającą wnętrze pokoju, jawiły mi się powroty z ojcem do domu, śnieżne zaspy, krawężniki, które zniewalały ojca do sprowadzania sań na jezdnie, cienie dorożek w zwodniczym, fosforycznym blasku rzadkich latarń. Nie brakło przy tym i towarzyszącego mi do dziś obrazu utkwienia wraz z ojcem między opuszczonymi szlabanami na przejeździe kolejowym, rozbłyszczonym światłami i gwizdu lokomotywy pociągu, nadjeżdżającego ze strony Skarżyska. Groza momentu, gdy ojciec musiał  zatrzymać się, by uruchomić sanki, dziwnym sposobem zagwożdżone między szynami i gdy wzmagało się rozśpiewujące szyny rzężenie pociągu, sprawiła, żem nabył trwałego lęku przed otwartymi torowiskami kolejowymi. Zaliczyłem do dziś kilka sytuacji poddawania się nieuzasadnionej panice w sytuacjach znalezienia się pod rozgwieżdżonym niebem na torowiskach kolejowych i tramwajowych, wśród plątaniny szyn, wyśpiewujących przerażająco wysokie mormorando.

Do celebrowania swej „cudowności” w tym czasie – co prolongowało się niemal do moich dziesięciu lat życia – byłem ustawicznie zachęcany przez rodziców, niestety nie zdających sobie sprawy z nierozwagi tego procederu, choć konsekwencje nie dały długo na siebie czekać. Po pierwsze – jako wzdęty zarozumialstwem beniaminek rodzicieli nie mogłem zyskać sympatii rojowiska moich rówieśników, którzy choć z otwartymi ze zdumienia gębami, trzymali się ode mnie z daleka – pełni durnowatej zawiści i po prostu nieprzyjaźni. Infantylna radość odstawania od innych, w którą kompleksowo i chyba bezrozumnie wbijał mnie ojciec (a jej uwarunkowania – o czym niżej – były rozliczne) raczej mnie nie uszczęśliwiała i miast uskrzydlać, zachęcać do pracy nad sobą, rozleniwiała. Oczywiście wówczas jeszcze nie zdawałem sobie z tego sprawy, gdyż chadzałem „jak mnie konie nosiły”, robiłem, co chciałem, zarzuciwszy jako „cudowne dziecko” odrabiania jakichkolwiek lekcji i nie rozstając się z książkami. Już jako brzdąc klasy drugiej pozwalałem sobie wchodzić w (a nawet prowokowałem) elementarne dyskusje z rówieśnikami, skąd też zostałem zidentyfikowany jako „mały heretyk” lub ten, co nie uznaje kultu NMP. Opowiadając ojcu o tych konfliktach, niezmiennie spotykałem się z jego uznaniem: – Brawo synu! płyniemy pod prąd – tak trzeba! Z prądem to i każda zdechła ryba popłynie.

W każdym razie wcześnie byłem oswojony z dziwnym komfortem odstawania od czeredy i moich siostrzeńców i pozostawania w wyobcowaniu. (Cdn.)

 

Ryszard Tomczyk

(Visited 26 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*