Zażyłości z Melpomeną (akt II) (4)

Wracam, by snuć dalszy ciąg opowieści o skutecznym wyżenieniu z bohaterskiego Elbląga dyrektora-autokraty i o tym, jak doszło do tego, że teatr przyzwoity i liczący się w kraju stoczył się do rangi  teatru zaledwie peryferyjnego.

Jest więc rok 1997. Zwyczajowemu Międzynarodowemu Dniu Teatru towarzyszy tym razem kolejna akcja frondystów. Teatralna demokracja w postaci sprzątaczek etc. stanowczo żąda od wojewody zdymisjonowania dyrektora teatru jak i zabronienia mu wystawiania przygotowywanego właśnie Procesu według Kafki. Teatr – jak wiadomo –  zdążył jednak z przygotowaniem przedstawienia, które – przy przekładzie utworu na język sceny i reżyserii Jasielskiego, scenografii R. Strzembały i aktorstwie Tadeusza Sokołowskiego (kreacja w roli Józefa K.) – było rewelacją artystyczną i należy do najlepszych dzieł, jakie kiedykolwiek wystawiano na scenie elbląskiej (rec. zob. Jednak Centrum,  1997 nr 9).  Równie zaskakujące było i to, że  przedstawienie, ogromnie przecież przemawiające już do średnio inteligentnego widza, miało tylko jeden spektakl. Myślę, iż zaciążyła na tym i atmosfera „rozróbkarska” wokół teatru (bunt organizatora widowni?) i kipiel w atmosferze krajowej (spory, związane z uchwalaniem Konstytucji), w najwyższym zaś stopniu upodobania środowiskowej widowni, o czym należałoby osobno.

Aliści miały miejsce i inne okoliczności, podgrzewające atmosferę wewnątrz zespołu teatralnego. Należała do nich durnowata i całkowicie nieodpowiedzialna koncepcja dyrektora instytucji, z którą teatr dzielił lokum przy placu im. K. Jagiellończyka. Wyfaszerowany popularnymi właśnie w innych ośrodkach kraju zakusami tzw. „reformatorów”, dyr. Jacek Nowiński ustalił sobie, że to on jako prawny gospodarz całego gmachu winien być dyrektorem teatru i rozpoczął przy współpracy równie wówczas przebojowego dziennikarza, Derlukiewicza kampanię na rzecz takiego właśnie rozwiązania problemów i własnych i zespołu teatralnego. Jak wiemy, koncepcje takie, krążące po kraju i psujące ludziom krew w żyłach, pogłębiały tylko atmosferę chaosu i niepewności. W rzeczy samej podobne eksperymenty, oddające sztukę teatru we władanie żarłocznym hochsztaplerom, wszędzie skończyły się fiaskiem. Niebezpieczeństwo takie poważnie zagrażało scenie elbląskiej, ponieważ obaj elbląscy reformatorzy przejawiali sporą energię w działaniu na rzecz koncepcji, władze były zmęczone sytuacją w teatrze, zaś rozróbkarskie akcje Kontry były wodą na młyn uzurpatora do funkcji dyrektora teatru. Stąd też i ja i związani ze mną ludzie prasy, jak Zbigniew T. Szmurło, nie mogliśmy nie zaangażować się (i to ostro) w przeciwdziałanie akcji „reformatorskiej”.

Przyciskany do muru wojewoda W. Mańkut, choć dawał sygnały, że należy do miłośników teatru ambitnego, uległ teatralnej Kontrze. Aliści, co należy uznać za klasyczny przykład  karygodnej wręcz asekuracji, tzn. w przeddzień przekazania Jasielskiemu pisma z denominacją, przysłał mu długi list z bezprzykładną wręcz pochwałą jego geniuszu reżyserskiego. Czytamy w tym liście:

„(…) Z elbląską sceną związał się Pan przed dwudziestu laty, najpierw reżyserując (po raz pierwszy był to Złoty chłopak C. Odetsa w sezonie 1976/77, następnie łącząc z reżyserią najbardziej odpowiedzialne funkcje kierownika artystycznego i dyrektora naczelnego od 1. stycznia 1994 roku). W ostatniej dekadzie był Pan zatem najważniejszą osobą w świecie  naszego teatru, „pierwszym po Bogu”,  samodzielnie decydującym o poziomie artystycznym tej sceny, o jej repertuarze, o polityce kadrowej, impresariacie i edukacji teatralnej, o tysiącu wielkich i drobnych spraw.

