Selektywna recenzja

Dobrze ponad rok temu otrzymałem do recenzji najnowszą książkę Wojciecha Kajtocha p.t. O prozie i poezji. Wybór szkiców i esejów z lat 1980-2010[1]. Okazała się ona jednak trudniejsza do oceny, niż się tego początkowo spodziewałem, a to głównie z tej przyczyny, iż zawiera ona nie tylko analizę fantastyki naukowej (science fiction), na której myślę, iż się nieco znam, ale także dość dla mnie egzotyczne analizy polskiej poezji oraz fragmenty próby syntezy dziejów literatury polskiej po roku 1945. Tak więc, z konieczności, ograniczę się tu do omówienia głownie tego, co Kajtoch junior napisał na najbardziej interesujący mnie temat, czyli polskiej i rosyjskiej (właściwie radzieckiej) fantastyki naukowej oraz kondycji polskiego szkolnictwa wyższego. Chciałbym też zaznaczyć, iż nie jest to właściwie recenzja sensu stricte, a raczej moje, niestety słabo uporządkowane, refleksje na tle lektury książki Kajtocha.

Wojciech Kajtoch ma dość nietypowy życiorys, jak na współczesnego polskiego pracownika nauki. Choć jest on absolwentem polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego (pamiętny rok 1980), to doktoryzował się w roku 1991 z rusycystyki na Uniwersytecie Warszawskim na podstawie rozprawy Bracia Strugaccy (zarys twórczości). Została ona wydana w roku 1993 przez krakowski Universitas, a w 2003 roku opublikowano ją na Ukrainie (Donieck) w języku rosyjskim. Z kolei w roku 2009 roku habilitował się on w Krakowie z językoznawstwa na podstawie dwutomowej rozprawy Językowe obrazy świata i człowieka w prasie młodzieżowej i alternatywnej[2]. Jest on także autorem książek: Pisarze wobec „innych światów” swoich epok… (1994), Presymbolizm, symbolizm, neosymbolizm… Rzecz o czytaniu wierszy (1996), Świat prasy alternatywnej w zwierciadle jej słownictwa (1999) oraz dwóch tomików wierszy. Ponadto opublikował on ponad 30 artykułów naukowych z dziedziny historii literatury polskiej i rosyjskiej XX wieku oraz językoznawstwa, a także liczne recenzje i szkice krytyczne.

 

Solaris Lema

Zgodnie z zapowiedzią, zajmę się w tym miejscu wybranymi rozdziałami jego najnowszej książki. Zacznę od jego pierwszego artykułu na temat literatury science fiction (SF), czyli Wstępu do ‘Solaris’ Stanisława Lema. Kajtoch napisał swój Wstęp na początku lat 1980., kiedy Lem był wciąż jeszcze czynnym pisarzem: w roku 1982 wyszła jego Wizja lokalna, w roku 1984 Prowokacja, a tylko nieco później, w roku 1987, Pokój na Ziemi i Fiasko. Oznaczało to więc inne spojrzenie na twórczość Lema niż dziś, gdy jest on nieżyjącym, uznawanym klasykiem nie tylko literatury SF, ale i literatury światowej[3]. Co prawda Lem był wielce uznanym pisarzem w czasie, gdy pisał on Solaris[4] (a więc ma przełomie roku 1959 i 1960), to – jak to słusznie zaznacza Kajtoch – Lem nie był wówczas pewny co do literackiej, a więc też i artystycznej rangi uprawianego przez siebie gatunku (genre). Można tu postawić tezę, iż Lem niejako uciekł do królestwa SF przed obowiązującą w Polsce na przełomie lat 1940. i 1950. socrealistyczną ortodoksją, o której dziejach pisze Kajtoch w omawianym tomie w rozdziale Socrealizm jako sposób myślenia o literaturze.[5]

Zdaniem Kajtocha, bezpośredni wpływ na genezę Solaris miały następujące fakty:

  1. Zniechęcenie do utopijnych wizji przyszłości, jakże obecnych we wczesnych powieściach SF Lema (głównie Astronauci[6] i Obłok Magellana[7]).
  2. Zastosowanie przez Lema neutralnej perspektywy narracyjnej oraz
  3. Odkrycie w Polsce zachodniej kultury masowej, w tym też anglosaskiej SF[8].

Późne lata 1950. i wczesne 1960. były zresztą „złotymi czasami” polskiej SF, gdyż oprócz Lema tworzyli wówczas (lub zaczynali tworzyć) swe najlepsze dzieła tacy polscy klasycy tego gatunku, jak ze starszej generacji Boruń i Trepka[9], a z młodszych pisarzy Fiałkowski i Zajdel. Lem, w odróżnieniu od swych kolegów po piórze, stał się także znawcą swojego gatunku, i to znawcą wybitnym, na skalę europejską a nawet i światową[10]. Lem był zresztą bardzo krytyczny wobec SF, a specjalnie SF głównego, czyli anglosaskiego nurtu, co wkrótce doprowadziło do tzw. „afery Lema”, czyli do jego wykluczenia z amerykańskiego stowarzyszenia autorów fantastyki naukowej (SFWA)[11].

Jak to słusznie zauważa Kajtoch, Solaris jest powieścią, która – choć niewątpliwie należy do SF – to nie ma praktycznie żadnej z licznych wad jej licznych poprzedników. Jest to właściwie nowoczesna powieść psychologiczna, w której „twarda” nauka („hard” science) odgrywa kluczową rolę. Stąd też Lem miał spore zastrzeżenia do jej ekranizacji, dokonanej w ZSRR przez Tarkowskiego (główne zarzuty polegały tu w zasadzie na wprowadzeniu przez reżysera dodatkowych postaci, nieistniejących w książce i na umieszczeniu znacznej części akcji filmu na Ziemi). Niemniej radziecka ekranizacja Solaris uchodzi dziś za klasykę filmu SF, czego niestety nie można powiedzieć o znacznie późniejszej amerykańskiej, która uczyniła z Solaris rodzaj kosmicznej love story[12].

