Dwie kobiety wyklęte skazane, by patronować ślepej łódzkiej uliczce (4)

W 1963 roku związki zawodowe przygotowały zjazd i Tatarkówna znów wystąpiła tam z jasnym postulatem, by łódzkie kobiety nie musiały pracować nocami. Ekonomiści w Łodzi policzyli, że nie będzie z tego wielkich strat. Nie wszyscy to zrozumieli i nie chcieli do tego dopuścić. Był rok 1964 r. – czynniki z góry odwołały ją ze wszelkich stanowisk. Tatarkówna miała 56 lat. Przeszła na wcześniejszą emeryturę. Na emeryturze oddala się działalności w Towarzystwie Przyjaciół Dzieci. Swój majątek (jako melomanka) chciała wpierw przekazać na budowę łódzkiej filharmonii – lecz później zmieniła testament i przekazała go na TPD. Mieszkała w trzypokojowym mieszkaniu w mało okazałej kamienicy przy ul. Kopcińskiego, posiadała również działkę o powierzchni 1500 m2 w podłódzkich Grotnikach, a na niej drewniany, parterowy domek na wysokiej podmurówce przy ul. Leśnej. Do tego domku na dwutygodniowe turnusy przyjeżdżały matki z niepełnosprawnymi dziećmi. Była tam kuchnia, butla gazowa. Kobiety same sobie gotowały. Na ogrodzeniu wisiała tablica z informacją, że to dar Tatarkówny-Majkowskiej dla TPD. Grotnik zmarła w 1986 roku. TPD zlikwidowało jej mieszkanie. Legitymacje, prawo jazdy, pamiątki, korespondencje (m.in. życzenia noworoczne od Edwarda Gierka), a nawet okulary – przekazano do Muzeum Tradycji Niepodległościowych.

 Spoczęła na widzewskim cmentarzu Zarzew. Żegnały ja tłumy łodzian. Na grobowcu napisano: Budowniczy Polski Ludowej.

 Dzisiejsi łodzianie, oglądający nową rzeczywistość miasta, stawiającego na rozwój stref ekonomicznych i taniej siły roboczej oraz przenoszonych z całego świata do łódzkich biurowców sieci call center, niewiele dziś mogą powiedzieć o czasach minionych. Łódzcy kibice ŁKS u i Widzewa na co dzień wyzywający się od „Żydów”, jak ognia boją się epitetu „czerwona Łódź”, bo w Polskę pójdzie posądzenie o „lewackośc”. Starsze pokolenie łodzian, pamiętające Michalinę Tatarkównę–Majkowską niewiele może jej zarzucić. Pomocna, życzliwa dla ludzi, twarda baba. Problem zaczyna się, gdy prześledzimy jej komunistyczne zapatrywania – to, że była w  ścisłych władzach partyjnych w czasach rządów Bieruta, Ochaba, Gomułki. W tym samym czasie w gmachu Urzędu Bezpieczeństwa w Łodzi przy ul. Anstadta torturowano Polaków za działalność opozycyjną i marzenia o Polsce wolnej od sowieckiej okupacji. Towarzyszka Tatarkówna tak to tłumaczyła: „Jedno jest pewne: bez UB nie wygralibyśmy z bandami. To nie znaczy, że nie było przegięć, że nie ginęli niewinni ludzie. Błędy są zawsze, gdy powstaje coś nowego”. Najprostszą metodą komunistów były wtedy kazamaty lub bezimienne mogiły pomordowanych. Łódź podziękowała Michalinie Tatrkównie-Majkowskiej (radni SLD i Samoobrony) i w 2005 nadali imię działaczki bezimiennej do tej pory uliczce na krańcach dzielnicy Widzew (dziś ta nic nie znacząca uliczka mieści się w okolicy zjazdu z autostrady A1).

