Lato, czas kanikuły, podobnie jak czas karnawału, to okres złamania pustki zajęć w kopcu „dwunożnych termitów”

Selenie, krwi z mej krwi, ducha z ducha mego, serca ze złota zrodzonego w retorcie serca mego, Księżyca Ziemskiego pod patronatem Seleny Niebieskiej, w pełni na niebie nocy, co wczasuje właśnie na Dominikanie, wyspie Kamienia Atlantów lub Kamienia Delfina – Larimaru, z życzeniami słońca, przygody i radości istnienia dedykuje ojciec –

Wilk Miejski

 

 

Lato, lato, lato czeka

Razem z latem czeka rzeka

Razem z rzeką czeka las

A tam ciągle nie ma nas…

fragment sztubackiej piosenki

 

 

Lato, czas kanikuły, podobnie jak czas karnawału, to czas złamania rytuałów, zazwyczaj marnych moralnie i intelektualnie, groteski życia z wkładką comiesięcznego uposażenia, powinności i uwikłania, dobrowolnej reifikacji lub lisiej przebiegłości, takoż serwilizmu i karierowiczostwa, całego owego teatralnego, spodlonego profanum. To czas przygody, czasem mitycznej, czasem banalnej i pustej. Ja tu o tej, co ma znamiona sacrum, odbudowy blasku i sensu życia, czyli złamania codzienności szarej, na rzecz odnajdywania „całej jaskrawości świata”, tak…

Niezmienność rytmu życia, trwałość ról, powtarzalność, lojalność wobec firmy i pragmatyczność – oto wielkie, acz skarlałe w swej istocie, wręcz dotkliwie deprecjonujące, (pseudo)atuty życia człowieka współczesnego. Ich wartość ma nieodmiennie „wysokie notowania” na giełdzie ludzkich inwestycji życiowych, choć to de facto – realne poniżenie. Biada tym, co źle inwestują czas i pieniądz, czasem, o zgrozo, szukają sensu i smaku człowieczej solidarności, bowiem ich królestwo jest „nie z tego świata”, tego świata z „małości ulepionego”, spełnionych marzeń na poziomie tobloidu i egolskiego „lansu”, żałosnego cudzomyślenia i wzdychania do kariery celebryckiej, tak… Dla „ludzi wydrążonych” ów „nie ten świat”, to nie krainy godności i wolności, ale to przerażająca i smutna kraina bankructwa, alienacji, absurdu. Tak myślą (pseudo)rozsądni, ale nie widzą, że są działanymi kukłami, dwunożnymi termitami, a nie wolnymi, dumnymi ludźmi, tak….

Ci, którzy wysiadają z sytego „statku głupców”, żeglują­cego bezpiecznie do portu leniwej sytości i duchowej pustki, a wsiadają do swych osobistych „kajaków”, płynących w nieznane, otrzymują na drogę etykietkę „świrów”. Bo przecież jest „cool”, można przeżyć zastępczo wszystkie emocje, niesamowitości i  przygody wędrowania, zasiadając przed telewizorem, ekranem kinowym, monitorem komputera, czy też spędzając urlop na treningu „sztuki przetrwania”, czy innego, wydumanego sposobu pompowania adrenaliny, aby dobrze przygotować się do „wypełniania obowiązków służbowych”. Tylko tego, wypatroszony kolego!

Lecz są tacy, którzy z wyboru pracują, czując pustkę – lecz przydatność owego procederu i gromadzą środki pieniężne na realizację celu nadrzędnego, czyli wędrówki poprzez panoramy świata i własne stany wewnętrzne. To tacy, co służ dwóm panom: Mamonie i Jazonowi, „beretkowaniu i argonaucji”, ale są też tacy, co życie całe podążają ową drogą rzadziej wędrowaną.

W mitologii greckiej Jazon podejmuje wyprawę do Kolchidy, gdzie płynie na okręcie Argo, dąży po Złote Runo, symbol wartości i wartość uzasadniającą heroizm drogi. Owo Złote Runo ma mu przynieść szczęście i nagrodę za odwagę. Wyrusza jednak na niebezpieczną wyprawę na rozkaz krewnego, zresztą bezprawnie sprawującego władzę, bo tron prawowicie należy do Jazona. Bohater wyrusza więc nie tylko po konkretny łup, po materialną zdobycz, ale także po to, by udowodnić swoją ludzką wartość, odwagę, poddać się sprawdzianowi, czyli męskiej inicjacji, a więc udowodnić, że jest prawowitym królem, solą ziemi, nie aktorem cudzego spektaklu, tak…

Legendy Arturiańskie opisują alegorycznie wędrówki, jakie odbywają rycerze Okrągłego Stołu, wasale króla Artura, a są one podejmowane w jednym jeno celu: znalezienia Świętego Graala, tajemniczego przedmiotu magicznego, w innej optyce symbolizującego uświęcone łono Marii z Magdali, czyli kielicha, w którym Jezus przemienił wino w krew podczas Ostatniej Wieczerzy, a który to pozwoli na odnowienie, uświęcenie ludzkości, przywrócenie jej prawdziwego blasku dziecięctwa bożego, zaś zdobywcy zapewni wieczne szczęście. Taka wędrówka staje się misją, heroicznym poświęceniem dla dobra całej ludzkości. Podejmują ją kolejni rycerze, a dla nich samych jest ona sprawdzianem rycerskiego męstwa oraz siły wiary. To droga po kolejne Złote Runo, cel celi, dar ofiary człowieka na rzecz wspólnoty odzyskującego symbol ofiary Boga dla człowieka, co w ludzkim sercu się narodził, tak…