Dużą zasługą Kajtocha jest zwrócenie uwagi na niedostatki erotyzmu w SF z pierwszej połowy XX wieku – w ZSRR i krajach od niego zależnych wynikało to z kanonów socrealizmu, przyjętego w ZSRR w latach 1930., a obowiązujących w Polsce mniej więcej w latach 1949-1955, a w krajach anglosaskich (głównie w USA) z dominującej tam wówczas etyki purytańskiej. Stąd też sceny erotyczne w Solaris, choć dla współczesnego czytelnika wydawać się mogą bardzo wyciszone, były we wczesnych latach 1960. dość śmiałe, szczególnie jak na literaturę SF, z definicji ukierunkowaną na masowego, a nawet i młodocianego czytelnika. Ważne jest też to, iż erotyzm w Solaris pełni istotną rolę w konstrukcji powieści i że Harey, główna kobieca bohaterka tej powieści, nie została do niej wprowadzona tylko po to, aby ową powieść uatrakcyjnić dla czytelnika (w kontraście do omawianej już hollywoodzkiej ekranizacji Solaris, która, w czysto komercyjnych celach, starała się, zresztą bez sukcesu, przyciągnąć widza nagością już nie tylko Harey, ale i Krisa Kelvina, głównego męskiego bohatera powieści i filmu, tym razem granego – i to raczej nienajlepiej – przez znanego amerykańskiego gwiazdora[13]).

Choć Kajtoch tego wyraźnie nie formułuje, to innowacyjność Solaris polega głównie na wprowadzeniu prawdziwego, a więc obiektywnie dla nas niepoznawalnego i niezrozumialnego „obcego” w postaci myślącego, a więc też i inteligentnego oceanu, pokrywającego praktycznie całą planetę Solaris – jedynym podobnym przykładem, i to także znajdującym się na łamach wysoce artystycznej SF, jest „myślący obłok” z nieco wcześniejszej powieści Czarna chmura Hoyle’a.[14] Jednakże, w odróżnieniu od Czarnej chmury, ludzkość w powieści Lema nie jest w stanie nawiązać żadnego znaczącego kontaktu z jedynym mieszkańcem planety Solaris – „wizyty” tzw. gości, czyli neutrinowych, „lepszych niż oryginały” kopii ludzi, znanych uprzednio badaczom zamieszkałym na stacji orbitującej planetę Solaris, mówią bowiem ziemskim uczonym jeszcze mniej o gigantycznym mieszkańcu tej planety niż wieloletnie obserwacje pokrywającego ją inteligentnego oceanu. Jak to celnie zauważył Kajtoch, ów przekonywujący wizerunek „obcego”, Lem osiągnął stosując zasadę niekoherencji cech, zdefiniowanej przez Lema w drugim tomie swej Fantastyki i futurologii.[15]

Tak więc, zamiast poznać kosmiczną inteligencję, ludzie poznają dzięki wizytom na tej planecie samych siebie (i to w niezbyt naukowy sposób), a cały program badawczy tej planety i jej „mieszkańca”, który zrodził zresztą nową gałąź nauki (solarystykę) należy uznać za fiasko[16]. Jednakże sama powieść Lema wytrzymała doskonale test czasu, podobnie jak i wstęp do niej pióra Kajtocha. Co więcej, może być ona uznana za szczytowe osiągnięcie Lema, a niemożność dorównania mu na polu sensu stricte literackich, spowodowała, zdaniem Kajtocha (a także i moim), stopniowe odejście Lema od beletrystki, które zaczęło się już w okolicach pamiętnego roku 1968.

Utopijna SF lat pięćdziesiątych XX wieku

Kolej teraz na omówienie rozdziału „Zwycięstwo ciała”[17]. Kajtoch analizuje w nim krytycznie trzy utopijne powieści fantastyczno naukowe, powstałe w Polsce i ZSRR w latach 1950-tych. Są to:

  • Zagubiona przyszłość Borunia i Trepki[18];
  • Mgławica Andromedy Jefermowa,[19] oraz
  • Obłok Magellana Lema[20].

Rozdział ten Kajtoch zaczyna jednak od omówienia problemów, jakie mogą wywołać postępy w biologii (a właściwie inżynierii genetycznej), i jak one są portretowane w SF. Przywołuje on tu takie motywy jak epidemia przyspieszająca dorastanie, starzenie i śmierć ludzi (Żuk w mrowisku Strugackich[21]), eksperymenty naukowe, polegające na połączeniu człowieka z maszyną (Daleka tęcza Strugackich[22]), manipulacja społeczeństwem przy pomocy dodawania substancji chemicznych do wody pitnej (Twarzą ku ziemi Parowskiego[23]) czy też selekcja ludności na podstawie poziomu inteligencji (Cylinder van Troffa Zajdla[24]). Więcej uwagi poświęca Kajtoch mutantom z takich powieści Strugackich jak Brzydkie łabędzie[25], Fale gaszą wiatr[26] i Koniec akcji „Arka”[27] oraz próbom uszczęśliwienia społeczeństw, wymyślonym przez Lema w takich jego utworach jak Powrót z gwiazd[28], Altruizyna[29] i Wizja lokalna[30]. Łatwo się domyśleć, iż eksperymenty te musiały mieć (na ogół) smutny koniec, gdyż nawet najbardziej z nich zaawansowane (betryzacja z Powrotu z gwiazd oraz bystry z Wizji lokalnej) spowodowały albo zastój a nawet i pewien regres cywilizacji (betryzacja), bądź też znalazły zastosowanie jako niezwykle groźna broń masowego rażenia (bystry).

