Przez żołądek do zdrowego myślenia (3)

Przy sobocie po robocie

Ostatni dzień tygodnia na Górnym Śląsku był traktowany szczególnie i od wczesnego poranka było czuć dosłownie zapach zbliżającej się niedzieli. W tym dniu w zakładach pracy pracowało się krócej. Dziecka ze starką i staroszkiem szykowały się do zamiatania placu. Staroszek jakoś jakby inaczej pogwizdywał na swojego Felusia, siedzącego na klapie gołębnika. Mama czyli gospodyni znikała na chwilę w chlewiku, po czym wychodziła z zaszlachtowanym kogutem, który jeszcze wczoraj sromotnie podziobał mnie w tyłek. Trochę było mi żal tego kolorowego cudaka, ale w perspektywie wisiała niedzielna zupa z nudlami a dziś pewnie dostanie mi się kawałek słodkiej piersi – marzyłem i w tym przypadku nigdy się nie myliłem.

Sobota to dość bogaty i obfitujący w kalorie obiad. Udziec podwórkowego zbója, który do niedawna terroryzował domowników, dziobiąc w gołe pięty i skacząc – co ciekawe – tylko kobietom na głowy, otrzymywał tato, ja upragnioną pierś, starka to samo, staroszek skrzydełka a mamie zostawał „kadłub”. Tato jednak zwykle oponował, mówiąc: Przecież ten rozbójnik po dwóch nogach chodził, to i tobie Anielko drugi udziec się należy. Na wieczerzę każdemu raz w tygodniu, czyli w sobotę, przysługiwał kawałek kiełbasy, znów zgodnie z obowiązującym prawem familijnym ta procedura podziału porcji się odbywała…

Na sobotnio swaczyna czekali wszyscy. Dycko była niespodzianka, choć zapach roznoszący się od rana w domu zdradzał wszystko, to i tak udawaliśmy, iż o niczym nie wiemy. Na stół wędrowały wtedy kakał szale w dużym dzbanie i herbata od góralki, która aż spod Żywca do nas przyjeżdżała z wielkim worem ziół herbacianych. Zapach wtedy roznosił się taki, że aż żal było pokoje wietrzyć. Na stół wędrował kołocz, gruby na 3 palce ze syrym i ruzynkami (jakim sposobem śląskie kobiety te wszystkie cuda zdobywały, pozostanie pewnie ich słodką dosłownie tajemnicą), nie zawsze było tak bogato, ale kołocz był dycko, bo mama piec bardzo lubiła, czasami był kołocz z makiem – lecz nigdy nie mogło zabraknąć ze posypkom, bo to było takie śląskie, wspominała starka. Bieda była, a wszystkie te maszkety domowej roboty kipiały od tłuszczu, sernik gruby, że kęs trza było brać na dwa razy. Nikt jakoś wtedy nie narzekał na ból żołądka, leków rozkurczowych nikt nie znał a staroszki przecie wtedy „swoje lata mieli”.

 

Niedziela – dzień święty

Rano na mszę, a później niedzielna „ramówka”, jakiej nie mogłem się jako bajtel doczekać. Po kościele tato zabierał mnie na wędrówkę do lasu (kleszczy wtedy nie znaliśmy, zaś żmije zygzakowate były u nas tylko na znaczkach pocztowych), tam nauczyłem się robić piszczałki z trawy i fujarki z leszczyny. Mama w tym czasie rozpoczynała wyczarowywanie niedzielnego obiadu, który prawie zawsze wyglądał tak samo, ale zapach tych wspaniałości mam w pamięci do dziś…

Zupa z nudlami i podrobami podwórkowego rozbójnika, co stracił życie w sobotnie popołudnie, było daniem, które jako pierwsze wędrowało na świąteczny stół. Nudle oczywiście były swojskiej roboty. Kupowanie artykułów spożywczych, jakie można było otrzymać z własnego gospodarstwa uważano wtedy za rzecz niegodną gospodyni (było godne pogardy na równi z całowaniem kobiet w ręce, czy ubieraniem przez kobiety spodni do pracy w polu).

Rolady, robione przez mamę nie mieściły się w talerzu, w środku pachnącego pieczonego mięsiwa, kiszony ogórek, kawał kiełbasy, a także spora porcja wędzonki. W dużym półmisku – a raczej dwóch porcelanowych naczyniach – dwa rodzaje klusek, tarte albo czorne i białe, typowo śląskie, czasami tylko z dziurką na sos. Tak naprawdę dziurki nie były potrzebne, bo sos i tak wylewał się z talerza, był ciemno-brązowy i pachniał jak nie wiem co! Na dużym niedzielnym talerzu znalazło się miejsce – bo też zabraknąć nie mogło – na modrą kapustę, oczywiście ze szpyrkami. Na środku świątecznego stoła, paradował dycko wielki dzban z kompotem ze śliwek, gęsty niczym moczka na Wigilię, albo nieco rzadszy z jabłek czy gruszek lub wiśni. Wszystko swojskie, nie mogło być inaczej. (Cdn.)

 

Tadeusz Puchałka

(Visited 6 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*