Niedawno postać Tatarkówny-Majkowskiej przypomniała Anka Leśniak, artystka, w projekcie Michalina, zuch dziewczyna. Takie hasło wymalowała na opuszczonej łódzkiej kamienicy. Hasło nawiązuje do filmu radzieckiego reżysera Konstantina Judina z 1939 roku, którego polski tytuł brzmi Zuch dziewczyna, a w rosyjskiej wersji Diewuszka z charakterom. Łódzka robotnica, rękami Instytutu Pamięci Narodowej, zostanie teraz przekazana do dekomunizacji.

***

Anna Walentynowicz urodziła się w Równem na Wołyniu 15. sierpnia 1929 roku. Całe życie ukrywała, że jest Ukrainką ale w 1996 roku Anna Walentynowicz dowiedziała się o istnieniu na Ukrainie swej najbliższej rodziny i aż do swojej śmierci utrzymywała z nią bliski kontakt. Po zajęciu Równego Sowieci zaprowadzili nowe porządki. Zamknęli szkoły, dlatego w 1940 r. Ania zakończyła edukację na niepełnych pięciu klasach szkoły powszechnej. Anna nie pochodziła z bardzo biednej rodziny, ale po wejściu Sowietów na tereny Ukrainy i zabraniu ich ziemi jej ukraińska rodzina zaczęła chodzić boso. By przeżyć – oddana została na służącą do polskiego dworku państwa Teleśnickich. Jej rodzice mieli sześcioro dzieci. Byli protestantami – sztundami (tak nazywano wyznawców odłamu protestantyzmu, który pojawił się na Ukrainie pod koniec XIX wieku i był popularny wśród niemieckich kolonistów, liczył około 30 tysięcy wyznawców).  Była 12-letnim dzieckiem a traktowano ją jak osobę dorosłą.

„U panów” Anna pracowała ciężko, nie otrzymując żadnego wynagrodzenia; jedyną jej zapłatą było jedzenie. Teleśniccy opuścili Wołyń zimą 1943 roku, najprawdopodobniej w obawie przed napadami ukraińskiego podziemia. Uciekinierzy już po wojnie, w roku 1945, przenoszą się do Polski. W tę podróż zabierają też Annę. Ukrainkę traktują bardzo źle, nie była uważana za domownika a za przedmiot, który można wykorzystywać. Teleśniccy nie tylko zakazali jej podawania prawdziwej narodowości („Jak powiesz, że jesteś Ukrainką, to cię Polacy zamordują”), ale też nieraz przyszło jej doświadczać połajania, a nierzadko i bicia ze strony gospodarzy. Nawet największe katolickie święta Ania spędzała w pojedynkę. Szczególnie zapadły jej wigilie Bożego Narodzenia, które nierzadko mijały jej w oborze ze zwierzętami. Anna była gorliwą chrześcijanką (choć do wspólnoty Kościoła weszła dużo później), modlitwa dawała jej zawsze ukojenie, mimo tego, że była w polskiej rodzinie o silnych katolickich fundamentach. Niestety – tylko na pokaz. Jako kilkunastoletnia dziewczyna (do tego nie będąc wśród swoich) ucieka od biedy i osobistej poniewierki. Pracowała wówczas dorywczo na roli, w piekarni i jako opiekunka dzieci. W 1950 r. dostała pierwsze poważne zajęcie – została zatrudniona w Gdańskich Zakładach Przemysłu Tłuszczowego Amada. Stała się prawdziwą socjalistyczną robotnicą.

W listopadzie 1950 Anna Walentynowicz zapisała się na kurs spawacza i trafiła do Stoczni Gdańskiej. Była bardzo ambitna i szybko stała się przodownicą pracy. Wyrabiała 270% normy, jej zdjęcie wisiało na bramie stoczniowej. Inne jej fotografie trafiały do gazet. W nagrodę, jako członkini komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej, wysłana została w sierpniu 1951 na zjazd młodzieży do Berlina. Po nim Anna porzuca politykę, oddaje legitymację ZMP i wstępuje do organizacji społecznej pn. Liga Kobiet. Taką postawą po raz pierwszy zainteresował się wówczas Urząd Bezpieczeństwa. (Cdn.)

 

Roman Boryczko,

styczeń 2018

 

(Visited 12 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*