Zagubiona przyszłość jest pierwszą częścią trylogii, której dalsze części to Proxima[31] i Kosmiczni bracia[32]. Kajtoch analizuje pierwsze wydanie Zagubionej przyszłości, gdyż zawiera ono wielce pouczające propagandowe odniesienia do łysenkizmu. Ponieważ ten pseudonaukowy kierunek Kajtoch omawia także w rozdziale, poświęconym powieści Białe fartuchy Dudincewa (analizowanym przeze mnie w dalszej części tego opracowania), to nie będę się w tym miejscu rozwodził nad jego definicją. Wystarczy tylko, iż wspomnę, że Boruń i Trepka uczynili w swej powieści z zachodnich genetyków ni mniej ni więcej a duchowych przewodników Hitlera. Niemniej, jak to zauważył Kajtoch, Boruń i Trepka nie byli w swej powieści całkowicie konsekwentni w propagowaniu łysenkizmu. Kajtoch posuwa się nawet w swej obronie Borunia i Trepki do sugestii, iż opisując warunki na Celestii (statku kosmicznym zmierzającym do Alfy Centaura), autorzy mieli na myśli nie tyle późnokapitalistyczne mini-społeczeństwo Celestii (około pięciu tysięcy ludzi, silnie podzielonych na kasty niewolników, robotników, techników, naukowców i rządzących, znajdujących się pod silnym terrorem policyjnym i z manipulowaną historią, czyli żyjącymi w świecie przypominającym ten opisany przez Orwella w Nineteen Eighty-Four[33]), co współczesną im Polskę. Jak tylko wyjaśnić, przyjmując to założenie, skuteczną pomoc udzieloną uciskanym klasom Celestii przez załogę Astrobolidu, wysłanego z Ziemi, na której od wielu generacji panuje komunizm, a z nim powszechna szczęśliwość?

Akcja Mgławicy Andromedy Jefermowa umieszczona została także w utopijnym świecie komunizmu przyszłości. Ludzie przyszłości są opisani jako nadludzie („supermani”) – zarówno pod względem umysłowym jak też i fizycznym. Bycie nadczłowiekiem oznacza jednak konieczność komunalnego (wspólnego) wychowywania dzieci, gdyż tylko fachowcy-pedagodzy są w stanie wychować takiego idealnego człowieka przyszłości. Zdarzają się oczywiście wyjątki, czyli jednostki aspołeczne, ale są one humanitarnie izolowane na tzw. Wyspie Zapomnienia. Wydawać się więc mogło, iż w świecie komunistycznej utopii – w którym wszyscy ludzie, i to niezależnie od swej narodowości, koloru skóry czy też wieku są piękni, mądrzy, odpowiedzialni i bohaterscy – nie ma miejsca na realne konflikty. Jefermow wprowadził więc takich kontrowersyjnych bohaterów jak np. Mven Mas, czarnoskóry kierownik międzygwiezdnej stacji łączności, który, ulegając osobistemu pragnieniu ujrzenia pięknego lecz bardzo odległego świata, doprowadził do zniszczenia stacji łączności międzyplanetarnej i satelity energetycznego, powodując tym samym śmieć wielu ludzi oraz motyw wyprawy ratunkowej do odległego systemu planetarnego, która sama staje w obliczu poważnych problemów z powrotem na Ziemię. Mimo to Kajtoch zarzuca Jefremowowi „pewną jednostajność ujęć”, przezwyciężoną dopiero przez Lema w Obłoku Magellana, jako iż epizod z Mvenem Masem był właściwie niczym innym, jak dozwolonym przez kanony realizmu socjalistycznego opisem „konfliktu między dobrym a lepszym”.

Druga po Astronautach[34] powieść SF Lema[35] wydaje się być na pierwszy rzut oka napisana w konwencji socrealistycznej, czyli będąca czymś w rodzaju „produkcyjniaka” z akcją umieszczoną w dalekiej przyszłości i w olbrzymiej większości daleko od Ziemi. Niemniej Kajtoch wyławia w niej istne perełki, niezauważone przez ówczesną cenzurę, takie jak iście egzystencjalistyczne rozważania nad wolnością i sensem życia, czy też sceptycyzm poznawczy (niezgodny z ówczesnym, ortodoksyjnym rozumieniem dzieł Marksa), w którym Kajtoch widzi zalążki koncepcji wirtualnej rzeczywistości (sformułowanej zresztą przez Lema w Dialogach, pisanych praktycznie w tym samym czasie co Obłok[36]), czy też taką egzystencjalną perełkę jak koncepcja miłości terapeutycznej. Oczywiście Lem starannie ukrył swe aluzje, opisując możliwość istnienia zła w przyszłości (a więc w niezgodzie z utopijną wizją komunistycznej świetlanej przyszłości) na przykładzie wymarłego statku Atlantów (dość istotna analogia z Celestią Borunia i Trepki) czy też ukrywając cybernetykę pod wymyśloną przez siebie nazwą „mechaneurystyka”[37].

Konkluzja Kajtocha jest więc taka, iż Lem stworzył bohaterów znacznie bardziej interesujących niż Boruń i Trepka, a opisał ich, w odróżnieniu od Jefermowa, z różnych punktów widzenia, przez co Obłok… uniknął ujęcia ludzi schematycznego zarówno pod względem duchowym, jak też i fizycznym. Nic jednak w tym dziwnego, jeśli weźmie się pod uwagę, iż Lem artystycznie przerósł zarówno Borunia i Trepkę, jak też i Jefremowa – i to już w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia.