Rola demiurga bywa niewdzięczna, może budzić – zwłaszcza przy tak bezkompromisowej postawie życiowej, jaką pan reprezentuje, falę krytycznych uwag. Nie brakowało ich, chociaż nigdy nie zagłuszyły uznania dla Pana talentu i interpretatorskich pomysłów opinii. Częstokroć zapoznawaliśmy się z nimi na łamach lokalnej prasy lub w relacjach radiowych i telewizyjnych. Nie stronił Pan od kontaktów z mediami, wielokrotnie odważnie i otwarcie wypowiadając swoje stanowisko, przekonując słuchaczy i widzów –  szczerych, wiernych wielbicieli dobrego teatru – do swoich wyborów, które podejmował Pan jako człowiek, dyrektor i artysta.

Praca, świadczona przez tak długi czas, zwłaszcza praca twórcza, kreacyjna i interpretatorska, nie mija bez śladu, wywiera trwałe piętno na środowisku, na kierowanej instytucji, na podległych pracownikach. Wielu aktorów zawdzięcza Panu udany życiowy start, inni doczekali się pod Pana opieką najlepszych chwil i ról w swoim życiu. Liczni widzowie pokochali dzięki Panu teatr ambitny, klasyczny, uciekający jednak od stereotypów i kanonów, dzięki interpretacjom natchnionym i nowatorsko odczytującym bogatą tradycję inscenizacyjną. Na zawsze pozostaną w naszej pamięci spektakle, dzięki którym na elbląskich deskach gościł geniusz prawdziwej sztuki – zapadły nam w pamięci przede wszystkim: Don Juan Moliera, Rzeźnia S. Mrożka, Balladyna J. Słowackiego oraz Pan Tadeusz A. Mickiewicza.

Wyrażam nadzieję, że nie odwróci się Pan od sceny, z którą związał Pan najlepsze chwile swego życia. Chciałbym nadal widzieć Pana w gronie artystów, decydujących o kierunku rozwoju elbląskiego teatru. Jako reżyser i członek zespołu artystycznego może Pan nadal…”, etc, etc.

Następnego dnia ten sam Mańkut przysyła pismo z denominacją dyrektora. Z  miejsca reaguję:

„Wojewoda nie mówi tego wprost, podteksty jednak wskazują na to, że nie stać go na przeciwstawienie się woli rozbijających teatr od wewnątrz frondystów związkowych. Są to ludzie służb pomocniczych teatru, zrzeszeni w związku (kapeenowskim!) o wdzięcznej nazwie Kontra oraz paru niedowartościowanych (?) aktorów. Górę w motywach Wojewody bierze więc nie wzgląd na rzeczywistą wartość i na interes miasta, ale racja tzw. „świętego spokoju”. Akt odwołania dyrektora teatru jest iście piłatowskim aktem umywania rąk: winy i powodu nie znajduję, skoro jednak taka wola „ludu”, zdejmuję człowieka, który tworzy niezaprzeczalne wartości i jest dumą miasta.

Decyzja świadczy najgorzej o gospodarzu województwa, który nie śmie stanąć w obronie wartości i nie potrafi ukryć duszy asekuranta (…)”. (Jednak Centrum, 1977  nr 13).

Sprawa Jasielskich została zakończona po myśli frondystów, czyli Kopcia. Problemu ze znalezieniem następcy tym razem nie było i – jak się zdaje – właśnie ta okoliczność mogła rozwiązać ręce i wojewodzie Mańkutowi i pani Stasiak z UW. Otóż kilka tygodni wcześniej znalazł się w Wydziale Kultury UW wojażujący artysta teatru lalkarskiego (chwilowo bez pracy), który kędyś w Gdańsku słyszał, iż w teatrze elbląskim zanosi się na wakat i że podobno już pachnie tam trupem, zaczem on  mógłby wskoczyć, gdyby… nawet od zaraz. –  Zaraz,  to  raczej nie, ale kto wie… W każdym razie Jerzy Michalak nie wyjechał z Elbląga bez nadziei. On też od września, mieniąc się „dzieckiem szczęścia”, objął funkcje dyrektora teatru z najpiękniejszymi życzeniami i nadzwyczajnym dodatkiem od wojewody w kwocie 100 tys. zł (dawniej miliard) (kwota, o którą bezskutecznie prosił dyr. Jasielski na załatwienie podstawowych spraw) na „zagospodarowanie się”.

Ryszard Tomczyk

(Visited 22 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*