Ks. Franciszek Marks – Niemiec czy Ślązak, który zginął w obronie polskości

Ks. Franciszek wprawdzie podawał się za Niemca lecz tak naprawdę pochodził z rodziny tylko zniemczonej. Urodził się w Mysłowicach 25. października 1880 roku w rodzinie Józefa Marksa i Marii z domu Ilming. Miejscowość. w której się urodził, nigdy nie należała do Niemiec – na tej podstawie można sądzić, że choć podawał się za Niemca, tak naprawdę nigdy nim nie był.

Kolejnym faktem zaprzeczającym, jakoby miał on mieć pochodzenie niemieckie, jest aktywna działalność księdza w Kółku Polskim podczas studiów na Uniwersytecie Wrocławskim. Tam, po ukończeniu gimnazjum w Katowicach rozpoczął studia teologiczne. Kółko Polskie – jak pamiętamy – działało przy konwikcie biskupim we Wrocławiu w latach 1895 – 1906 i skupiało głównie studentów teologii. W chwili, gdy Franciszek Marks skierował swoje kroki do tejże organizacji, kółko obchodziło piątą rocznicę swojego istnienia.

Głównym celem koła było kształcenie studentów w zakresie poznania i umiejętności posługiwania się językiem polskim. Trudno uwierzyć, by ówczesne władze z taką przychylnością podchodziły do podobnej edukacji, a trzeba wspomnieć, że na początku nie miały nic przeciwko temu. Nawet tak niechętny Polsce sam biskup Kopp nie widział w tejże działalności niczego złego. Znajomość języka polskiego była na tym terenie wręcz nieodzowna dla przyszłych księży, więc jak należy przypuszczać, to głównie dlatego nie zabraniano im działalności.

Franciszek Marks jako student posiadał już znajomość języka polskiego, co u Niemców zdarzało się przecież niezmiernie rzadko. Wszystko to utwierdza nas raczej w przekonaniu, że mamy do czynienia ze Ślązakiem ze zniemczonej rodziny, który język polski wyssał z przysłowiowym mlekiem matki i – jak głosi stare śląskie przysłowie – Choćby było jak chciało, dycko, żykało se tu po polsku. Zanim młody student teologii został oficjalnie członkiem  wspomnianej organizacji, musiał jeszcze odbyć półroczny staż, dopiero po jego ukończeniu został wpisany na listę i mógł uczestniczyć w posiedzeniach. Pozwalało to na korzystanie ze skromnych zasobów biblioteki i czytelni, gdzie często odbywały się spotkania z chociażby takimi ludźmi, jak profesor Władysław Nehring, który słynął z przedstawiania studentom w piękny sposób literatury polskiej.

Musiały mieć owe wykłady spory wpływ na umysły studentów, skoro ulubionymi ich lekturami były dzieła takich autorów jak: Słowacki, Mickiewicz, Kochanowski, Asnyk, Konopnicka czy Lenartowicz. Marzeniem młodego Franciszka Marksa było, aby mógł pracować w przyszłości w polskich parafiach, dlatego bardzo poważnie podchodził do zgłębiania wiedzy w zakresie jak najlepszego poznania polskiego języka. Marzył, aby móc w przyszłości wygłaszać kazania właśnie po polsku, nie wiedział jeszcze wtedy, że ta decyzja będzie go kosztowała życie. (Wybrany cytat: Z dziejów duchowieństwa opolskiego, aut. Henryka Wolna, PAX, 1966, ss. 88 – 89).

Jako wikariusz objął parafię w Krapkowicach na Śląsku Opolskim. Tam po raz pierwszy przyszło mu się zmierzyć z problemami polskiej ludności na tym terenie. Działalność młodego księdza spotkała się z niechętnym spojrzeniem Niemców, tym samym szybko popadł w niełaskę swoich przełożonych. Aby doprowadzić do szybkiego „nawrócenia” niepokornego kapłana wysłano go do Frankfurtu nad Odrą, gdzie przebywał do roku 1910. W tym też czasie został skierowany do Starego Olesna, parafia ta uważana była jako teren zagrożony polskością, gdzie – jak przyznawały spisy niemieckie – 80% ludności było Polakami. Ksiądz na miejscu zastał tylko gorąco wierzącą ludność i stary, drewniany zapuszczony kościółek, w którym nabożeństwa odprawiali księża z pobliskiego Olesna. Na miejscu brak było plebanii, brak też było środków na utrzymanie księdza. Ówczesne władze, uważając, że zniemczenie księdza osiągnęło właściwe rozmiary, wysłały go do tej parafii po to, aby dopomógł w zgermanizowaniu polskiej ludności.