Polska w roku 2054

Przyszłości przewidzieć się nie da. Stwierdzenie to, całkowicie pozytywnie (przynajmniej do dnia dzisiejszego) zweryfikowane przez empirię, wystarczy, aby nie marnować czasu na tzw. futurologię. Mimo to wciąż ukazują się przeróżne prognozy na przyszłość: tzw. naukowe, częściowo naukowe i całkowicie nienaukowe, a jedyne co je łączy to tylko to, że się one z reguły nie sprawdzają. Jedną z takich zbiorowych, częściowo naukowych prognoz, jest książka pod redakcją i ze wstępem Jacka Dukaja PL+50[38]. Zawiera ona 6 futurologicznych esejów autorstwa Zygmunta Baumana, Ryszarda Kapuścińskiego, Stanisława Lema, Jadwigi Staniszkis i Edmunda Wnuka-Lipińskiego oraz 17 opowiadań takich autorów jak (przykładowo) Jacek Dukaj, Lech Jęczmyk, Marek Oramus, Łukasz Orbitowski czy Olga Tokarczuk.

Bauman i Lem przypominają zresztą spektakularne porażki dotychczasowych futurologów, a Bauman i Staniszkis twierdzą wyraźnie, że samo pytanie o Polskę z roku 2054 może się okazać bezprzedmiotowe, gdyż zdaniem Staniszkis to, co dziś nazywamy państwem, jest zasadniczo tworem zrodzonym w XVII wieku, który raczej nie przetrwa do połowy XXI wieku. Bauman idzie zaś jeszcze dalej, zauważając, że w roku 2054 pytania ważne dla całej Polski będą zarazem pytaniami ważnymi dla całej planety, a więc nie ma większego sensu pytanie o przyszłość Polski, gdyż trzeba się raczej pytać o przyszłość ludzkości.

Do ciekawszych opowiadań zawartych w tym zbiorze należy dystopia Andrzeja Zimniaka, który straszy czytelników obrazem Polski rządzonej przez katolicką religijną ekstremę, w której koncepcję „istnienia istoty ludzkiej już od momentu poczęcia” rozwinięto do tego stopnia, że po osiągnięciu pełnoletności obywatel może odpowiadać karnie za swoje „przestępstwa” z okresu prenatalnego, na przykład za „zabicie” swego brata bliźniaka, którego zarodek uległ tzw. resorpcji w okresie płodowym. Wysoko ocenia też Kajtoch dystopię Dukaja, który naszkicował Polskę czasów, w których doświadczymy zjawiska ogólnej zbędności pracy ludzkiej, wyeliminowanej za sprawą radykalnych postępów w nauce i technice[39]. Wysoko ceni też Kajtoch antyutopijne opowiadanie Łukasza Orbitowskiego, w którym opisuje on Polskę, która powróciła do swych słowiańskich korzeni, w tym też do swej własnej, słowiańskiej religii.[40]

Kajtoch najostrzej obszedł się z Danielem Odiją, który napisał, że cały ten problem przyszłości nie ma sensu z punktu widzenia jednostki, Tomaszem Piątkiem, który napisał, że nic się nie zmieni, Olgą Tokarczuk, która napisała, iż może być wszystko, Jerzym Sosnowskim, który napisał, że czas może zacząć biec wstecz oraz z Andrzejem Ziemiańskim, który widzi przyszłość Polski i Polaków w walkach z Arabami, prowadzonymi pod flagą ONZ na pustyniach Afryki. Z kolei Marek Oramus powtarza starą przepowiednię Witkacego o podboju Europy przez Chińczyków. Jako iż Kajtoch poddaje się na koniec swej recenzji pisząc „problem europejskiej przyszłości wydaje się być dla mnie osobiście (i nie tylko dla mnie) nieco abstrakcyjny”, to być może rację miał Wojciech Orliński, który w „Gazecie Wyborczej” z dnia 3. maja 2004 roku napisał iż „większość autorów, zamiast wyobrażać sobie Polskę przyszłości, pisała o Polsce jak najbardziej współczesnej”.

Białe fartuchy Włodzimierza Dudincewa

Mało kto pamięta dziś w Polsce radzieckiego akademika Trofima Denisowicza Łysenkę (1898-1976), choć w latach stalinizmu był on de facto dyktatorem radzieckiej biologii, która na skutek (przymusowego zresztą) przyjęcia pseudonaukowej teorii stadialnego rozwoju roślin Łysenki, długo pozostawała na uboczu światowej nauki, co miało także katastrofalne wręcz skutki dla radzieckiego rolnictwa, które zostało zmuszone przez Stalina do wprowadzania w praktyce zaleceń łysenkizmu. W wielkim skrócie teorie genetyczne Łysenki odrzucały istnienie genów oraz prawa dziedziczności, przypisując jednocześnie nieograniczone wręcz możliwości przekształcania organizmów żywych metodzie zmian środowiskowych. Nawet po odkryciu w roku 1953 molekularnej struktury DNA, które potwierdziło „burżuazyjną” genetykę Mendla i Morgana, łysenkizm cieszył się praktycznie pełnym poparciem najwyższych władz ZSRR aż do odejścia Nikity Chruszczowa ze stanowiska I sekretarza KC KPZR, czyli aż do roku 1964.

Ten krótki wstęp wydaje się konieczny, aby w pełni zrozumieć rozdział Gdy rozum śpi, poświęcony książce Włodzimierza Dudincewa Białe fartuchy (Белые одежды), napisanej w roku 1967, a wydanej dopiero w roku 1987, czyli już w czasach pierestrojki. Jest to historia młodego i utalentowanego radzieckiego naukowca, niejakiego Dieżkina, który, jako ortodoksyjny stalinista, zostaje wysłany do stacji badawczej w calu wdrażania tamże pseudonaukowych idei Łysenki. Powieść Dudincewa pokazuje tragiczne skutki jego działania, kiedy staje się oczywiste, iż istnieje generalna sprzeczność między pseudonaukowym łysenkizmem a obiektywnymi wynikami naukowych eksperymentów.

