Praca – chleb codzienny…

Czasami zastanawiam się, czy osoby, które zgłębiają wiedzę, w młodości poświęcają swój czas, często zarywają godziny, noce i dnie po to, by przeskoczyć w wielkim wyścigu szczurów tych gorszych,  tych mniej oczytanych, tych mniej lotnych – zastanawiają się nad konsekwencjami drogi, którą obrały. Wiedza oczywiście to nie wszystko, bowiem nabytą papkę, jaką ktoś od nas mądrzejszy – bo już utytułowany – stworzył dla nas, przyjmujemy zerojedynkowo bezkrytycznie. Potem coś z tą wiedzą musimy coś zrobić.

Kolejnym krokiem na wprowadzenie w życie tych wszystkich komunałów będzie zatrudnienie się w jakiejś wielkiej jednostce, gdzie można zastosować te wszystkie prawidła. I tu zderzamy się z kolejną ścianą, ponieważ duże korporacje czerpią garściami z psychologii i manipulacji, ale wytwarzają do tego wszystkiego jeszcze swoje specyficzne poczucie humoru, zwane kulturą korporacyjną. Taka struktura para-religijnego uwielbienia danej marki w połączeniu ze specyfiką danej nacji, to element wybuchowy, szczególnie dla kogoś, kto potem podlega pod takie rządy fanatyków z wypranymi mózgami.

Nie oszukujmy się że „góra” tej przedziwnej piramidy tak stwarza ten cały schemat i konstrukcję, by do już absurdalnej sytuacji wprowadzać takie elementy jak kolesiostwo, nepotyzm, mobbing czy angażować ludzi o skłonnościach do sadyzmu, agresji i przesadnej złośliwości. Nie zabraknie w takim towarzystwie do rządzenia tradycyjnych lizusów, którzy najczęściej wywodzą się z grupy, nie lubiącej pracować, mającej ogromne problemy, związane z nieusprawiedliwionymi godzinami w pracy,  niestosowaniem się do ogólnie przyjętych zasad, ale aby wybronić się, jednostki te zajmują się nadskakiwaniem, czapkowaniem  i – jako pudło rezonansowe – przekazywaniem w eter plotek.

Biuro często z nudów, ale często też i z rywalizacji na polu innych, takich samych nikomu niepotrzebnych  jednostek, niczym cenzorzy z kultowego filmu Stanisława Barei Miś wymyśla swoje koncepcje na rozwiązywanie – wydawać by się mogło prostych – czynności. Najważniejsze, by sprawy jak najbardziej komplikować, dodając do tego warstwę merytoryczną – wtedy już nikt niczego nie rozumie i nikt niczego nie wie…

Jedną z takich spraw w firmie, w której pracuję, a jest to wielki magazyn znanej zagranicznej korporacji, niestety nie posiadający uchylnych okien (bo to w założeniu magazyn, nie zaś hala, przystosowana do obecności większej liczby ludzi) jest problem zaduchu – szczególnie w miesiącach letnich, kiedy temperatura na zewnątrz waha się w granicach 30 stopni, a wewnątrz jest stopni 26. Pamiętajmy, że do niedawna musieliśmy chodzić w maskach, bowiem wszędzie przecież czai się ten starszy i śmiertelny koronawirus.  Oczywiście żyjemy z Covidem-19 już 2 lata – bez dystansu, bez jakichkolwiek zasad, bo jak można je wprowadzać tam, gdzie w jednym miejscu przebywa kilka tysięcy osób?

Ale wracając do faktu braku tlenu. Mniej więcej każdego dnia, na każdej zmianie, ktoś latem mdlał. Wyglądało to oczywiście różnie. Niektóre osoby po prostu się gorzej czuły i potrzebowały posiedzieć na krześle, inne były zabierane przez ratowników medycznych, ale zdarzały się też i takie sytuacje, które kończyły się tym, że ktoś upadał na twarz i łamał sobie szczękę.

To mimo wszystko jest ogromna tragedia, iż w strukturze korporacyjnej nie można wypracować pewnych oczywistych prawideł, choćby takiej, że aby pojawił się tlen, trzeba otworzyć rampy, skoro świetliki w suficie są zabezpieczone przeciwpożarowo i tamtych ruszyć nie wolno. I tu pojawia się problem, ponieważ rampy nie można otworzyć! Firma uważa bowiem, iż gdy otworzy taką rampę, to z magazynu zniknie wszystko, a służba ochrony nie ma tak dużej obsady, by postawić przy każdej śluzie pracownika w mundurze.  Czyli faktycznie niczego się nie da zrobić. Trzeba trwać w niemocy, patrzeć jak wykańczają się ludzie i trzymać się bezdusznych procedur ochrony obiektu. (Cdn.)

Roman Boryczko,

sierpień 2021

(Visited 24 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*