Także włoski poeta, Dante Alighieri, pod przewodnictwem „króla poetów”, Wergiliusza, a potem ukochanej Beatrycze, odbywa wielką, symboliczną wędrówkę po zaświatach. Odwiedza kolejno sfery „innego wymiaru”: Piekło, Czyściec i Raj. Dzięki tej alegorycznej „duchowej podróży” doskonali się wewnętrznie, osiąga wysoki poziom poznania arkanów duchowych, staje się innym człowiekiem, wtajemniczonym w wyższą wiedzę, poetą mającym wgląd w „istotę rzeczy”. Boską komedię można odczytywać jako symboliczną przypowieść o drodze człowieka ku doskonałości. Dzieło Dantego, w zamyśle autora, miało przemówić wielkim głosem do sumień ludzi epoki i przygotować świat, poprzez duchową przemianę, na przyjście lepszej przyszłości. A jak się stało – widzimy, jak konia w Nowych Atenach księdza Chmielowskiego. Ale zawsze jest tak – nieliczni idą własną drogą ku doskonałości, wielkie „masy ludowe”, starowane przez „dozorców mas”, idą zawsze na przemiał, na „stos ofiarny” niewolników systemu, tak…

No i jeszcze, nasze, polskie Przesłanie Pana Cogito, autorstwa znakomitego poety, niesłusznie niedocenionego przez Komitet Noblowski, Zbigniewa Herberta. Poeta mówi: Ocalałeś nie po to, aby żyć, bowiem ocalenie fizyczne nie oznacza ocalenia duchowego i nie gwarantuje hartu ducha i obrony wartości. Pan Cogito ma świadomość, że żyje w świecie owładniętym przez „pajęczynę nihilizmu”, gdzie wyznawany przez niego system wartości nie ma racji bytu, jest jedynie marginalną „ciekawostką”, kuriozum zasypanym zwałami antywartości. Nie oznacza to jednak, iż te wartości nie istnieją i można się im sprzeniewierzać na co dzień, dla idei „małej stabilizacji”. Przesłanie Pana Cogito opiera się na przeświadczeniu, że tak trzeba postępować, bowiem wartość życia, to jego heroizm i obrona prawdy, że tak postępowali bohaterowie innych epok: idź, bo tylko tak będziesz przyjęty do grona zimnych czaszek, do grona twoich przodków: Gilgamesza Hektora Rolanda, obrońców królestwa bez kresu i miasta popiołów

Niewątpliwie jest to także etyka bliska etyce Conradowskiej, nakazującej przyjęcie odpowiedzialności, wynikającej z bycia rozumną istotą ludzką. Człowiek wsparty duchowo, wolny w osądach i decyzjach, obrońca imponderabiliów, sam musi decydować o swoich wyborach i przyjęciu odpowiedzialności. ŚWIAT, TO „OJCZYZNA LUDZI”, TO NIE STALOWY GUŁAG, LUB KOPIEC „DWUNOŻNYCH TERMITÓW”, ALE TYLKO WTEDY, KIEDY BIERZEMY ZA NIEGO ODPOWIEDZIALNOŚĆ, KAŻDY NA SWOIM FRONCIE I NA SWOJĄ MIARĘ, OT CO! Pan Cogito pamięta o swoim przesłaniu: Bądź wierny Idź. Nie wyręczy go w tym, ani despotyzm władzy, ani nauka, ani filozofia, ani autodafe desperatów czy cichy trud altruistycznych cierpiętników, czy też sztuka, nawet zaangażowana… Pan Cogito idzie sam, czasem z latarnią w biały dzień i to on, czasem pośród kpin, częściej obojętności, na owym „targowisku próżności”, czy „barwne tapetowanej rzeźni” odnajduje ukryte wartości i idzie w ich imieniu po „zwycięstwo ducha nad ideologią”, do „ciemnego kresu”, bo to godne i sprawiedliwe, tak…

Pamiętajmy też o tym, że nawet najdłuższa podróż zaczyna się od pierwszego kroku, czyli decyzji – idziemy, bo od stania w miejscu „nie jeden zginął już kwiat”, tak za Stedem, a jak widzą to taoiści, zawsze ma koniec, choć nie zawsze koniec musi być zanurzeniem się w nicość, może być początkiem lub etapem w nieskończonym cyklu odrodzenia i obumierania, bowiem to nie po marksistowsku, „materia jest wieczna”, ale wieczna jest Energia, której metamorfozy są wielkim spektaklem kosmicznych przemian, wielkim teatrem zagadki, w którym nasze istnienie poszczególne i jego kreacje mają udział! My jesteśmy kreatorami świata, jego metamorfoz i rozwoju, jesteśmy, poprzez , sprzężeni energetycznie z wielkim procesem rozwoju żywej struktury – Kosmosu! Jeśli o tym pamiętamy, bowiem kiedy śpimy, to „nadzwyczajne kasty”, animatorzy życia mas, politycy i kapłani, generały i biurwy, urządzają nam w myśl swej „jedynie słusznej” koncepcji stalowy gułag wytapetowany kolorowo, z marchewką, okazałą, konsumpcji i z dużą dawką „opium dla mas”, uniwersalnej religii Bożka Postępusa, ch… mu w zimne serce! Amon Ra czadu z nieba, jak u Marca Chagalla, da, da, da siłę kochankom, co w niebiosa zachwytu wzlatują, grawitacji banału nie czują, oj da, da na(sturcja, a wasgrecja)! AHOY!

*

Antoni Kozłowski vel Wilk Miejski

 

(Visited 2 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*