Kajtoch ma sporo racji, gdy uważa przypadek łysenkizmu za szczególny przypadek stalinizmu, rozumianego jako „filozofia, stan umysłu i sposób myślenia”. Jednakże Kajtoch nie napisał wyraźnie, iż winne było tu głównie prymitywne i wulgarne zrozumienie marksizmu i praw dialektyki w Związku Radzieckim (przykładowo w ZSRR, a także i w Polsce, z prawa przechodzenia zmian ilościowych w jakościowe, wyciągano zbyt często całkowicie błędny wniosek, iż zwiększenie produkcji danego wyrobu powinno, niejako automatycznie, podnieść jego jakość). Nie jest też do przyjęcia wytłumaczenie przez Kajtocha sukcesów łysenkizmu rzekomym niedouczeniem radzieckich uczonych, skoro radzieccy fizycy – i to w okresie rządów Stalina – potrafili skonstruować broń jądrową oraz zapoczątkować program podboju kosmosu (pierwszego w dziejach ludzkości sztucznego satelitę Ziemi wprowadził ZSRR na orbitę w roku 1957, a więc zaledwie 4 lata po śmierci Stalina i zaledwie rok po oficjalnym potępieniu kultu jego osoby). Na swoje usprawiedliwienie ma Kajtoch jedynie to, iż napisał on swoje opracowanie na temat Białych fartuchów Dudincewa w roku 1989, a więc nie mógł wiedzieć, iż lekarstwo (czyli tzw. plan Balcerowicza), zaproponowane wówczas Polsce i Polakom na przezwyciężenie skutków zastoju i regresu lat 1980tych, okaże się jeszcze gorsze w swych skutkach od choroby, którą miało ono zwalczać[41].

Fantastyka „nienaukowa”

Na zakończenie części „beletrystycznej” tej recenzji, chciałbym dodać kilka słów na temat nieco innego rodzaju fantastyki, którą Kajtoch analizuje w swej książce, a mianowicie o fantastyce grozy. Razem z podgatunkiem fantasy, czyli współczesnej bajki dla dorosłych, nastolatków i starszych dzieci, można ją uznać za fantastykę „nienaukową”, w odróżnieniu od SF, która, przynajmniej w swych założeniach, jest fantastyką „naukową”, czyli (w większym, a ostatnio raczej mniejszym stopniu, opartą na nauce i jej osiągnięciach)[42]. Ten rodzaj fantastyki ma swoją długą historię także w Polsce, a jego czołowym przedstawicielem był Stefan Grabiński (Kajtoch dodaje tu także Śledztwo Lema[43]).

Najbardziej cennym spostrzeżeniem Kajtocha w rozdziale o horrorach autorstwa Łukasza Orbitowskiego (Cztery razy Orbitowski) jest to, iż więcej możemy się dziś dowiedzieć o rzeczywistości Polski końca XX i początku XXI wieku z powieści grozy i tzw. kryminałów (powieści detektywistycznych), niż z powieści z „wyższej półki”. Zdaniem Kajtocha winna jest tu głównie ucieczka ambitniejszych pisarzy od rzeczywistości, ucieczka, która była widoczna już od lat 1960. Niemniej we współczesnych polskich realiach, głównego winowajcę widzę tu w tym, iż mniej więcej od roku 1990 w polskiej „wysokiej” literaturze zapanował, i to niemalże totalnie, „postsolidaryzm”, który to, z oczywistych politycznych powodów, wstrzymywał się z opisem polskiej rzeczywistości, jako iż opis taki musiałby, siłą rzeczy, sprowadzić się do ostrej krytyki owej rzeczywistości, a więc też i do bezpardonowej krytyki ludzi odpowiedzialnych za obecny upadek gospodarczy, kulturalny i moralny Polski i Polaków, a więc też i do krytyki (neo)liberalnej mieszczańskiej (czyli inaczej burżuazyjnej) ideologii, kapitalizmu rynkowego, rządów postsolidarnościowych elit oraz, przede wszystkim, do krytyki religii i Kościoła Katolickiego.

Jak uczyć?

Chciałbym zakończyć tę recenzję, omawiając rozdział Trzeba tak uczyć, aby kształcić, w którym Kajtoch analizuje krytycznie obecny stan polskiego szkolnictwa wyższego. Zgadzam się tu z nim, iż jednym z ważniejszych źródeł problemów polskich wyższych uczelni są szkoły średnie, ale jestem nieco zmartwiony tym, że Kajtoch nie widzi tu podstawowego problemu polskiego szkolnictwa ponadpodstawowego, a jest nim przecież nadmierne jego upowszechnienie. W czasach tego „wstrętnego” PRL-u, o czym Kajtoch także wspomina, większość absolwentów szkół podstawowych szła do szkół zawodowych (zasadniczych i techników), a tylko mniejszość, rokująca ukończenie szkoły wyższej, szła do liceów ogólnokształcących, których zadaniem było przygotować ich uczniów do zdania egzaminu wstępnego na wyższą uczelnię. Dziś takowych egzaminów już nie ma, a egzamin maturalny ma poziom znacznie niższy niż w czasach PRL-u. Czemu tak? Odpowiedź jest prosta: szkolnictwo średnie i wyższe ma dziś w Polsce, jako swe główne zadanie, opóźnienie wejścia kolejnych roczników młodzieży na rynek pracy, który od roku 1990 charakteryzuje olbrzymia nadwyżka podaży nad popytem, czyli inaczej bezrobocie, które w dzisiejszej Polsce, na skutek nieudolnie przeprowadzonych pro-rynkowych reform, ma charakter strukturalny.