Ksiądz Marks z braku parafii pomieszkiwał u parafian, miał zatem  rzetelny obraz warunków, w jakich przyszło mieszkać polskiej ludności i na co dzień stykał się z brutalnymi sposobami germanizowania także jego parafian. Należy przypomnieć, że mamy do czynienia z okresem na przestrzeni lat 1910 – 1914, uważanymi przez historyków za okres wzmożonego nacisku na rzecz germanizacji tych terenów, gdzie akcje tego typu miały miejsce w szkołach, urzędach a także kościołach. Tam – co należy podkreślić – zabiegi te spotykały się z największym oporem. Należy tu wymienić osoby, które w szczególny sposób zasłużyły się na rzecz zniemczania ludności, a byli to między innymi prezes rejencji opolskiej von Schwerin, poprzednik landrata Lukaschka i gaulaitera Wagnera.

Rok 1912, w którym odbyły się wybory, pogłębił tylko problemy polskiej ludności. „Księżoszek” Marks swoich parafian uważał za Polaków. Na pierwszym miejscu stawiał zawsze posługę duszpasterską, politykę odsuwając na plan dalszy, być może to właśnie sprawiło, że ludność garnęła się, pod jego skrzydła – nic na siłę a tylko słowem należy dążyć do zgłębiania wiedzy o swoich korzeniach. Religii uczył po polsku, wspierał także działalność śpiewaczą, oczywiście w języku polskim, zarówno w utworach sakralnym jak świeckich.

Działalność księdza była na początku zaskoczeniem dla ówczesnych władz, nie takiej współpracy bowiem się ze strony księdza spodziewano, zaś utwierdzanie ludności w poglądach, które podkreślały chęć i sens powrotu  Śląska do Polski wprawiała ówczesnych decydentów w wściekłość, zaś przyznawanie się księdza do tego, że jest Niemcem, dolewało tylko oliwy do ognia. Sytuacja wokół osoby śląskiego „księżoszka”, mianującego siebie uparcie Niemcem, stawała się być coraz bardziej napięta. Niebawem, na kilka lat przed plebiscytem na terenie Starego Olesna, rozpoczęto nagonkę na osobę księdza. Na wiecach i spotkaniach przedstawiano farorza (patrz słownik śląski www.slownikslaski.pl)  jako zdrajcę i sprzedawczyka, wysyłano listy z pogróżkami. Przesyłano księdzu wycinki z prasy, szkalujące Polskę. Każdy, kto czuł się Niemcem, nie utrzymywał kontaktów towarzyskich z księdzem zaś plucie pod nogi i obrzucanie wyzwiskami stało się normą.

Ksiądz, podając się za Niemca, przysporzył sobie kłopotów także wśród polskich działaczy narodowych, w konsekwencji tych dziwnych zachowań, pozostał sam ze swoimi parafianami, dla których chciał być przede wszystkim dobrym kapłanem. Ówczesne władze kościelne także dorzuciły swój kamyczek do ogródka, niebawem po jednej z pogadanek na terenie Kółka Rolniczego, w której ksiądz wspomniał o możliwości podziału niektórych wielkich majątków dworskich w Polsce, został posądzony o głoszenie ideologii komunistycznych. Imano się więc najbardziej nawet błahego powodu, by poderwać księdzu opinię, wszystkie te zabiegi spełzły na niczym, bowiem ksiądz nie zaprzestał działalności i pozostał wierny swoim poglądom na sprawy narodowościowe Śląska. (Cdn.)

 

Tadeusz Puchałka

(Visited 5 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*