Gniot uświęcający głupotę (o filmie „Historia Roja”) (2)

Po co ta ekwilibrystyka wokół bohatera? Ano po to, by umocnić spóźnioną umysłowo część widowni w przeświadczeniu, że takie wartości, jakie przenosi w nowe czasy bohater filmu, pozostają dla nas drogowskazami. Ostatnia, finałowa sekwencja filmu, w którym nieustannie walczą o prym – bzdura z etapową, anachroniczną wzniosłością, stanowi już tylko melodramatyczny rzut reżysera na taśmę z wywodem romantycznej metafizyki. Wezwana do rozpoznania zwłok syna matka (zważ – „matka Polka!”) nie potwierdza jego tożsamości, co ma uświęcić fundamentalną  prawdę o niezniszczalnej wartości fundamentalnych, iżby żyły nimi następne pokolenia.

Jakież to wartości? Co reprezentuje piękny i szlachetny „oficer” podziemia, wyawansowany przez Zalewskiego do roli narodowego moralisty i szafarza ducha narodowego? Jakież to wartości sączy z filmu współczesny widz, o którym wiemy, że  w wysokim stopniu jest „Polakatolikiem”?

Batalistyka, nieustanny krajobraz śmierci, okrucieństwa, gwałtów i krwawych odwetów w sposób oczywisty określają adresata filmu. Ma nim być w ślad za realizatorami facet raczej bezrefleksyjny, tradycyjnie zanurzony w moralności, jak i mentalności nieskomplikowanej, katechetycznej, która posługuje się podziałem na „czarne” – „białe”, przy tym zaś, jak tradycyjni Sycylijczycy, przyzwyczajony do rozlewu krwi, strzelaniny, awantur i śmierci „dla honoru”. W sposób jakże znamienny dla orientacji katolickiej film nie traktuje cywilizacji śmierci, uśmiercania, krwawej zemsty jako zjawisk nagannych czy choćby (jak o. Pirożyński z T. Boya Żeleńskiego) – „moralnie obojętnych”. Przeciwnie – proceder zabijania przeciwników, wrogów to źródło satysfakcji. Właśnie ku prymitywnej radości naszej narodowej ciżby jest skomponowana sekwencja egzekucji wywleczonego z pociągu komunistycznego składu sędziowsko-prokuratorskiego, z tak samo precyzyjnym dobijaniem uśmiercanych, jak to czynią enkawudziści czy KBW-owcy. Właśnie na wyzwalaniu i kultywowaniu takich (jakże chrześcijańskich!) odruchów zależy autorom filmu, wręcz pławiącym się w materii wszelakiego okrucieństwa. Jeśli zaś mówię o babraniu się w scenach krwawych, wypełnionych eksplozjami – dodajmy – z ogranym, a natrętnie tu stosowanym chwytem spowolnienia obrazów (dla nasycenia oczu kołtunów, spragnionych widoku latających w powietrzu kończyn i kadłubów ludzkich) – to film ten naprawdę może satysfakcjonować część widowni. Acz chaos przynajmniej jednej trzeciej akcji nie pozwala rozumieć, o co rzecz idzie, kto komu dowala, kto z kim pije i dlaczego. Boć i myślenie tu niepotrzebne, skoro reżyser, licząc na lenistwo myślowe odbiorców, bałamuci sytuacjami nieprawdopodobnymi, czerpiąc je z filmów sensacyjnych lub westernów (np. scena cmentarnego pochówku, zamieniającego się w bitwę między „wyklętymi” a bezpieką, kowbojskie zdobycie pociągu czy wzmiankowane sceny finałowe) i kojarząc je ze scenami wzbitymi w obłędną, aberracyjną „duchowość”.

Znamieniem czasu „ciężkiego dla rozumu” jest religijno-dewocyjna aura filmu, którego bohaterowie są nieprzerwanie rozmodleni i rozeskrzydleni w rytuale kościelnym. Jakże to zgodne z aktualnym, uświęcanym przez coraz to śmielej poczynającą sobie konserwę chrześcijańską i identyfikowaniem Polaków z katolikami. Film Zalewskiego jest tworem, schlebiającym owej opcji.

Orientacja ta – w samej rzeczy obskurancka – może by i irytowała, gdyby film nie śmieszył nieprawdopodobnym stężeniem materii drastycznej. Zważmy, że współczesny widz dysponuje już mniejszą wrażliwością niż odbiorca sprzed pół wieku. Nie każdy chlust krwi na ekranie nim wstrząsa. Metoda ożywiania jego wrażliwości poprzez piramidalne nagromadzenie środków, podnoszących temperaturę już zawodzi, gdyż film miast budzić grozą i wstrząsać – już śmieszy. W tym zakresie jest to twór niemal karygodnie chybiony. Gdyby zaś nie śmieszył nachalnością scen mrożących krew w żyłach, trywialnością, bałaganem i – miejscami amatorszczyzną realizacyjną – oburzałby. Chcę powiedzieć, że winien oburzać. Jest bowiem gniotem, uświęcającym – niestety – najbardziej haniebne wartości etyczne, tworem schlebiającym prymitywnej parafiańszczyźnie i mentalności nacjonalistyczno-barbarzyńskiej. Zamiast dojrzałego dyskursu nad dramatem formacji pokoleniowej „wyklętych” – niesie prymitywną i nieewangeliczną apoteozę zemsty jako busoli moralnej narodu oraz kult „rąbania”.

I na zakończenie: nie ulega  wątpliwości, iż odmawianie czci „wyklętym” przez ludzi i aparat reżimu, stanowiło taką samą zbrodnię na duchu i ciele narodu, jaką były rzezie na opornych w latach stanowienia PRL. Wiem jednak i to z autopsji, że nie wszyscy prowadzący wojną z nową władzą po r. 1945 zasługują na miano żołnierzy. Wśród osobników tej formacji nie brak było prawdziwych bandziorów, którzy zbyt przyzwyczaili się do „partyzanckości”, by po zakończonej wojnie jąć się zwyczajnej pracy.

Jest jeszcze jeden aspekt casusu, jaki film stanowi. Otóż rzecz nie byłaby godna czegoś więcej, niż felietonu odsyłającego filmowy kicz do rupieci, gdyby stało za nim tylko widzimisię jakiegoś tam filmowca. Ale okoliczność, iż funkcjonująca władza traktuje film jako rodzaj przesłania, programującego nowy etap kształtowania narodu oraz jego psyche, jak i że nie brak kontekstu, który to potwierdza – to znaczy, że istnieje jakieś podłe narodowe lobby, jakieś kolejne wcielenie Smętka (Żeromski), które siada nad naszym narodowym horyzontem. Nie kryję, że widok – bo jest to widok tych samych ciemności, jakie od czasu do czasu spadają na naszą ziemię, nie należy do uspokajających. Tu jednak kończą się powinności felietonisty.

                                                           Ryszard Tomczyk

(Visited 40 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*