Jednakże umasowienie szkolnictwa wyższego spowodowało w polskich warunkach (z przyczyn głównie finansowych) nadmierną ilość studentów w stosunku do ilości i jakości kadry naukowo-dydaktycznej, co z kolei musiało spowodować, zauważony przez Kajtocha, drastyczny spadek jakości wykształcenia absolwentów polskich wyższych uczelni. Podczas gdy w roku 1938 mieliśmy w Polsce (przy zbliżonej ilości ludności) mniej niż 50 tysięcy studentów, to dziś mamy ich prawie 2 miliony. W latach 1936-1937 nadano w Polsce tylko 26 tytułów doktora, a w samym tylko roku 2008 nadano w Polsce doktoraty aż 5427 osobom, zaś 941 osób otrzymało w tymże roku habilitacje a 369 tytuły profesorskie. Ta inflacja tytułów i stopni naukowych doprowadzi niedługo do sytuacji, gdy przedwojenna (a nawet i PRL-owska) matura będzie miała wyższy poziom niż obecny doktorat, a niedługo pewnie też i habilitacja…

Polskie szkolnictwo wyższe oparte jest dziś zasadniczo na dwóch podstawowych przesłankach: bezpłatności i egalitarności. Efekt tego jest zaś taki, iż system polskiego szkolnictwa wyższego jest permanentnie niedofinansowany, społecznie niesprawiedliwy, gubiący talenty, systematycznie obniżający efekty nauczania i uniemożliwiający jakąkolwiek konkurencję między uczelniami. Brak, lub też bardzo tolerancyjna selekcja przy naborze studentów, a często obowiązek przyjmowania praktycznie wszystkich, którzy zdali maturę, musi prowadzić do obniżenia jakości wykształcenia oraz do odpadania studentów w trakcie studiów. Jednakże próby dokonania zmian w zasadach finansowania uczelni wyższych polegające na wprowadzeniu czesnego, wywołują na ogół sprzeciwy polityków, powołujących się na fałszywie pojęte zasady sprawiedliwości społecznej. Zaś w rzeczywistości bezpłatne wyższe studia uprzywilejowują elity, gdyż to właśnie dzieci elit mają znacznie większe szanse podjęcia owych „bezpłatnych” studiów niż młodzież pochodząca spoza elit. Tak więc okazuje się, iż to całe społeczeństwo (a dokładniej wszyscy podatnicy), w tym więc także najmniej zamożni, płaci podatki na wykształcenie dzieci elit, co musi prowadzić do pogłębienia zróżnicowania społecznego. Co jest też ważne, to fakt, iż ów populizm pojawia się zarówno na prawicy, jak też i na lewicy. Zdaniem Thieme[44] tylko selekcja jakości przyjmowanych studentów połączona ze zróżnicowanym czesnym daje szansę na konkurencję między uczelniami i większą niż obecne gwarancję, że najbardziej utalentowani będą mieli okazję uzyskania najlepszej jakości wykształcenia. Sprawiedliwość społeczna nie koliduje bowiem z potrzebą indywidualnego płacenia za studia, zaś czesne może być finansowane, jak to się dzieje np. w Australii czy w Wielkiej Brytanii, z pożyczek udzielanych bądź też gwarantowanych przez rząd.

Niestety, polskie realia są takie, iż najlepsze nasze wyższe uczelnie, czyli Uniwersytet Jagielloński (UJ)[45] i Uniwersytet Warszawski (UW) lokują się w rankingach czołowych wyższych uczelni świata dopiero w czwartej setce[46], a o całej ich reszcie nie warto już nawet wspominać. Pod względem całkowitego kapitału intelektualnego w badaniach 23 krajów europejskich w 2007 roku Polska zajęła ostatnie 23 miejsce[47]. Według rankingu innowacyjności, przeprowadzonego w tym samym roku, znaleźliśmy się na dalekim 21 miejscu w Unii Europejskiej. Co roku zgłaszamy do europejskiego urzędu patentowego średnio zaledwie 2,7 patentów na milion mieszkańców (a średnia unijna to 133,6 patentów). W latach 1995-2005 ukazało się zaledwie 230 publikacji polskich naukowców, cytowanych na świecie więcej niż 40 razy[48], a Polska ma także jeden z najniższych udziałów wyrobów wysokiej techniki w eksporcie.

Kajtoch widzi ratunek dla polskich wyższych uczelni w dostarczeniu im więcej pieniędzy. Niestety, nie jest to właściwa droga, gdyż, jeśli chodzi o efektywność nakładów na naukę, to Polska prezentuje się bardzo źle. Wyliczone przeze mnie syntetyczne wskaźniki efektywności plasują nasz kraj na najniższych miejscach, jeśli chodzi o efektywność nakładów na naukę per capita liczoną w stosunku do ilości uzyskanych patentów na milion mieszkańców[49]. Jeśli chodzi zaś o wskaźniki oparte na uzyskanych nagrodach Nobla, to Polska się w nich w ogóle nie liczy, jako iż w bieżącym stuleciu żaden Polak nie zdobył takowej nagrody w dziedzinach uważanych za naukowe, czyli nie będące literaturą albo polityką (czyli tzw. walką o pokój). Polska nauka to jest więc dziś taka artyleria, której liderzy (dowódcy baterii i wyżej) nie znają się na najnowszych modelach dział: nie potrafią ich obsługiwać (gdyż nie potrafią przeczytać instrukcji ich obsługi, jako iż są one napisane na ogół po angielsku), i – co gorsze – jako artylerzystów dobierają oni swoje (na ogół mało rozgarnięte) potomstwo, które w ogóle nie potrafi nawet załadować działa, nie mówiąc już o jego wycelowaniu… Taka artyleria potrafi więc zmarnować praktycznie każdą sumę pieniędzy, przeznaczoną na jej modernizację.

Wnioski z mej analizy są tedy oczywiste: sytuacja w polskiej nauce i polskim szkolnictwie wyższym jest dziś bardzo zła, ale samo podniesienie nakładów finansowych na szkolnictwo wyższe nie spowoduje jej uzdrowienia, a tylko spowoduje dalsze i większe marnotrawstwo środków na nią przeznaczanych. A nie wymaga chyba udowadniania twierdzenie, iż obecna jakość uczelni wyższych i ich absolwentów decydować będzie o przyszłości Polski w następnych dziesięcioleciach[50].

* * *

Podsumowując: analizowana tu książka Kajtocha jest, pomimo swych usterek (nieuniknionych jednak w zbiorze esejów i analiz pisanych w różnych latach i obejmujących tak długi okres czasu), pozycją bardzo wartościową a także zajmującą lekturą. Szkoda tylko, iż ukazała się ona w mało znanym wydawnictwie, co, niestety, ogranicza jej znajomość wsród tych, którzy powinni ją przeczytać[51], czyli wśród współczesnej polskiej inteligencji, nie tylko „humanistycznej”.

Lech Keller,

październik 2012 roku

(Zaczęte w Portugalii (Vila Real), kontynuowane w Polsce (Warszawa) a dokończone na Antypodach (Melbourne))


[1] Wydawnictwo Literackie Li-Twa (Częstochowska Biblioteczka Poetów i Prozaików), 2011 (ISBN 978-9295522-7-5).

[2] Kraków, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2008.

[3] Lem jest uważany za najczęściej tłumaczonego pisarza SF poza światem anglojęzycznym, gdyż co najmniej 20 milionów egzemplarzy jego książek zostało sprzedanych w tłumaczeniach na ponad 30 języków (p. np. Lech Keller, Visions of the Future in the Writings of Stanisław Lem, Saarbrücken: Lap Lambert Academic Publishing, 2010 – t. II Annotated and Cross-Referenced Primary and Secondary Bibliography of Stanisław Lem).

[4] Warszawa, Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, 1961.

[5] Refleksje Kajtocha na temat realizmu socjalistycznego (socrealizmu), choć bardzo interesujące, wychodzą jednak poza ramy tego opracowania.

[6] Warszawa, Czytelnik, 1951.

[7] Warszawa, Iskry, 1955.

[8] Przed napisaniem Solaris Lem przeczytał około 17 tysięcy stron anglosaskiej (głównie amerykańskiej) SF.

[9] O ich kosmicznej trylogii i Obłoku Magellana Lema, Kajtoch pisze w rozdziale Zwycięstwo ciała (o trzech utopiach z lat pięćdziesiątych XX stulecia), który to rozdział analizuję w dalszej części tego opracowania.

[10] W roku 1970 opublikował on w krakowskim Wydawnictwie Literackim swoją Fantastykę i futurologię – bez wątpienia jak dotąd najlepszą analizę SF napisaną po polsku i jedną z najlepszych, jakie się dotąd ukazały na świecie.

[11] Lema to wykluczenie specjalnie nie poszkodowało, a nawet dało mu sporo – i to zresztą bardzo słusznych – argumentów do swej krytyki swoich anglojęzycznych kolegów po fachu, z których (poza klasykami takimi jak Wells, Le Guin czy niedawno zmarły Bradbury), cenił właściwie tylko P. K. Dicka – p. np. Lema Posłowie do „Ubika” Ph. Dicka, którego angielski tytuł A Visionary Among the Charlatans (Wizjoner wśród szarlatanów) doskonale oddaje to, co Lem myślał wówczas (i właściwie do końca życia) o ogromnej większości angielskojęzycznych autorów SF. Więcej na temat „afery Lema” można znaleźć w tomie II mojej książki Visions of the Future in the Writings of Stanisław Lem (op. cit.).

[12] P. np. moja recenzja tego filmu p.t. Nudny romans w kosmosie – Recenzja filmu ‘Solaris’ Stevena Soderbergha i Jamesa Camerona w: Proza proza proza…, Kraków: Związek Literatów Polskich i Wydawnictwo Pijarów, 2003. Choć Lem oficjalnie wolał tę ekranizację niż dzieło Tarkowskiego, to główną przyczyną takiego stanu rzeczy wydaje się milion dolarów, które otrzymał za zgodę na sfilmowanie swej powieści w USA.

[13] George’a Clooney’a.

[14] The Black Cloud, New York, The New American Library, 1957 (tłumaczenie Sławomira Magali, Czarna chmura, Kraków, Wydawnictwo Literackie, 1981).

[15] Kraków, Wydawnictwo Literackie, 1970.

[16] Istnieje więc tu wyraźna analogia ze znacznie późniejszym (rok 1987) Fiaskiem Lema – z oczywistych powodów Kajtoch nie mógł jednak, podczas pisania swego Wstępu, nawiązać do Fiaska.

[17] Pełny tytuł Zwycięstwo ciała (o trzech utopiach z lat pięćdziesiątych XX stulecia).

[18] Warszawa, Iskry, 1954; po raz pierwszy drukowana w odcinkach na łamach „Ilustrowanego Kuriera Polskiego” w roku 1953.

[19] Tytuł oryginału Туманность Андромеды; po raz pierwszy drukowana w odcinkach na łamach „Техника молодежи” („Technika młodzieży”) w roku 1957 Pierwsze polskie wydanie: Warszawa, Iskry, 1961 (tłumaczenie Lwa Kaltenbergha).

[20] Warszawa, Iskry, 1955; po raz pierwszy drukowana w odcinkach na łamach „Przekroju” w roku 1954.

[21] Warszawa, Iskry, 1983 (tłumaczenie Ireny Lewandowskiej z Żuk w murawiejnikie, 1979).

[22] Warszawa, Alfa, 1988 (tłumaczenie Eligiusza Madejskiego; pierwsze wydanie rosyjskie w zbiorze Nowaja signalnaja, Moskwa, Znanie, 1963).

[23] Warszawa: Czytelnik, 1982.

[24] Warszawa: Czytelnik, 1980.

[25] Pierwsze polskie wydanie jako Pora deszczów, Warszawa, 1997 z posłowiem W. Kajtocha (pierwsze rosyjskie wydanie Gadkije lebiedi, Frankfurt am Main, Possev Verlag, 1972, także w „Daugava” nr 1/1987).

[26] Opublikowane po polsku jako Fale tłumią wiatr,Fantastyka” nr 5-7/1987 oraz Warszawa: Iskry, 1989 (tłumaczenie Ireny Lewandowskiej z Wołny gasjat wietjer, „Znanie-Sila” Nr 6-12/1985 i 1-3/1986).

[27] Warszawa: Iskry, 1975 (tłumaczenie Ireny Lewandowskiej z Małysz,Awrora”, nr 8-11/1971).

[28] Warszawa, Czytelnik, 1961.

[29] Altruizyna, czyli Opowieść prawdziwa o tym, jak pustelnik Dobrycy kosmos uszczęśliwić zapragnął i co z tego wynikło, w: Polowanie, Kraków, Wydawnictwo Literackie, 1965.

[30] Kraków, Wydawnictwo Literackie, 1982.

[31] Warszawa, Iskry, 1956.

[32] Warszawa, Iskry, 1959.

[33] London, Martin Secker & Warburg, 1949 (tłumaczenie Juliusza Mieroszewskiego, Rok 1984, Paryż, Instytut Literacki, 1953).

[34] Warszawa, Czytelnik, 1951.

[35] Pierwszą jego powieścią SF był Człowiek z Marsa. Był on jednak początkowo tylko drukowany w roku 1946 w odcinkach na łamach pisma „Co Tydzień Powieść”, a opublikowany jako książka dopiero w roku 1985 (tzw. samizdat), zaś profesjonalnie przez wydawnictwo Nowa w Warszawie dopiero w roku 1994, czyli 48 lat po jej serializacji.

[36] Dialogi były pisane w latach 1954-1956 i ukazały się w Krakowie w roku 1957 nakładem Wydawnictwa Literackiego, zaś Obłok… był ukończony w roku 1954.

[37] Co zresztą zostało zauważone i ostro skrytykowane przez Ignacego Złotowskiego, chemika, autora książek popularyzujących naukę a także (przynajmniej wówczas) ortodoksyjnego marksistę-leninistę – p. Lech Keller, Visions of the Future in the Writings of Stanisław Lem, t. I (op. cit.), oraz felieton Lema Obiektywem w przeszłość, „Tygodnik Powszechny” z 17. lipca 2005 r.

[38] PL+50. Historie przyszłości, Kraków, Wydawnictwo Literackie, 2004.

[39] Dukaj nawiązuje tu wyraźnie do przepowiedni Erika Drexlera, pioniera nanotechnologi i futurologa, przepowiadającego, że jeszcze za naszego życia praca ludzka stanie się zbędna na skutek radykalnych postępów nauki i techniki (technologii).

[40] Prozę Orbitowskiego omawia Kajtoch także w innych rozdziałach swej książki, o czym będzie też mowa w dalszej części tego opracowania.

[41] Aby być w pełni obiektywnym, należy zaznaczyć, iż w tym samym roku 1989 Kajtoch wyraził swój niepokój, wywołany urynkowieniem kultury, w eseju Rynek w literaturze, który to esej został przedrukowany w recenzowanej tu książce.

[42] Nie będę tu, z oczywistych powodów, analizować definicji fantastyki, a w tym i SF. Zacytuję tu tylko początek wstępu do mojej książki o Lemie: „SF może być opisana jako segment stylu literackiego zwanego „fabril”, stylu, który jest przede wszystkim zorientowany na przyszłość i działanie. „Fabril” jest więc przeciwieństwem „pastoral” („pasterskiego”, ogólniej „rolniczego”), w taki sam sposób jak rzemieślnik („faber”) jest przeciwieństwem pasterza („pastor”), a przyszłość jest w opozycji do przeszłości (Visions of the Future in the Writings of Stanisław Lem, op. cit.). Wyrażenie „faber”, znaczy tu „twórca” (początkowo po prostu kowal), który jest centralną postacią pojawiającą się w literaturze SF – patrz T. Shippey, The Oxford Book of Science Fiction Stories (1992, s. IX) .Samo słowo „fabril” zostało zaś wymyślone przez Jamesa Bradleya, podczas gdy studiował on wczesne germańskie rzemiosło.

[43] Lem zajmował się poważnie tym podgatunkiem fantastyki, ale raczej jako redaktor serii Stanisław Lem poleca, w której ukazał się, między innymi, w roku 1975 i z jego posłowiem, tom opowiadań Grabińskiego p.t. Niesamowite opowieści.

[44] Szkolnictwo wyższe. Wyzwania XXI wieku. Polska – Europa – USA, Warszawa, Difin SA, 2009.

[45] Alma mater W. Kajtocha.

[46] P. np. Ranking Szanghajski i Ranking THES.

[47] P. Białowolski i D. Więziak, Miejsce Polski w intelektualnym wyścigu Europy,Rzeczpospolita” , 7. kwietnia 2008.

[48] Thieme, Szkolnictwo wyższe, op. cit.

[49] Dla przykładu: jeśli chodzi o syntetyczny wskaźnik patentów, to wynosi on dla Polski 1.0, jeśli chodzi o patenty amerykańskie, a 0.4 dla patentów europejskich, podczas gdy liderami, jeśli chodzi o patenty USA, są oczywiście Stany Zjednoczone (24.4), a tuż za nimi Japonia (21.3), dalej zaś Niemcy (19.6), Italia (6.4), Zjednoczone Królestwo (5.5) oraz Francja (4.8), a jeśli chodzi o patenty europejskie to liderami są tu: Niemcy (10.4), Francja (2.0) oraz Italia (1.2). Polska znajduje się w towarzystwie takim, jak np. Grecja (wskaźniki dla patentów amerykańskich i europejskich odpowiednio 1.4 i 0.5), czy też Portugalia (0.5 i 0.6).

[50] Thieme, Szkolnictwo wyższe, op. cit.

[51] Można ją przeczytać pod adresem http://mbc.malopolska.pl/dlibra/doccontent?id=69792&from=FBC

(Visited 16 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*